Reklama

Reklama

Dostałam drugie życie

Tyle wyrzeczeń i potem nudna praca na uniwersytecie. Powiedziała Pani kiedyś mężowi: "Poświęciłam dla ciebie karierę"?
Skłamałabym mówiąc, że nigdy tego słowa nie użyłam. Kompromis wymagał ode mnie zostania w domu. Wszystko było podporządkowane mężowi. Na niego się czekało, gdy wyjeżdżał w interesach. Był pachnący placek, wyprasowane koszule, dzieci z piątkami w zeszytach. Taki stereotyp wpoiła mi mama. Gdy urodziła się moja Dominika, zrezygnowałam z pracy. Gdybym przy aktywności męża i ja chciała robić karierę, rodzina by się rozpadła.

Reklama

I tak się rozpadła. Myślała Pani czasem, dlaczego? Bo pamiętam wywiad gdzieś sprzed sześciu lat, gdy mówiła Pani: "Ufamy sobie".
Takie miałam poczucie. Dziś myślę, że mężczyznę może zniechęcić siła kobiety. Niezależność. Oczywiście pozbierana kobieta jest mężczyźnie niezbędna, by mógł do czegoś dojść. Gdybym była hipochondryczką, miała migreny i nie radziła sobie, pewnie bym usłyszała: "Sorry, kochana, ale mnie jest potrzebna osoba, która poprowadzi dom, przyjmie gości, odbierze nocny telefon, żebym miał wolną głowę". Ale ja sobie z tym radziłam. Tylko że w końcu powiedziałam: "Halo, ja też tu jestem, oddycham! Kończyliśmy te same studia, mamy takie same ambicje, zostaw mi trochę powietrza". Moja mama by pewnie radziła: "Dziecko wytrzymaj". A ja powiedziałam: nie. Nie zjawiłam się jak bąbel na wodzie. To nie Kulczyk mnie stworzył. Mój mąż długo się liczył z moim zdaniem, ale uznał, że dość moich mądrości. Że lepiej mieć kobietę bardziej zależną, która powie mu, że jest szczupły, nawet gdy tyje, że ma gąszcz włosów, gdy nie ma.

A jeśli zapytam o największy błąd Pani życia?
Gdybym powiedziała wprost, to byłoby to nieeleganckie. A może i nieprawdziwe. Mieliśmy przez te 33 lata naprawdę fajne chwile.

Miała Pani po rozwodzie taką myśl: Nigdy już nie zaufam mężczyźnie?
Nie. Raczej, że nigdy się już w partnerze nie zatracę. Bo to jest osobna istota, dzisiaj ma takie potrzeby, jutro inne. A ja już zawsze będę pamiętała o sobie.

Długo w liczbie mnogiej. "Kulczykowie" mówiło się o parze zajmującej pierwsze miejsce na liście najbogatszych. Wiadomo było, że sto rodzinnych spółek wartych ponad trzy miliardy euro podzielonych było między Grażynę i Jana. Byli jak klan: syn, córka, ich partnerzy, wszyscy pracujący dla rodziny. Sponsorzy, mecenasi sztuki. Zaprzyjaźnieni z artystami, często w otoczeniu prezydenta. Dbali o wizerunek. Wszystko, nawet ślub córki Dominiki z księciem Janem Lubomirskim jakby według idealnego scenariusza.

Ale też demonstrowali egalitaryzm: Dominika rodziła dziecko w państwowym szpitalu. Żadnych ekstrawagancji, plotek. Mimo to nie byli popularni. Nazwisko Kulczyk znalazło się wysoko w rankingu nielubianych biznesmenów. Ale Grażyna i Jan byli wciąż lojalni i razem. Jeszcze w 2003 roku, podczas otwarcia Starego Browaru, Jan wręczył żonie bizantyjski prezent urodzinowy, półtoratonową rzeźbę Igora Mitoraja.

Dwa lata później w Londynie państwo K. wzięli rozwód. Dyskretnie, z klasą, bez publicznych sporów o majątek. Pan Jan przeniósł dużą część interesów za granicę, zaczął nowe życie. Pani Grażyna została w Poznaniu. Wyszła z cienia męża.

Po rozstaniu z mężem nagle się okazało, że potrafi Pani robić duże rzeczy....
Potrafiłam wcześniej, tylko nikt tego nie widział.

No tak, w latach 80. zrobiła Pani interes stulecia na chińskich rowerach. To mąż wymyślił?
Ależ skąd, ja sama. Prowadziłam w Poznaniu salon Volkswagena. Kiedyś dostaliśmy z fabryki bagażniki rowerowe, przywiozłam z domu rower, który kupiłam w prezencie mężowi, sprzedawcy wrzucili go na dach auta... i przez następne dni klienci pytali tylko o ten rower. Myślę, to może być interes. Kupiłam dziesięć rowerów, poszły w jeden dzień. Pojechałam na Tajwan szukać dostawców.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kulczyk | ślub | dziecko | zakupy | studia | cuda | dobrobyt | rower | Poznań | ojciec | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje