Reklama

Reklama

Nie wchodzę w maliny

Wracając do "Randki w ciemno". Byłaby pani zaniepokojona, gdyby córka poszła przed swoim ślubem do wróżki?
Jasne! To by znaczyło, że nie ma pewności. Nie wierzy w to, co robi. A skoro nie ufa sobie, to ślub jest jakąś nieprawdą.

Reklama

Pani ufa sobie?
Tak. Jeśli nawet moje decyzje prowadzą do sytuacji na pierwszy rzut oka mało korzystnych, to z perspektywy czasu widzę, że miały sens. Kiedy po studium aktorskim z trzech propozycji angażu: Gdańsk, Kraków i Szczecin wybrałam tę ostatnią, znajomi pukali się w czoło. Ja uważam, że każdy milimetr drogi, którą przeszłam, zaprocentował. Gdy zagrałam Judytę w "Nigdy w życiu!", pisano, że powinnam unikać takich komercyjnych projektów...

A pani czuła, że dobrze wybrała?
Po latach okazało się, że to była jedna z ważniejszych moich decyzji in plus.

Dlaczego?Grywałam kiedyś w komediach, w farsach, natomiast po przyjeździe do Warszawy wrzucono mnie do szuflady z napisem "role dramatyczne". Do tego stopnia w niej utknęłam, że nikt nawet nie podejrzewał mnie o lekki ton. Nie chciano mnie zaprosić na zdjęcia próbne do "Nigdy w życiu!", uznając, że nie nadaję się do tej roli. Judytą odkurzyłam w sobie jasne kolory, które paradoksalnie są niezwykle przydatne w budowaniu ról dramatycznych.

Jest pani bardzo zajętą aktorką. Znajduje pani chwilkę tylko dla siebie?

Znalazłam, i to długą, w okolicach Bożego Narodzenia. Miałam marzenie, żeby nacieszyć się domem, i cieszyłam się nim dwa tygodnie.

Co pani robiła?
Ponieważ tkwię od dwóch i pół roku w remoncie, to głównie sprzątałam, rozpakowywałam kartony, zapełniałam nowe półki i szafki. Sprawiały mi te domowe prace dużą przyjemność, bo na co dzień nie mam na to czasu.

W pudłach znalazła pani wspomnienia?
Starą biżuterię, o której kompletnie zapomniałam. Stare scenariusze, a pomiędzy nimi zakurzone zdjęcia i listy od moich widzów. Pozbierałam do jednego pudełka listy od ludzi, którzy prosili mnie o zdjęcia i autografy. Odpisałam na niemal wszystkie, a niektóre były nawet z 2002 roku.

Co pani robi zimą, by nie wpaść w depresję?
Ależ ja bardzo lubię zimę! Taką jak tegoroczna - śnieżną, słoneczną i mroźną. Uwielbiam czapy śniegu na płotach, krzewach, dachach, zawiane pola, ciszę, kiedy śnieg pada spokojnie ogromnymi płatkami, chrzęst śniegu pod stopami w ostry mróz, zachód słońca i nadchodzący zmierzch, kiedy cały świat za oknem jest biały, a w okolicznych domach pojawiają się światła. Mogę chłonąć te obrazy godzinami i czuję z każdą chwilą, jak zagnieżdża się we mnie jakiś pierwotny spokój. Takie klimaty zawsze przenoszą mnie w czasy dzieciństwa.

Słyszałam, że pani od lat cierpi na bezsenność.
Na szczęście już się z tym uporałam. Ale jest to dość powszechny problem w obecnych czasach. Żyjemy na co dzień w takim zagonieniu, że trudno nam wyhamować przed nocą.

Adrenalina nie pozwala zasnąć?
Raczej permanentny stres, który nie pozwala odetchnąć. Odkąd pamiętam, budziłam się w środku nocy, wstawałam przed dzwonkiem budzika albo długo nie mogłam zasnąć. Nawet jako dziecko podstawówkowe, jeśli następnego dnia coś ważnego czekało mnie w szkole. Czuję, że podobną cechę ma jedna z moich córek.

Nadwrażliwość?
Nie mam pojęcia. Wrażliwości nie mogę odmówić ani jednej, ani drugiej córce. Ale ciągle mnie zadziwia, że one z tych samych rodziców, prowadzone tą samą ręką, wychowywane w tym samym domu, w tej samej atmosferze, wyrastają na dwie tak różne istoty.

Dowiedz się więcej na temat: show | córki | przyjemność | śmiech | maliny | ciemno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje