Reklama

Reklama

Dostałam drugie życie

Trochę bez wzajemności. A nie myślała Pani, żeby sobie poprawić wizerunek i dzielić majątkiem jak święty Aleksy? Pani prezes, gdybym napisał prośbę o wsparcie i zaadresował kopertę: "Grażyna Kulczyk", to kto ją otworzy?
Jeśli list będzie wyglądał na prywatny, to ja. Inne - moja asystentka.

Reklama

Ulega Pani czasem emocjom i wysyła pieniądze potrzebującym? Pytam, bo pamiętam Pani pogląd, że chwalenie się pracą charytatywną odbiera jej połowę wartości.
Tak myślałam. Nie mówiliśmy z mężem o naszej pracy dla innych. Mieliśmy zakorzenione, że to niestosowne. Ale potem przychodzą ciężkie czasy, i człowiek nie ma nic na swoją obronę. Miałam okres rozdarcia, otwierałam te listy i reagowałam spontanicznie. Potem okazywało się, że pieniądze, które przesłałam, poszły na inny cel. Dziś wiem, że pomaganie innym to sztuka. Kiedyś jako pierwsza z tej części Europy zostałam zaproszona przez Fundację Rockefellera na seminarium na temat filantropii. Byliśmy m.in. w Ugandzie, w szpitalu dla chorych na AIDS. Widziałam tam matki, które karmiąc dzieci piersią, skazywały je na śmierć, bo po upływie trzeciego miesiąca dziecko przestaje być odporne na wirus. Problemem jest brak mleka w proszku.

Domyślam się, że po powrocie do kraju kupiła Pani wagon mleka.
Nie. Bo przekonano nas, że taki dar trafi na czarny rynek. Że należy pomagać w sposób zorganizowany. Trzeba skupić się na jednym celu, zorganizować fundację. Więc moja zajmuje się promocją kultury. I nawet jeśli niektórzy nie wiedzą, dzięki komu oglądają w Browarze światowej klasy wystawę, uczestniczą w koncercie, ja mam satysfakcję.

Około 9 w Browarze lekkie napięcie. "Jest. Idzie", słychać szmer wśród pracowników. Pani prezes wchodzi do foyer hotelu Blow Up: lekki uśmiech, długi połyskliwy płaszcz, za szefową dwumetrowy ochroniarz z dwoma wielkimi pokrowcami na ubrania. Grażyna Kulczyk buduje dystans. Ludzie widzą ją właśnie taką: niedostępną, w czarnym mercedesie, z bodyguardami. To jej tarcza, mówią znajomi. Trudno się zaprzyjaźnia, jest skryta, trochę nieufna. Nawet w najtrudniejszych momentach nie okazuje słabości, jakby się bała, że ktoś to wykorzysta. Inną Grażynę znają tylko najbliżsi. Tę, która po pracy chodzi w dresie, wyrywa się na zakupy na rynek Jeżycki, wciąż mieszka w domu zbudowanym ponad 30 lat temu. Najchętniej odpoczywa w Kotlinie Kłodzkiej. I mimo że ma dorosłe dzieci, nadal się o nie troszczy.

Trudno być bogatą, a jeszcze trudniej wychować w bogactwie dzieci. Prawda?
Wszyscy mi to mówią. Uważam, że dzieci nie wychowuje się nakazami, tylko przykładem. Dominika i Sebastian wzory wynieśli z domu. Pracy, oszczędności. Chodzili do szkoły muzycznej, ale zwykłej, państwowej. Jeździli na obozy harcerskie. A zagranicznymi wakacjami, na które wyjeżdżali z nami, nie wolno im się było chwalić.

Bywała Pani na wywiadówkach?
Oczywiście, a kto?

A trzeba było dzieciom wprowadzić reżim finansowy?
Skoro mnie nie odbiło, to umiałam ochronić przed tym i moje dzieci. Ubierały się tak samo jak inni. Nie dawałam im do szkoły słodyczy, których ich koledzy nie mogli kupić. Jak była dostawa bananów, to zapraszało się całą klasę...

Do Państwa na salony?
Nie, robiliśmy piknik.

A kiedy zażądały samochodów?
Nigdy nie zażądały. Dominika na studiach kupiła używanego golfa. Zaraz potem pojechała na studia do Chin i przesiadła się na rower. Tam nauczyła się wielkiej skromności.

A że wyszła za księcia to przypadek? Bo to wygląda jak w bajce: tu panna z miliardowym posagiem, tam kawaler z książęcym rodowodem...
Cokolwiek powiem, i tak nikt nie uwierzy. Dominika spotkała Jana, pokochali się. Tak się złożyło. Co mam powiedzieć, że głupio się złożyło?

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kulczyk | ślub | dziecko | zakupy | studia | cuda | dobrobyt | rower | Poznań | ojciec | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje