Reklama

Reklama

Nie wchodzę w maliny

Jakie są pani córki?
Kiedyś wydawało mi się, że Paulina odziedziczyła po mnie lęk przed puszczeniem maminej spódnicy. Natomiast ona przez lata zyskała odwagę wychodzenia światu na spotkanie.

Reklama

Tymczasem Wiktoria, która jako małe dziecię sprawiała wrażenie istotki o mocnych łokciach - myślałam, że będzie nimi torowała drogę siostrze - okazała się spadkobierczynią moich lęków przed światem. Dowiedzieliśmy się o córkach wiele nowego, kiedy zaczęły opuszczać cieplarniane, domowe warunki i zderzać się z przedszkolem, szkołą, ze światem.

Ma pani marzenia?
Nie lubię zaglądać do swoich marzeń. Chce, żeby były niedopowiedziane.

Podobno marzenia trzeba afirmować, by się spełniały.
Słyszałam, że trzeba je precyzować, wypisać na liście i intensywnie o nich myśleć - podobno wtedy los przynosi spełnienie. Kto wie, może i tak jest? Ja nigdy nie myślałam intensywnie nad tym, co chciałabym od życia. Dzięki temu jestem otwarta na rzeczy, które do mnie przychodzą, i potrafię się z nich cieszyć. W moim rodzinnym domu nigdy na przykład nie pisało się listów do Gwiazdora (tak na Kaszubach nazywa się odpowiednik świętego Mikołaja - przyp. red.).

Dopiero moje dziewczynki przyniosły ten zwyczaj z przedszkola czy ze szkoły. Dla mnie to było dziwne. Cały urok prezentów choinkowych, zresztą wszelkich, tkwi w niespodziance. Paulina już to wie od kilku lat. A Wiktoria w tym roku po raz pierwszy nie napisała listu.

Dziś dzieci przyzwyczajają się, że to, co zamówione, musi się spełnić. A życie i prawdziwy świat to nie jest sklep wysyłkowy (śmiech).

Potem będą się denerwować, że nie dostają wymarzonej pracy albo nie spotkały faceta, o jakim marzyły.
A który - okazuje się często - kompletnie nie jest dla nich. Tymczasem obok stoi jakiś gość, cichutko, niezauważony... Zafiksowanie na "tę konkretną rolę" czy na "tego konkretnego faceta" nie pozwala zauważyć niczego dookoła. Mając klapki na oczach, nie jesteśmy w stanie dostrzec, że naszym królewiczem na białym koniu jest właśnie ten cichy facet...

... który nie wygląda jak wymarzony książę.
Stoi sobie w cieniu.

Tak było w pani przypadku?
Bywało (uśmiech).

Podobno lubi pani flirtować?
Uwielbiam. Dla mnie to taki ping-pong słowny, który do niczego nie zobowiązuje, a uruchamia radosne rejony w człowieku i stawia na baczność inteligencję.

A jak znosi to pani mąż?
Czasem obserwuje mnie z boku i się uśmiecha.

Nie czuje się zagrożony?
Nie sądzę. Może kiedyś, na początku... W tych moich piłkach nie ma niczego poza radością ich odbijania. Lubię te trudne, podkręcone, zaskakujące.

Jak pani dba o swoje samopoczucie?
Kilka lat temu, w okresie jakiegoś strasznego przemęczenia, a co za tym idzie kłopotów ze snem, moja agentka umówiła mnie z kosmetyczką. I okazało się, że darowano mi dwie godziny snu w ciągu dnia. Teraz funduje sobie tę przyjemność co najmniej raz w miesiącu. Nie zawsze zasypiam, ale muzyka, pozycja horyzontalna i świadomość, że nigdzie się nie spieszę, to dla mnie wspaniały relaks.

Pani wygląda bardzo młodo.
Hm. Pewnie jestem szczęśliwa? (śmiech).

Kosmetyki grają jakąś rolę?
Przyznam, że nie znoszę się malować. Makijaż kojarzy mi się z pracą. Kiedy muszę od samego rana pacykować się, to dla mnie prawdziwa udręka. Natomiast kremy, bardzo proszę. Uwielbiam te słoiczki, pudełeczka, to jest jak powrót do dzieciństwa. Traktuje je trochę jak zabawki (śmiech).

Dowiedz się więcej na temat: show | córki | przyjemność | śmiech | maliny | ciemno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje