Reklama

Reklama

Nie wchodzę w maliny

Bez jakiego kosmetyku nie wychodzi pani z domu?
Bez kremów, oczywiście. Muszę od czasu do czasu natłuszczać nimi usta i dłonie. W torebce - zamiast tuszu, pomadki i puderniczki - zawsze mam taki maleńki słoiczek, do którego przekładam mała porcję kremu na dzień Garnier. Wtedy czuje się bezpiecznie.

Reklama

W finałowym odcinku 10 edycji "Tańca z gwiazdami" wystąpiła pani gościnnie ze Stefano Terrazzino. Jak pani to wspomina?
Mimo chwil załamania, braku wiary w swoje możliwości, poczucia bezradności i panicznego strachu, ten występ napełnił mnie jakąś

dziecięcą radością. Ale próby to była ciężka, fizyczna robota.

Pani się pięknie porusza. Tego można się nauczyć?
Tak. Czasem przyłapuj moje córki w lustrze i pokazuję im, co się dzieje z ich ciałem. Tak, żeby mogły to zobaczyć niejako z zewnątrz.

Pamiętam, jak sama zaczęłam się garbić jako nastolatka. Miałam duży biust, więc długi, wyciągnięty sweter i zaokrąglone plecy były znakomitym sposobem na ukrycie go.

Mój tata stukał mnie wtedy w plecy, powtarzając do znudzenia: "Wyprostuj się". Teraz ja cierpię, kiedy córka zakłada sukienkę, ale jej sylwetka jest lekko przygarbiona, jakby próbowała utrzymać ten swój sportowy luzik (śmiech). Staram się wtedy działać na jej wyobraźnię. Mówię na przykład: "Pomyśl sobie, że twój mostek jest dziobem okrętu. Płyniesz i rozpruwasz nim fale". To działa. Co prawda na bardzo krótko, ale ziarno zostało zasiane.

Od pani odpowiedniej postawy wymagają na pewno kostiumy z epoki?

Pamiętam, że kiedy zaczęły się próby kostiumowe do "Tartuffe'a", po kilku dniach poczułam potworny ból w plecach. Okazało się, że to od dawna nie używane mięśnie, które teraz musiały pracować nad utrzymaniem odpowiedniej postawy, wymaganej przez kostium (śmiech).

I w filmie, i w teatrze Danuta Stenka zagrała wielkie role u wielkich reżyserów. Po co pani takie niewielkie rólki, jak ta w "Randce w ciemno"? Jest w tym jakaś filozofia?
Dla mnie ważna jest nie wielkość roli, ale jakość spotkania z ludźmi. Zdarzało się w moim życiu dostawać duże role, z których nic ciekawego nie wynikało. Nie "dodawaliśmy się" wzajemnie:

ani z reżyserem, ani z partnerami. To tak, jakbym odbyła długą drogę po kole i wylądowała w punkcie wyjścia.

W ogólnym rozrachunku jeśli z pracy - czy z wszelakich potknięć i wywrotek życiowych - można wyciągnąć wnioski, to nie jest to czas stracony. Wiele się człowiek może dowiedzieć o sobie, o swoich relacjach ze światem, a poza tym w ten sposób poznaje, gdzie rosną maliny. A warto wiedzieć , gdzie one są, żeby w nie już nie wchodzić.

Rozmawiała Iwona Zgliczyńska

Więcej przeczytasz w najnowszym numerze magazynu o gwiazdach SHOW. W sprzedaży od 1 lutego.

Dowiedz się więcej na temat: show | córki | przyjemność | śmiech | maliny | ciemno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje