Reklama

Reklama

Dostałam drugie życie

A ślub w samolocie lecącym nad Wenecją to już chyba nie w ramach nauki skromności? Nie miała Pani poczucia, że to pretensjonalne?
Może, ale to nie był mój pomysł. Dominika ma przecież jeszcze tatę.

Reklama

A Pani jest dzisiaj jaką mamą? Opiekuńczą?
Chyba nadopiekuńczą. Nie umiem być inna. Ale uczę się nie narzucać, nie ingerować.

Pieniądze Pani pożycza?
Na sensowne przedsięwzięcia. Nie mam telefonów: "Mama, pożycz sto tysięcy". Ale zdarzało się, że Sebastian chciał zrobić biznes i nie poszedł do banku, tylko do mamy.

A jak Dominika nie dzwoni trzy dni?
Trzy dni? To chybabym nie wytrzymała.

Boi się Pani samotności?
Czasami. Ja lubię być sama w domu. Ale jak to trwa za długo, pojawia się niepokój: wyjść, porozmawiać z kimś! Nie jestem towarzyską osobą, ale ciszy się boję. Tego, że przez tydzień nie odezwie się nikt z przyjaciół.

Kiedy Pani ostatnio płakała?
Ja dzielę płacz na zewnętrzny i wewnętrzny. Zewnętrznie dawno temu. Wewnętrznie dzisiaj rano. Przyszłam do hotelu, który otwieramy w Browarze, i dowiedziałam się, że człowiek, który wieczorem poprawiał schody, w drodze do domu zginął w wypadku. Usiadłam na tych schodach i... przecież nie mogę się rozpłakać!

Dlaczego?
Taką mam zasadę, że Kulczykowej nie wypada. Bo musiałabym ryczeć w każdej trudnej sytuacji. A potem wstaje się rano z podkrążonymi oczami i co z tego przychodzi?

Ulga.
Nie.

Korzystała Pani kiedyś z psychoterapii?
Rozmawiając po przyjacielsku z Jackiem Santorskim.

Nie ma przyjacielskiej psychoterapii. Trzeba być klientem i zapłacić.
Ja się spotykam z terapeutami na kawie. Nie chcę im odbierać chleba, ale uważam, że w trudnych sytuacjach może pomóc tylko ktoś najbliższy.

Gdy pytałem Pani współpracowników, z jakim słowem im się Pani kojarzy, mówili: "dyscyplina". Naprawdę codziennie wstaje Pani o siódmej?
Wpół do siódmej. Bez budzika. Wystarcza mi sześć godzin snu.

Co to jest: stres, brak czasu, ciekawość świata?
Potrzeba pójścia do pracy. Nie na siódmą, ale jestem kobietą, potrzebuję się przygotować, trochę to czasu pochłania...

Ile przed lustrem?
Nie dłużej niż dziesięć lat temu.

Patrzy Pani mniej krytycznie niż kiedyś?
Mniej się przejmuję tym, co widzę. Nie myślę: "Boże, kolejna zmarszczka". Mnie Franciszek Starowieyski powiedział kiedyś: "Grażyna, każda zmarszczka to dowód na udany seks". Myślę, że mój wygląd to nagroda za aktywność. Bo nie jest tak, że ja się rozpieszczam, wysypiam. Po prostu jestem w ruchu. No ale jeśli coś można poprawić przez ćwiczenie albo masaż, to czemu nie?

Operacja plastyczna?
...

A czym się Pani jeszcze katuje poza zjadaniem jednej trzeciej porcji?

Wcale się nie katuję dietą. Ja po prostu nie mam potrzeby jeść dużo. Ale czasem idziemy z przyjaciółmi na kolację i jem dla przyjemności.

Co najchętniej?
Smak, który nigdy mi się nie znudzi, to pasta con alio, oglio a pepperoncino. Ale muszę ją sama przyrządzić.

Nie wierzę. A ile kosztuje paczka makaronu?
E, to takie pytanie do premiera Tuska. Naprawdę często gotuję, w domu wolę zrobić gościom kanapki niż zamawiać katering. Ale zakupy robię zbiorcze, nie muszę sprawdzać cen.

A w sklepach z ciuchami? Zdarza się Pani uznać, że coś jest za drogie?

Pewnie. Może nie za drogie dla mnie, tylko niewarte swojej ceny. Na zimowych wakacjach zobaczyłam suknię bez znanej metki, raczej coś artystycznego. Była droga. Pomyślałam: Gdzie ja to włożę, na bale nie chodzę, powieszę i co?

To gdzie może Pani stracić głowę? Zapomnieć o tej poznańskiej dyscyplinie Kulczykowej.
W galeriach sztuki.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kulczyk | ślub | dziecko | zakupy | studia | cuda | dobrobyt | rower | Poznań | ojciec | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje