Reklama

Reklama

Dostałam drugie życie

W swojej krótkiej spódnicy?
Jakby pan zgadł. Leciałam 36 godzin. Na lotnisku, jak było umówione, czekał facet z gazetą. Ani słowa po angielsku. Okazało się, że jestem w tym biznesie jedyną kobietą. Po interesach wszyscy poszli do domu publicznego, ja siedziałam w salonie z burdelmamą, a ona mnie zabawiała rozmową.

Reklama

Oszukali Panią?
Nie, polubili. Zawieźli mnie do jakiejś kanciapy, no i zaczęłam negocjować, uczyłam się, z czego się składa rower. Kłóciłam się o cenę każdej części. Ale nigdy mnie nie zawiedli. Sprowadziłam dziesiątki tysięcy rowerów. Gdybym kontynuowała te kontakty, dziś byłabym cesarzową Chin.

A wtedy po co to było? Żeby zarobić? Pokazać: ja też potrafię?
Raczej to drugie.

A czy to prawda, że 90 procent udziałów Kulczyk Holding było na Panią?
Nie, to był... fakt prasowy tak często powtarzany, że wszyscy uwierzyli. Podział zawsze był jasny.

I tak zostało po rozwodzie. Zatrudnia Pani tysiące ludzi. Jaką jest Pani szefową?
Kiedyś do wszystkiego się wtrącałam, dzisiaj w niektórych firmach nie pojawiam się miesiącami.

Ale w Browarze chodzi Pani i musztruje personel, żeby podnosił papierki z podłogi.
Skąd pan wie?

Ludzie mówią. I mówią też, że się Pani boją.
Podobno. Ale to nieprawda, że wyrzucam z pracy i ręce obcinam. Do Browaru mam szczególny stosunek i od pracowników oczekuję tego samego. Ciężka praca, ryzyko sprawiają, że człowiek staje się szorstki. Czasem się złoszczę. Jak chodzę po Browarze i widzę, że coś się niszczy, marnuje, potrafię nakrzyczeć. Gdybym była właścicielką, co przyjeżdża z Karaibów, opalona, wymasowana i nic nie wie o pracy, może bym nie miała prawa wymagać. Ale ja tu pracuję jak wszyscy.

A pamięta Pani ten moment, gdy uwierzyła Pani, że z tej ruiny da się zrobić galerię?
Pierwszego dnia. Zainteresowałam się browarem, gdy pojawiła się możliwość kupna. To była decyzja spontaniczna, ufałam intuicji. Stanęłam na dziedzińcu, z jednej strony ruiny fabryki, z drugiej dawne czworaki, w których mieszkało trzydzieści rodzin. Suszy się bielizna, koty łażą, piwnice zalane wodą.

Pierwsza myśl: uciekać!
Nie. Ale pamiętam, że nie było nikogo, kto słuchając moich marzeń, patrzyłby na mnie jak na normalną osobę. A ja uwierzyłam, że teatr, że galeria...

A doktor Jan?
On w ogóle nie chciał o tym słyszeć. Więc kupiłam sobie gumowe buty, ciepłą kurtkę...

Każda okazja jest dobra.
Żeby kupić buty? Żartuje pan. Dopiero się zaczęło. Musiałam przeprowadzić tych trzydzieści rodzin, byłych pracowników Browaru. Czy pan wie, że wybudowałam dla nich nowy blok?

To jednak jest ktoś, kto powinien Panią lubić.
Chyba nie. Ci ludzie mieszkali tu od dawna, nie chcieli się przenosić. No ale żadna skarga nie dotarła do urzędu miasta...

E tam, żadna. Oskarżano Panią o nielegalny zakup gruntu, o to, że trzyma Pani w workach szczątki 700 osób wykopane na starym cmentarzu.
No tak. Było wiadomo, że na terenie przylegającym do Browaru jest stary cmentarz. Zatrudniliśmy archeologów, wszystko zostało udokumentowane, zabezpieczone.

I tak ludzie mówili, że Kulczykowa profanuje święte miejsce.
Ja już do tego przywykłam. Nie ufa się tym, którym się powiodło.

Nie ma Pani żalu? Pani mama mimo nalegań ojca nie zgodziła się wyjechać po wojnie do Anglii. A Pani nie miała takiej pokusy? Rzucić to miasto, gdzie Panią krytykują, wyjechać?
Może jestem staroświecka, bo myślę tak jak mama. Po wojnie ojciec chciał ją ściągnąć do Londynu, był tam urządzony, ale ona kochała Poznań, czuła się odpowiedzialna za rodzinę. I ja mam tak samo. Jestem przywiązana do Poznania i cześć.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kulczyk | ślub | dziecko | zakupy | studia | cuda | dobrobyt | rower | Poznań | ojciec | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje