Mortadela czyli rarytas
Dziś, gdy wchodzimy do mięsnego, głowa pęka od wyboru. Tymczasem w poprzednim systemie brało się to, co akurat "rzucili" na sklep. A mortadela była towarem pożądanym. Różowa, gładka, enigmatyczna, jeśli chodzi o dokładny skład surowcowy. Złośliwi szeptali, że z mięsem miała wspólnego tyle, co papier toaletowy.
Prawdziwa magia działa się dopiero w kuchni. Przepis był prosty i błyskawiczny. Gruby plaster mortadeli lądował w roztrzepanym jajku, potem w tartej bułce. Smażyło się to następnie na złoty kolor. Do dziś tamte niedziele doskonale pamięta pan Waldemar z Warszawy.

- Dla nas, dzieciaków, to był rarytas. Mama kroiła takie grube plastry, na centymetr, i smażyła jak schabowe. Ziemniaczki do tego, kapusta i człowiek był najedzony i szczęśliwy. I powiem panu szczerze... raz na jakiś czas, jak żona nie widzi, idę do marketu, kupuję kawałek mortadeli i wrzucam na patelnię. Dla mnie to jest po prostu smak dzieciństwa - mówi.
Blok czekoladowy
Żeby dobrze zrozumieć fenomen wyrobów czekoladopodobnych, a zwłaszcza słynnego bloku, musimy cofnąć się do czasów, gdy prawdziwa czekolada była towarem luksusowym, dostępnym głównie w Pewexie za dolary albo na kartki.
Co miała zrobić mama, gdy dzieciaki domagały się czegoś słodkiego, a w szafce wiało pustką? Uruchamiała wyobraźnię. I tak narodził się wyrób czekoladopodobny.

W jego skład wchodziła kostka margaryny, cukier, trochę kakao i ten najważniejszy element: mleko w proszku. Najlepiej to w niebieskiej torebce.
Wszystko to mieszało się w jednym garnku, dorzucało pokruszone herbatniki i przelewało do podłużnej keksówki. Potem kilka godzin w lodówce i gotowe!
- Zapach robionego bloku czekoladowego to dla mnie zapach każdych imienin w tamtych latach. Blok musiał być twardy, ciągnący, taki, że aż zęby bolały od słodyczy - wspomina pani Basia z Łęcznej.
Oranżada w proszku
W PRL-u królowała też rozpuszczalna oranżada w szeleszczącej torebce. Teoretycznie plan był prosty: wsypujesz zawartość do szklanki, zalewasz wodą i oto masz syczący napój o smaku landrynkowym. Ale kto tak robił? Rozpuszczanie oranżady w wodzie było uznawane przez dzieciarnię za totalne marnotrawstwo i stratę czasu.
Prawdziwi twardziele jedli ją na sucho. Śliniło się palec, wkładało do torebki, a potem prosto do buzi. Efekt byłych natychmiastowy: musowanie na języku, lekko kwaskowaty, potwornie słodki smak i gwarancja kolorowego języka.
Trzy różne smaki, trzy zupełnie różne historie, ale jedna i ta sama epoka. Panierowana mortadela, musująca oranżada w proszku i domowy blok czekoladowy to coś więcej niż tylko nostalgiczne menu. To dowód na to, że Polacy potrafili oszukać szarą, PRL-owską rzeczywistość i doprawić ją szczyptą humoru oraz genialnej pomysłowości.












