Reklama

Reklama

Zakupy z Magdą Mołek

Często odwiedza Pani salony SPA?

Reklama

MM: Szczerze mówiąc, nie. Mam takie porywy, że odwiedzam gabinety masażu, bo to dla mnie najlepszy relaks. Bardzo rzadko natomiast korzystam z tych wszystkich przyjemności typu laserowe fajerwerki albo maszyny, które sprawią, że w dwa tygodnie z rozmiaru 44 wskoczysz w 38, bo za dużo prób mam za sobą, żebym wierzyła w takie bajki.

A wierzy Pani w działanie kremów antycellulitowych?

MM: One działają na głowę, na biodra raczej nie (śmiech). Tak więc sama bardzo chętnie wcieram w siebie tego typu produkty, ale mam świadomość, że moje ciało wygląda dobrze wtedy, kiedy ćwiczę i dbam o dietę, a nie kiedy kupię kolejny cudowny krem, który przygotuje mnie do sezonu bikini.

To dlaczego kupuje Pani te kremy? Poprawiają samopoczucie?

MM: Tak, to jest raczej krem na psychikę, ale nie da się ukryć, że ciało po nich staje się bardziej gładkie, jędrne. Cellulit natomiast pozostaje bez zmian (śmiech).

Jaki sport Pani uprawia?

MM: Jestem niewierna, jeśli chodzi o te sprawy. Zmieniam dyscypliny: raz jest to pilates, raz joga, innym razem trening kardio. Teraz rozmawiamy w bardzo ciekawym momencie, bo byłam przed chwilą - co jest do mnie niepodobne - na siłowni. Pytałam o karnet, o możliwości ćwiczeń itd. Od pewnego czasu jestem wierna filozofii Wschodu, która mówi o szacunku dla ducha przez ciało - "moje ciało jest moją świątynią". Nie chodzi o jakieś szaleństwo na jego punkcie, tylko o prostą rzecz: zmęczenie fizyczne. Moje pokolenie kompletnie nie inwestuje w siebie pod tym kątem. Rzadko skupiamy się na ciele, a ono jest nieprawdopodobnie ważne w zachowaniu równowagi naszego umysłu. Ja wolę korzystać z takich ćwiczeń jak joga czy pilates - są spokojne i ostatecznie modelują bardziej ducha niż ciało, bo wyciszają i relaksują.

Uprawia Pani jogging?

MM: Nie biegam. Boję się psów. Pan się śmieje, ja naprawdę boję się psów. Mieszkam na wsi pod Piasecznem. Prawie każda z okolicznych posesji jest "uzbrojona w złego psa" - przynajmniej tak wynika z tabliczek na płotach. Pozostaje mi dreptanie w miejscu na bieżni.

Jak ocenia Pani kulturę Polaków?

MM: Im jestem starsza, tym mam większe przekonanie, że jesteśmy narodem, który bardzo wiele wymaga od innych, a niewiele od siebie. To nas, moim zdaniem, gubi. Winston Churchill zdaje się powiedział o nas, że jesteśmy fantastycznym narodem w klęsce, problemie i dramacie, natomiast fatalnym w sukcesie. To jest prawda.

Dowiedz się więcej na temat: dystans | bilet | wolność | rzeczy | świat | szczęście | śmiech | ciało | Mołek | zakupy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje