Nie ma złej publiczności

Późnym popołudniem wróciła moja żona, przyniosła mi pizzę na obiad i nowe perfumy BOSS, żebym pięknie pachniał podczas występu i żeby mi przyniosły szczęście. Koncert miał się rozpocząć o 19.00, a ja myślałem, że o 18.00, dlatego zjawiłem się w sali godzinę za wcześnie. Krótko przed oficjalnym wejściem na scenę podszedł Maestro i uścisnął mnie mocno. Wszedłem na scenę, przede mną kilkuset ludzi, w różnym wieku, wśród nich dziennikarze, Konsul Polski, Rektor Peabody Conservatory, troszkę (choć dość mało) Polonii, troszkę moich przyjaciół z Baltimore i bardzo wielu Nowojorczyków, co było dla mnie wielką radością. Acha, była jeszcze Polska Telewizja, która zrobiła ze mną wywiad i nagrała fragment koncertu... Owacja na stojąco, kilka bisow, wielki bankiet z przemówieniami, wywiady, szczęście. Potem maestro zaprosił nas na kolację do włoskiej knajpki, gdzie moja żona zjadła tylko deser, a ja wypiłem za dużo wina i zjadłem pizzę Quattro Fromaggi. Wróciliśmy do hotelu, ale nie mogłem spać. Poszliśmy z żoną na nocny spacer po Manhattanie. Było cudownie, 3 rano, pełno ludzi, i stojąc tak na środku Stolicy Świata poczułem się naprawdę dobrze. Spełniło się moje wielkie marzenie. Musiałem sobie znaleźć kolejne, i znalazłem.

Reklama

Jakie to marzenie?
Wiedziałem, że mnie o to spytasz. Jaką ja miałbym radość z tego marzenia, gdybym ci powiedział? Nie mogę powiedzieć, ale jeśli się spełni, to znowu pogadamy i opowiem ci o tym. Zgoda?

Gdybyś mi to teraz objawił, to marzenie zamieniło by się w plan do zrealizowania, takie mało romantyczne zobowiązanie, nie dziwię się, że wolisz pozostać po tej fajniejszej stronie. W paru zaledwie zdaniach o swoim koncercie Carnegie Hall, o wielkiej, światowej sprawie, aż siedem razy dotknąłeś sytuacji kucharsko-konsumpcyjnych: poranna kawa, pizza, bankiet, kolacja włoska, deser, wino, pizza. To przypadek?
- No właśnie! Dziękuję za wyrozumiałość. Ja wierzę w to, że będę o tym jeszcze opowiadał. Zawsze wierzę, że będzie dobrze. Mam takie szczęście, że moje życie jest piękne. Mam cudowny zawód, otaczają mnie wspaniali ludzie, bardzo różni. Mam przyjaciół w bardzo wielu krajach. Cenię sobie fajne, mądre życie. Ważniejsze dla mnie jest zobaczyć coś pięknego, pogadać z kimś fascynującym, niż kupić sobie markowe ubranie czy samochód. Jedyne, na co nie żal mi nigdy pieniędzy, to dobre jedzenie. Kocham kuchnię. Od kilku lat bardzo uważam na to, jak się odżywiam. Ludzie powinni się właśnie odżywiać, a nie jeść. Dużo czytam na temat kuchni, jedzenia z całego świata, i gotowania. Gotowanie to moja wielka pasja. To wiąże się ze zdrowym i fajnym życiem. Podróżując, zawsze staram się poznawać nowe potrawy, uczyć mieszania składników, odkrywam nowe przyprawy. Przywożę ze sobą coś pysznego, z czego potem buduję nowe potrawy w domu. Zawsze towarzyszy mi żona, która jest pierwszym krytykiem tych dań. Siadamy razem do stołu, jemy i rozmawiamy o tym: czego jest za mało, czego za dużo, jak to podać, jak ułożyć na talerzu itd. Ogromnie nas to fascynuje. Niestety, z tego powodu jesteśmy dość wybredni i rzadko nam jedzenie smakuje. Miałem szczęście być w restauracjach o światowym poziomie, gdzie serwowane dania były dziełami sztuki. Niedawno, w słynnym Mesa Grill w Nowym Jorku zjadłem jeden z najlepszych posiłków w moim życiu - tuńczyka marynowanego, z kuskusem i reliszem z kukurydzy, mięty i z mango. Sposób przyrządzenia tej potrawy, to była sztuka najwyższych lotów, dowodząca, że kucharze to artyści. Szefem kuchni w Mesa Grill jest słynny Bobby Flay, którego wszystkie książki stoją na mojej półce, i którego jestem fanem od długiego czasu. Oj, długo bym mógł mówić na ten temat.

Dowiedz się więcej na temat: warzywa | publiczność | potrawy | marzenie | muzyka | szczęście | nagranie | Łukasz | USA | żona | Carnegie Hall | koncert

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje