Reklama

Reklama

W życiu jak w dżudo: Ustąpisz - zwyciężysz

Czy pani też wspiera męża i jeździ z nim na zawody?

Reklama

- Jeśli odbywają się w Zakopanem, to jestem zawsze, no i jeżdżę do Planicy.

Weszła pani kiedyś na skocznię, na samą górę, żeby zobaczyć świat z perspektywy skoczka narciarskiego?

- Byłam i powiem pani, że Planica zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Nogi się pode mnę ugięły, ale widok może zachwycić. Na pewno jednak nie zdecydowałabym się skoczyć stamtąd, co ja mówię, nawet zjechać bym się nie odważyła.

To jak się pani czuje, gdy Kamil wybija się z progu. Wie pani, że pofrunie wysoko, że wystarczy jakiś fałszywy podmuch wiatru, jakiś błąd i... wszystko może się zdarzyć. Serce pani nie drży?

- Ufam jego umiejętnościom i ufam temu, co robi przez całe życie. Nie umieram więc ze strachu. Ale oczywiście trochę się denerwuję przed każdym jego startem, bo chcę, żeby mu się udało jak najlepiej wypaść.

Jest pani kibicem męża?

- Chyba najwierniejszym. Skoki to jest jego życie, więc jakże bym mogła się tym nie interesować. Uważam, że takie wzajemne zainteresowanie swoimi pasjami i wspieranie się w ich realizacji bardzo zbliża ludzi.

Od kilku lat obserwuję karierę Kamila Stocha i samego Kamila. Odnoszę wrażenie, że zmężniał, wydoroślał.

- To prawda, a dla mnie jest to niesamowite tym bardziej, że ja tę jego przemianę z chłopaka, w którym się zakochałam ponad pięć lat temu - w dorosłego mężczyznę, który został moim mężem, widzę każdego dnia. I czuję się przy moim mężczyźnie nie tylko szczęśliwa, ale też bezpieczna.

Czy mąż nadal potrafi Panią zaskakiwać?

- Owszem, zwłaszcza że doskonale wie, jak uwielbiam niespodzianki. Nawet te najmniejsze.

Ostatnie zaskoczenie?

- To była kolacja z okazji rocznicy ślubu (Stochowie pobrali się 7 sierpnia 2010 roku - przyp. MLK). Wyglądało to na zwykły wypad z Zakopanego do Krakowa. A tym czasem poszliśmy na kolację do "Wierzynka". Czułam się wyjątkowo.

Takie gesty panią ujmują?

- Kamil często stara się właśnie takimi gestami wynagrodzić mi chwile, których nie spędzamy razem. Nie oczekuję tego, ale jest to bardzo miłe. Łatwiej mi potem przetrzymać dni, kiedy go nie ma, bo zostają w zanadrzu miłe wspomnienia.

Mąż jest bałaganiarzem?

- Mniejszym niż ja, szczerze mówiąc.

Znalazłam informację dotyczącą pani zamiłowań sportowych, które mnie trochę zaskoczyły. Podano tam, że jest pani fanką dżudo.

- Jestem nie tylko fanką, znam tę dyscyplinę doskonale, bo przez dziesięć lat ją uprawiałam. Nie da się więc ukryć, że w połowie moja dusza jest duszą sportowca. Niestety, liczne kontuzje wykluczyły mnie z tego sportu, z czym jest mi się trudno do dzisiaj pogodzić. Doskonale natomiast rozumiem emocje, jakie towarzyszą mężowi przed i w czasie startu.

Pani, taka filigranowa dziewczyna, artystka, i dżudo? Trudno sobie wyobrazić takie połączenie.

- A jednak ono ma miejsce. Zawsze mi się podobały sporty walki. Najpierw trenowałam karate, potem troszeczkę kung-fu. No a dżudo po prostu mnie zauroczyło. Kibicuję tej dyscyplinie do dzisiaj, oglądam zawody. Razem z Kamilem oglądamy. Wytłumaczyłam mu zasady obowiązujące w tym sporcie i bardzo mu się moja ulubiona dyscyplina spodobała.

Wyglądacie na zgraną parę?

- Myślę, że jesteśmy zgraną parą.

Mam wrażenie, że Kamil woli się pani nie narażać?

- Nie próbuje, na szczęście. Na szczęście dla niego.

- A co jest najtrudniejsze w życiu żony tak popularnego sportowca jak Kamil Stoch? Telefony od wielbicielek, prośby o zdjęcia, piski fanek, jego nieobecność w domu, to że trzeba sobie radzić samej z nagłymi naprawami, wbijaniem gwoździ...

