Reklama

Reklama

Mam mnóstwo możliwości bycia szczęśliwą

Mówi się, że Szwaja zawsze widzi jakieś wyjście, jej bohaterowie zawsze dostają szansę na zmianę swojego losu. Tak pani uważa, że z każdych tarapatów można wyjść?
- Bez wyjścia, kochani moi, jest tylko trumna. Oczywiście, nie każde wyjście jest komfortowe, nie każde spełnia nasze nadzieje, ale często popełniamy wielki błąd nie wierząc w siebie - i nie myśląc dostatecznie intensywnie. Na okładce mojej ostatniej powieści znalazło się takie motto (sama je wymyśliłam!) - "Życie jest potrawą dla inteligentnych". Tak mi się kulinarnie skojarzyło z tą tytułową zupą z trującej ryby. W życiu trzeba myśleć, wierzyć, kombinować, myśleć logicznie - i mieć nadzieję. "Dum spiro, spero" - póki życia (oddechu), póty nadziei, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Reklama

- A poza tym często przeceniamy własne nieszczęścia. Jako reporterka telewizyjna, kobieta z kamerą, widziałam w życiu mnóstwo prawdziwego nieszczęścia: biedę, choroby, kalectwo, śmierć. To mnie nauczyło, że moja astma, bolące stawy, wariujące serce - to mały pikuś, proszę państwa, wobec tego, co mogłoby być moim udziałem. A nie jest. Mam mnóstwo możliwości bycia szczęśliwą.

Ma pani na koncie dwanaście powieści. Trzynasta już się pisze? Jak długo "rodzi się" książka?
- Teraz akurat się odpoczywa. Nie jestem maszynką do wyrobu powieści! Ale pewnie za miesiąc, dwa zacznę wymyślać, a za pięć - siądę do komputera. Popiszę trzy, cztery miesiące, a potem redakcja... itd.

Wiem, że kocha pani góry. Co jeszcze sprawia przyjemność Monice Szwai?
- Mnóstwo rzeczy. Świat jest taki rozmaity! Ja mam wbudowanego szwendacza, więc lubię się szwendać: góry, morze i w ogóle piękna nasza Polska cała, ale wybieram się też do malowniczej Bretanii (Atlantyk, klify, menhiry!) i w rejs ukochanym "Darem Młodzieży" (Gdynia - Wilhelmshaven - Antwerpia), a zimą planuję drugie w życiu Karaiby. Tak nawiasem: wielką przyjemność mam jeżdżąc po kraju na spotkania autorskie w towarzystwie kolegi z wydawnictwa, który też ma szwendacza, więc jeździmy strasznym zygzakiem.

- Nie umiałabym poza tym żyć bez muzyki - i tu mam takie rozdwojenie jaźni: albo klasyka, albo szanty i folk celtycki. No więc jeżdżę sobie do Filharmonii Narodowej kiedy gra jakiś mój ulubiony muzyk (za chwilę będzie to Jerzy Semkow!) a też na festiwale szantowe, których w kraju mamy około pięćdziesiątki. W tej Bretanii mam nadzieję na bliskie spotkanie z ichnią muzyką i pieśniami, które znam właśnie z festiwali szantowych.

- Cóż poza tym? Kocham spotykać miłych ludzi - a znam ich wielu, co uważam za osobiste szczęście. Kocham zwierzęta: mam dwa psy i kota (same dziewczynki zresztą). Kocham mój domek z ogrodem. "Co do mnie - kocham życie" - powiedział niejaki Montaigne, stary mądrala.

A co czyta Monika Szwaja?
- Rozumiem, że nie chodzi o te wszystkie książki, które nadchodzą do wydawnictwa, bo te czytuję służbowo. Prywatnie czytam właśnie nową Chmielewską, nową Grocholę i starego Forsytha. "Kręgi czyli kolejność zdarzeń" Jana Antoniego Homy (nasza książka, znaczy Solowa!) popłyną ze mną w rejs - raz je czytałam, kiedy decydowaliśmy o wydaniu, ale teraz będą po prostu robić mi przyjemność. Jako książka, a nie dokument komputerowy.

Pani książki są "ciepłe", dodają otuchy. Skąd pani czerpie tę pozytywną energię, którą przekazuje w powieściach?
- No chyba właśnie z uświadomienia sobie konieczności samoobrony przed brutalnością życia i brzydotą rzeczywistości, którą sami tworzymy.

Co robi etatowa "pocieszaczka", kiedy sama ma zły dzień? Czyta Szwaję?
- Ryczy.

Na czym więc, pani zdaniem, polega fenomen Moniki Szwai? Czytelnicy z pewnością dają znać autorce, za co ją cenią. Proszę, całkiem nieskromnie, przyznać się.
- Fenomen chyba w optymizmie i tym szukaniu wyjścia. Ludzie są w tej chwili zbiorowo dołowani przez media, polityków, kulturę i siebie samych nawzajem, więc jak ktoś nimi potrząśnie (książka może trochę potrząsnąć...) i powie, że jednak nie ma obowiązku wpadania w ciężkie depresje, a przeciwnie: są sposoby na poradzenie sobie z ponurą rzeczywistością - no to nabierają chęci do życia. I zaczynają lubić autora, bo on (znaczy ja) kilka tych sposobów im pokazuje.

- Druga rzecz to po prostu uśmiech. Tzw. kultura wysoka u nas gardzi uśmiechem, rozrywką, komedią. A ja twierdzę, że trudniej rozśmieszyć ludzi niż ich skłonić do płaczu. Zresztą tak wielu twórców pisze do płaczu... ja tam wolę bawić, cieszyć i nieść, za przeproszeniem, promień tego słońca, co to, jak powiedział mądry Rzymianin Petroniusz: świeci wszystkim.

Rozmawiała Anna Piątkowska

Monika Szwaja (ur. w 1949) - ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Poznańskim. Była nauczycielką, reporterką telewizyjną, obecnie prowadzi własne Wydawnictwo SOL. Jest autorką powieści, m.in."Jestem nudziarą", "Romans na receptę", "Klub Mało Używanych Dziewic" czy "Zupa z ryby fugu".

Dowiedz się więcej na temat: przyjemność | powieść | książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje