Jedliśmy to wszyscy, a dziś zostały tylko wspomnienia. Smaki dzieciństwa lat 90.
Smaki dzieciństwa potrafią zaskoczyć bardziej niż stare fotografie. Wystarczy jeden zapach, jedno wspomnienie, by na moment wrócić na podwórko sprzed lat - tam, gdzie czas płynął wolniej, a radość mieściła się w paczce z chrupkami albo w cieście upieczonym przez mamę czy babcię. Jak smakowało dzieciństwo pokolenia, które dorastało między trzepakiem a szkolnym sklepikiem?

Spis treści:
- Tak smakowały nasze "szczenięce" lata
- Domowy sernik dopracowany w każdym calu
- Co było w tej słodkiej masie do wafli?
- Taką kanapkę robiła tylko babcia
- Menu na karcie wspomnień
Tak smakowały nasze "szczenięce" lata
Wspólne zabawy, stłuczone kolana, wspinaczki na drzewa, pikniki na kocu pod blokiem, kolekcjonowanie karteczek do segregatorów. I smaki. Zapachy. Każde dzieciństwo czymś smakuje - zauważyłam to podczas jednej z niedawnych rozmów z przyjacielem. Są takie wspomnienia, które natychmiast otwierają bramy do na co dzień niepamiętanych wydarzeń, chwil. Z ulubionymi smakołykami nierozerwalnie powiązane są konkretne wydarzenia, otoczenie, towarzystwo. Na końcu języka od razu pojawia się fantomowe, ale bardzo realne, wrażenie. Oto, czym smakowało dzieciństwo polskich millenialsów.
Pierwsze, dość zamazane wspomnienia wiążą się z babcią Zosią. Rodzice zostawiali mnie pod jej opieką. Nie mogłam mieć więcej jak 3-4 lata, gdy szalałam na punkcie paprykowych chipsów marki Chio. Sprzedawane w maleńkich, czerwonych saszetkach. Błagałam babcię, by mi je kupiła. Kilka lat później wyczekiwałam popołudniu tylko po to, by po powrocie z pracy tata otworzył walizkę, w której skrywała się najpiękniej pachnąca jagodzianka - rarytas nie do dostania w moim mieście. W czasach szkolnych absolutnym hitem stały się napakowane konserwantami i chemią słodycze i chrupki, z których wyciągało się żetony: piłkarskie, z bohaterami filmów i bajek, jednorazowe tatuaże i naklejki.
Domowy sernik dopracowany w każdym calu

Tomasz, 35-latek, oprócz wspominania wszystkich typowych dostępnych w latach 90. słodyczy, najbardziej kojarzy swoje dzieciństwo ze smakiem maminego sernika. - On się chyba nazywał królewski, miał ciemny spód i górę. I rodzynki, które uwielbiałem. Był słodki, zwarty i wilgotny, pyszny. Mama robiła go tylko na specjalne okazje, zawsze spędzała nad nim mnóstwo czasu w kuchni. Dziś nie jestem już pewien czy ten smak był taki pyszny, czy chodziło o tę wyjątkowość i godziny maminej pracy - zastanawia się. Oprócz sernika, mały Tomek kochał ptysie z lokalnej cukierni. Gdy krem z bitej śmietany z dodatkiem żelatyny rozpływał się w ustach, to był moment prawdziwego szczęścia. - Pamiętam ten jeden wyjątkowy raz, kiedy zamiast tylko wstąpić i kupić coś na wynos z cukierni, mama powiedziała, że sobie usiądziemy przy jednym z dwóch stolików na miejscu i zjemy. Nie mogłem aż w to uwierzyć. Te ptysie smakowały mi chyba dwa razy bardziej. Teraz już takich nie ma, szukałem. Zapamiętam ich smak do końca życia - mówi z nostalgią.
Co było w tej słodkiej masie do wafli?

Ewa, 41-latka, dzieciństwo kojarzy głównie ze swoimi klasowymi i podwórkowymi przyjaciółmi, wspólnymi zabawami i opychaniem się niezdrowymi przekąskami. Nie była zainteresowana domowymi obiadami czy wypiekami swojej mamy i babci. Za to dokładnie potrafi opisać smak "mrozika" czy andrutów. - Na przerwie te mroziki za 20 groszy kupował każdy. Trzeba się było spieszyć, żeby zdążyć je zjeść przed dzwonkiem, fundowaliśmy sobie "zmrożenie mózgu" jedząc je naraz. To był podły słodzony chemiczny sok z wodą w formie długiej laski. Ale myśmy nie wyobrażali sobie żadnego lata bez nich. Do tego andruty, słodkawe, rozpuszczały się na języku, były prawie przeźroczyste. I tanie. To było ważne - mówi ze śmiechem. W domu lubiła podskubać przekładańce, które robiła jej mama. - Nie wiem co to była za masa, trochę orzechowa, trochę kakaowa, trochę maślana. Pamiętam, jak nie mogłam się doczekać, aż mama pokroi na mniejsze kawałki te wielkie wafle poprzekładane kremem. Wynosiłam je też koleżankom na podwórko, żeby mama nie widziała - mówi.
Taką kanapkę robiła tylko babcia
Jakub, 43-latek zupełnie nie kojarzy dziecięcej beztroski ze słodyczą. A to rzadkie. - Pierwsze co czuję na języku, to smak kanapki z wędliną i musztardą. Tylko babcia mi taką robiła, gdy u niej nocowałem. Nie wiem, dlaczego była taka wyjątkowa, ale w tej kanapce wszystko było po prostu lepsze: i szynka i musztarda, nawet chleb. Nie wiem, czy babcia miała faktycznie lepsze produkty, czy chodziło o to, że to jej ręce to przygotowywały. To najlepsza kanapka w moim całym życiu. I jeszcze wyjątkowa sałata ze śmietaną i cukrem, taka na słodko, do obiadu. W domu takiej nie było - wspomina.
Menu na karcie wspomnień
Choć przysmaki bardzo się od siebie różnią, klamrą spinającą wszystkie te opowieści są ludzie. Towarzystwo, osoby przygotowujące posiłki, lub osoby, w obecności których się je jadło. Okoliczności, tradycje, miejsca. Choć wszyscy millenialsi zgodnie przyznają, że dziś nie są w stanie ani kupić ani odtworzyć tych smaków z wielu powodów, zapisały się na stałe w ich pamięci i dosłownie czują ich smak, gdy o nich pomyślą. Często wspomnienia robią się wyraźniejsze nie dzięki oglądanej fotografii z tamtych czasów, czy wzięciu w rękę pamiątki pamiętającej tamten okres życia, a właśnie przez to charakterystyczne "mrowienie" na języku. Impuls otwierający zapomniane na co dzień karty wspomnień.
A jak smakowało wasze dzieciństwo?
Przekonaj się, jak prosto przygotować pyszne dania, które zachwycą rodzinę i gości. Inspiracje kulinarne czekają na ciebie kobieta.interia.pl/kuchnia. Odkryj nowe smaki i pomysły na każdy dzień.