- Radzę sobie ze wszystkim, przynajmniej na razie. Ale myślę, że najtrudniejsze jest przetrwanie jego długiej nieobecności. Na przykład zrobię zdjęcie i już bym chciała poznać zdanie męża, opowiedzieć, jak powstało, a jego akurat nie ma. Co do fanek... No cóż, taki już jego los. Na ogół przejawy sympatii są bardzo miłe. Na razie nie jest to denerwujące, raczej zabawne.

Czy kiedyś porównywano panią do Izabeli Małysz, tak jak Kamila Stocha do Adama Małysza?

- W przypadku Kamila rzeczywiście były takie sytuacje, ale teraz już jest ich mniej. Mnie nie porównywano do Izy Małysz, a jeśli nawet by tak było, uważam, że mam tak wyrazistą osobowość, że bym się wybroniła.

A gotowanie, sprzątanie, zakupy - dzielicie czy wszystko należy do pani?

- Jeśli akurat jestem sama, wszystkie sprawy domowe spadają na mnie. Nawet przytwierdzanie karniszy oraz skręcanie półek. Ale w tym jestem dobra i nie boję się takich zadań.

A gotowanie?

- Gdy wypada kolej Kamila, to woli mnie zabrać do restauracji.

Czym może pani poprawić mężowi humor, jeśli zajdzie taka potrzeba?

- Dobrze działa słodki deser, lody, owoce no i rosół z makaronem.

A zakupy? Czy to pani ulubione zajęcie? Potrafi pani wydać dużo, dużo pieniędzy na ciuchy i kosmetyki?

- Chyba jestem nietypowa, bo nie wydaję dużo, no, chyba że chodzi o sprzęt fotograficzny. Czasem pozwalam sobie na jego uzupełnienie. Wtedy trochę wydaję, bo obiektywy i inne akcesoria do canona są drogie.

Kto dobiera mężowi garnitury? Pani czy sam buszuje po sklepach?

- Jeśli mu coś wpadnie w oko - kupuje. Ale często wybieramy ubrania razem. Lubię, żeby czuł się dobrze w tym, co nosi.

Czasami coś tam dla Kamila kupuje mój brat, bo mają podobny gust i rozmiar.

A pani dostaje bluzeczki, spódnice, płaszcze od męża?

- O nie, to by nie przeszło. Sama kupuję sobie ubrania.

Biżuterię?

- Dostaję od męża, ale też woli się upewnić, czy mi się to lub tamto podoba. Jednak nie zdarza się to często, bo nie należę do kobiet, które chodzą obwieszone biżuterią.

W czym się przejawia góralska natura Kamila, bo mówi się, że góral, jak to góral, jest zdolny i do bitki, i do wypitki...

- Jak na razie ujawniły się same pozytywne cechy góralskiej natury mojego męża, a więc rodzinność, pracowitość, wrażliwość i poczucie humoru.

Skoczek Stoch ma coraz lepsze wyniki, coraz więcej wygranych konkursów na koncie i jest popularny. Czy nie obawia się pani Stochomanii? Tego, że wścibscy dziennikarze będą wam zaglądać nawet do alkowy.

- Raczej nie. Myślę, że da się ułożyć dobre kontakty z dziennikarzami. O pewnych rzeczach można powiedzieć, o innych nie i tyle. Gdy braliśmy ślub, fotoreporterzy robili zdjęcia i one ukazały się w gazetach. Te, które były zrobione przez naszych fotografów są tylko nasze.

- Jeśli ma się zdrowy rozsądek i osobowość - wszystko można ustalić po myśli obu stron. Tak sadzę, choć przyznam, że nie miałam zbyt wielu kontaktów z dziennikarzami, więc nie mam też zbyt wielkich doświadczeń.

Prowadzi pani auto?

- Owszem. Bardzo lubię jeździć samochodem.

I wozi pani męża na prawym fotelu?

- Nawet dosyć często. Kamil twierdzi, że w miejskiej dżungli radzę sobie lepiej i woli się przesiąść na miejsce obok kierowcy.

Sprawia pani wrażenie osoby niezwykle opanowanej. Zdarza się, że wpada pani we wściekłość?

- Zdarza się, ale bardzo rzadko. Dżudo nauczyło mnie opanowania i trzymania nerwów na wodzy. Niektóre zasady obowiązujące w tym sporcie przenoszą się też na życie.

Które na przykład?

- Polecam tę: "Ustąp, a zwyciężysz".

Majka Lisińska-Kozioł

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch | skoki narciarskie | sport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje