Reklama

Reklama

Różnica wieku nie jest ważna

Najprzyjemniejsze wspomnienie?

Reklama

Agnieszka Grochowska: W Meksyku na Jukatanie dotarliśmy do wioski poławiaczy homarów. Przeczytaliśmy w Lonely Planet, że w pewnym miasteczku musimy pójść pod sklep, tam będzie czekał facet i on nas zabierze. Rzeczywiście, był. Na koszulce miał napis CIA. Do swojego pięcioosobowego samochodu zabrał... 12 osób. Ze stopami sąsiadów na głowach tłukliśmy się przez dżunglę kilka godzin po wertepach. Ostatni kawałek drogi płynęliśmy łodzią. Wioska - odjazd. Domy sklecone z tego, co wyrzuci morze. Co roku przychodzi tajfun i wszystko niszczy, więc nie opłaca się budować niczego trwałego. Spędziliśmy tam Boże Narodzenie. Mieszkaliśmy u jedynej w okolicy Amerykanki w domku bez ścian. Każda rodzina postawiła szopkę większą od własnego domu. Nie mam pojęcia, skąd wzięli figurki Świętej Rodziny. Potem odgrywali scenki poszukiwania noclegu przez Marię i Józefa. Patrzyli na nas jak na wariatów, bo na wigilijną kolację chcieliśmy homara. A przecież rzeczy wyławiane z morza jedzą tylko biedacy. W takie święto trzeba najeść się drogiej wieprzowiny. O trzeciej w nocy obudziła nas totalna impreza. Na głównym placu wioski fiesta, genialnie tańczący ludzie. Przez tydzień włóczyliśmy się po plaży, nurkowaliśmy na rafie. Uciekałam z wody, gdy tylko zobaczyłam większą rybę. Potem okazało się, że to był tuńczyk. Godzinami mogłam ob-serwować polujące pelikany. Lecą, pikują, wynurzają się z trzepoczącą rybą. Wiesz, że mają blisko sto procent trafień?

Nie wiedziałem. Co przywozisz z wypraw?

Agnieszka Grochowska: Oryginalne, ręcznie robione kolczyki. Kolorowe materiały, które potem leżą w szafie, bo nie mam czasu nic z nich uszyć. I przyprawy. Gałkę muszkatołową, paprykę chili. Darek świetnie gotuje. Potem przez cały rok dodaje je do potraw.

Pasjonat?

Agnieszka Grochowska: Tak się przy nim rozleniwiłam, że umiem zrobić już tylko jedną zupę: krem z halibuta. Darek przyrządza wyszukane rzeczy - potrafi dwa dni zastanawiać się, jak zrobić zakwas do barszczu. Chodzi, szpera w książkach kucharskich, internecie. Ale umie też improwizować. I z kilku rzeczy, które akurat są w lodówce, w kwadrans wyczarowuje wspaniały obiad. Przy nim bardzo polubiłam jeść. Mam w sobie Północ, ale i coś z Włoch. Chętnie zapraszamy przyjaciół na jedzenie. Wiosną drzwi się u nas nie zamykały. Codziennie celebrowaliśmy wspólne posiłki. Uwielbiam to.

A macie swoje ulubione knajpki?

Agnieszka Grochowska: Darek wyszukał miejsca, gdzie po wojnie były pierwsze jadłodajnie w Warszawie. Nadal dają tam pyszne, polskie jedzenie. Jak ktoś oczywiście lubi barszczyk, kapustę zasmażaną, schabowego. Wszystko jest świeże, gotowane z dnia na dzień. Gdy zabraknie schabowego, pani bierze ołówek i wykreśla z listy na kartce. A jak ktoś przyjdzie o wpół do piątej, zostają tylko ruskie.

Jesteście z Darkiem prawie pięć lat po ślubie. Małżeństwo zmienia?

Agnieszka Grochowska: Dla mnie jest tak, jak było zawsze. Mam wrażenie, że po ślubie jeszcze lepiej. Nie chciałabym używać dużych słów, ale to metafizyczne doświadczenie, wypowiedzenie słów: "Tak. - Tak". Świadomość, że teraz już naprawdę będziemy razem, to dobra świadomość. Widzę tylko pozytywne strony, nie zamartwiam się. Czuję, że wspólnie możemy więcej.

Dowiedz się więcej na temat: film | morze | doświadczenie | Warszawa | rzeczy | aktorka | Oslo | Agnieszka Grochowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje