Dżentelmen to idiota!

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych mężczyzn z Polsce. Słynny ze swoich ostrych wypowiedzi i uznanych przez wielu za skandaliczne, zachowań. Człowiek, który nie boi się mówić tego, co myśli – specjalnie dla EksMagazynu Jerzy Urban opowiada o swoich miłościach, miłostkach, kobietach w swoim życiu i typie „prawdziwego mężczyzny”.

EksMagazyn: Co dla pana znaczy określenie "prawdziwy mężczyzna"?

Reklama

Jerzy Urban: - Całe życie nienawidziłem kategorii prawdziwego mężczyzny. To oznacza idiotę, ambicjonera, człowieka nieznośnego. Mężczyznę o upodobaniach gminnych, takiego który ogląda mecze, przybija w domu gwoździe, grilluje, chce być przewodnikiem stada w rodzinie, wciąż próbuje okazywać swoje przewagi. Musi być najlepszy i mieć rację. To typ obrzydliwy i nieznośny towarzysko.

Pan nie grilluje?

- Nigdy nie byłem na meczu, nie zasadziłem drzewa, nie spłodziłem syna, nigdy nie grillowalem, nigdy też nie zbudowałem domu. Nigdy nie miałem ambicji domowych, za to miewałem ambicje zawodowe i polityczne.

Rywalizował pan z innymi mężczyznami?

- Oczywiście konkurowałem, jako samiec. Nie była to jednak konkurencja oko w oko. Odbywała się zwykle za pośrednictwem kobiety, o którą obaj konkurowaliśmy. Rywalizowałem używając manipulacji.

Łatwo manipulować kobietami?

- Jednymi łatwo, innymi nie. Zawsze starałem się, jak zresztą każdy, wykorzystywać swoje przewagi. Do moich atutów należała np. umiejętność pisania listów. Starałem się, żeby były niebanalne, zaskakujące, zaciekawiające. Jestem fachowcem od pisania, wobec tego, starałem się tę umiejętność wykorzystywać. Inni na przykład są elokwentni na randce i umiejętnie przewracają oczyma.

Pisuje pan jeszcze listy?

- Tak, w dodatku ciągle na papierze. Póki istniały mechaniczne maszyny do pisania, używałem ich. Maszyn elektrycznych nie potrafiłem opanować. Tak skomplikowanego urządzenia, jak komputer, nigdy nie dotknąłem. Kiedy maszyny do pisania stały się zabytkami, przerzuciłem się z powrotem na ręczne pisanie.

Pańskie teksty również są pisanie ręcznie?

- Tak. Jestem w ogóle wykluczony ze współczesnej cywilizacji. Kiedy wchodzę do sklepu z elektroniką nie wiem do czego służą sprzedawane tam przedmioty. Nie rozpoznaję zastosowania ani po wyglądzie ani po nazwie.

Jest pan dżentelmenem?

- Nie. To, z czym się stykamy, to podróbki dżentelmenów. Lepiej być chamem, ale prawdziwym, niż udawanym dżentelmenem. Dziś stykamy się raczej z postdżentelmenami - ludźmi, którzy sztucznie kultywują anachroniczne zwyczaje w dziedzinie ubioru, sposobu bycia, nakrywania do stołu, stylu zwracania się do innych ludzi. I są niezwykle dumni z tego, że się myją i nie mówią "kurwa".

Ma pan kompleksy?

- Zawsze miałem kompleksy seksualne. Przez całe życie kompleks powodowała niezdolność do odbycia stosunku z prostytutką. Wiąże się on z traumą, jaką przeżyłem, kiedy miałem 15 lat. Poszliśmy raz z kolegą na kurwy, popiliśmy dla kurażu i okazało się, że prostytutka, z którą mam odbyć stosunek, jest  raczej w wieku naszych matek, tylko grubsza, brudniejsza i śmierdzi. Nie stanęło nam. Potem całe życie próbowałem to odczarować. Ani z zaprzyjaźnioną prostytutką mi się nie udało, ani nawet z Murzynką.

Miewał pan inne? Kompleksy?

- Miałem kompleks brzydkiego, nieatrakcyjnego mężczyzny. W kontaktach z kobietami bardziej zależało mi na tym, żeby się nie ośmieszyć, niż uwieść.

Zakochany mężczyzna głupieje?

- Myślę, że nie, bo bardziej się wtedy stara. Stara się przekroczyć swoje granice. 

A panu się to zdarzało?

- Zdarzało mi się zakochać bez skutku i szczęśliwego finału. Taka była moja pierwsza prawdziwa miłość. Związek trwał 2-3 lata. Zakończył się niefortunnie. Ona odeszła z ginekologiem, który robił jej skrobankę, na którą ja ją zawiozłem i w dodatku sam znalazłem tego lekarza! Rzadko się zdarza, żeby uczennice szkoły baletowej uwiódł dotyk metalowych narzędzi w pochwie. A jednak... Innym razem, bardzo się zakochałem w kobiecie, która lubiła prowadzić na smyczy kilku partnerów jednocześnie. Wszystkich w kagańcach.

Dawał pan kiedyś kobiecie manipulować sobą?

- Owszem, co nie znaczy, że ja nie manipulowałem. Wszystkie związki to jest dwustronna manipulacja.

Ogląda pan filmy porno?

- Pierwszy film porno, który widziałem, pochodził z epoki celuloidu i przyspieszonych klatek. Lata 20. Był po prostu komiczny. Na ekranie oglądałem, jak bohater w przyspieszonym tempie ściągał kalesony i blindę (blinda - pokrowiec na wąsy - przyp. red.). Nie lubię filmów porno, bo odpycha mnie od nich przewidywalność zakończenia. Jedyną rzeczą, która się w nich zmienia, jest kanapa.

Co myśli pan o romansach w pracy?

- Nigdy nie przespałem się z nikim, z kim pracowałem. Nie lubię gmatwać stosunków w miejscu, gdzie pracuję. W poczuciu własnej godności nie podrywałem tego, co pod ręką.

Co robi pan w wolnym czasie?

- Jem, piję, oglądam telewizję, czytam, czasem rozmawiam. Najwięcej piję wody. Trochę mniej wódki. Bardzo lubię chodzić do kina, na dobre filmy. Cenię braci Coen, Allena, Altmana. Lubię angielskie filmy. Cenię dystans brytyjskich reżyserów do ich bohaterów. Nie oglądam starych filmów, przynajmniej starszych niż 10 lat. Nie znoszę Chaplina. Zdarza mi się oglądać romansidła. Na kiczach wzruszam się i płaczę, jednocześnie śmiejąc się z siebie. Płytka uczuciowość stanowi moją wadę charakterologiczną.

A co pan czytuje?

- Upodobania w czytaniu mam dosyć banalne. Cenię literaturę historyczną. W tym momencie czytam autobiografię Walickiego, przedtem dokumentarną książkę o buncie na Potiomkinie.

Lubi pan podróżować?

- Już nie. Ale kiedy lubiłem, zawsze starałem się podróżować w nowe miejsca. Miejscem, w którym mógłbym zamieszkać, jest Nowy York. Nie mieszkam tam, bo nie miałbym tam z czego żyć. No i po drugie, jestem więźniem języka polskiego. Nie znam narzecza, w którym mówią w Nowym Yorku. Choć właściwie to miasto jest bardziej atrakcyjne do bywania, niż do mieszkania.

Przeżywał pan kryzys wieku średniego?

- Od zawsze. Kryzys wieku średniego mam od wczesnej młodości. Objawiał się on nieśmiałością, brakiem pewności siebie, męskimi kompleksami, lękiem przed ośmieszeniem się w oczach kobiet, znudzeniem. Właściwie, można powiedzieć, że urodziłem się stary. Lata dziecięce były dla mnie gorsze niż starość. Najpierw strasznie się nudziłem, a później było 12-letnie siedzenie w szkole. To największy koszmar, jaki w życiu przeżyłem, to było chyba gorsze niż więzienie, ale nie jestem pewien, bo dotychczas nie siedziałem. Poza tym, lata temu, w szkole były twarde, wąskie ławki, a kilkugodzinne siedzenie na nich, samo w sobie, było fizyczną torturą. Dlatego też, bardzo szybko traciłem zdolność przyswajania jakiejkolwiek wiedzy. Na ogół ocena ze sprawowania była najlepszą, jaką udawało mi się dostać.

Ale nie był pan aniołem w szkole?

- Kiedyś, w Prima Aprilis, dałem sygnał klasie, żeby iść na wagary. Taki banalny pomysł. Cała rzecz polegała na tym, że klasa poszła za mną, przyłączyły się inne klasy i inne szkoły i w ten oto sposób większość młodzieży miasta Łodzi cały dzień spędziła w parku. Były to czasy stalinizmu i służbę bezpieczeństwa bardzo zainteresowało, jak się organizuje wyjście z dziesiątków szkół tysięcy młodzieży jednocześnie. Zaczęło się od robienia małpich min w przedszkolu, bo wtedy jeszcze lepszych pomysłów nie miałem. Później, jako 12-latek, zawiadomiłem Polską Agencję Prasową o zakończeniu wojny z Japonią, choć ona nadal trwała. I to poszło. Wynajdywałem  sposoby dręczenia nauczycieli, na przykład przynosiłem maszynkę elektryczną na lekcję, patelnię, jajka i smażyłem jajecznicę. Albo nosiłem do szkoły ubranie z kamizelką, muszką i złotą dewizką, co denerwowało belfrów. 

Ma pan jakiś autorytet?

- Miewałem autorytety, tylko ich już nie pamiętam.

Co pan myśli o lansie?

- Lans jest niezbędny do tego, aby żyć nie tonąc. Całe życie się lansowałem, i cenię u innych umiejętność lansowania się. Bez lansu talenty giną, bo nikt się o nich nie dowiaduje. Kto by słyszał o Einsteinie, gdyby się nie lansował?

Pan się lansuje?

- Lansuję się dosyć leniwie i mam teraz mało ku temu instrumentów. A gdy przekraczam stosowne dla mnie metody lansowania się, to efekty są żałosne. W programie "Jak Oni Śpiewają" Anna Mucha zaprosiła mnie do duetu, ale okazało się, że ja kompletnie nie umiem śpiewać. Wszystkie próby to była katastrofa. W dodatku, zaraz przed emisją show, odebrałem telefon o śmierci Mieczysława Rakowskiego i nie wyszedłem na scenę. To był mój przyjaciel i nie mogłem tego zrobić. Wielki kłopot dla stacji i dla ludzi, którzy  pracowali nad programem.

- Innym razem, w jakiejś telewizyjnej produkcji, miałem zagrać dla draki fragment roli Romea. Tydzień uczyłem się swojej kwestii, ale w żaden sposób nie mogłem zapamiętać tego bełkotu, w związku z czym, młoda aktorka, która ze mną występowała, również była załamana... Innym razem, do współpracy zaprosił mnie Liroy. Miałem go udawać na scenie. Markowałem śpiewanie hip-hopu. Skakałem... Próżność sprawia, że zapominam o tym, żeby się takich rzeczy nie podejmować. Hipopotam nie powinien pracować ciałem, ma do tego zęby.

Ma pan marzenia?

- Coraz trudniej mi mieć marzenia. Zwykłe marzyłem, żeby komuś boleśnie przypieprzyć w felietonie. Czasami się udawało.

Rozmawiały: Aneta Zadroga, Anna Chodacka

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Urban | skandal | skandalista | szczerość

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje