Liczby Charona

Trzecia powieść Marka Krajewskiego, w której kolejną zagadkę kryminalną rozwiązuje komisarz lwowskiej policji Edward Popielski, nie ustępuje miejsca słynnej serii o Eberhardzie Mocku.

Nieuzasadnione okazały się niedawne obawy wielbicieli twórczości Marka Krajewskiego, który w 1999 roku zadebiutował na rynku wydawniczym serią kryminalną o wrocławskim policjancie Eberhardzie Mocku. Gdy w szóstej części serii pt. "Głowa Minotaura" Krajewski częściowo przeniósł akcję do Lwowa, wprowadził postać komisarza policji Edwarda Popielskiego, a następnie zapowiedział, iż akcja kolejnej książki będzie w całości rozgrywać się w przedwojennym Lwowie, podniosły się głosy, że kryminały stracą swój niepowtarzalny urok, osiągnięty głównie dzięki sugestywnym opisom Wrocławia oraz charakterystycznej postaci Mocka, genialnego śledczego ze skłonnością do alkoholu, obżarstwa i wdzięków prostytutek.

Reklama

Jednak wydane w ubiegłym roku "Erynie" zostały przyjęte bardzo dobrze zarówno przez krytykę, jak i czytelników. Epileptyk Edward Popielski, z wykształcenia filolog klasyczny, a z zamiłowania matematyk, żyjący według wykresu funkcji sinus: od skrajnego sybarytyzmu do niemal średniowiecznej ascezy, z powodzeniem zastąpił Eberharda Mocka, rozwiązującego zagadki kryminalne w mrocznych zaułkach Breslau.

W "Liczbach Charona" cofamy się w czasie o dziesięć lat w stosunku do akcji poprzedniej powieści. 44-letni Popielski, który zaczyna właśnie przeżywać kryzys wieku średniego, znajduje się w nie lada kłopotach. Dwa lata wcześniej, po wielkiej awanturze z przełożonym, zostaje wyrzucony z policji. Utrzymuje się jedynie ze znienawidzonych przez siebie korepetycji z matematyki i łaciny, udzielanych niezbyt bystrym gimnazjalistom.

Na szczęście dla Popielskiego, w mieście pojawia się morderca, z ujęciem którego lwowska policja nie może sobie poradzić. Były komisarz może znowu wkroczyć do akcji. Na horyzoncie pojawia się też piękna i młoda kobieta, która niesie ze sobą nadzieje na odmianę godnego pożałowania żywota byłego policjanta...

Krajewski już na dobre zadomowił się w przedwojennym Lwowie; opisy brudnych zakątków miasta, obskurnych szynków i kamienic są jeszcze bardziej plastyczne niż w "Eryniach". Do części postaci - oczywiście z Edwardem Popielskim na czele - nie da się nie czuć sympatii, mimo ich ewidentnych słabości charakteru. To głównie zasługa humoru Krajewskiego, który z żartobliwą wyrozumiałością podchodzi do ludzkich ułomności.

Sama intryga spodoba się czytelnikom z matematyczno-filologicznym (te dwie dziedziny wiedzy nie muszą się, wbrew pozorom, wykluczać) zacięciem. Mianowicie, po każdym morderstwie zabójca wysyła policji kartki z enigmatycznymi wiadomościami. Do Popielskiego należy rozwiązanie łamigłówek, które, jak się okazuje, są skomplikowanymi matematycznymi zagadkami.

Nie znajdziemy w "Liczbach Charona" zaskakujących zwrotów akcji, nie wykrzykniemy w myślach: "To jednak nie on zabijał!". Zabójcę odkrywamy dość wcześnie, czytamy jednak dalej, w napięciu śledząc poczynania Popielskiego i czekając, czy wykaraska się z tarapatów, w które się - jak zwykle - wpakował w trakcie prowadzonego mocno niekonwencjonalnymi metodami śledztwa.

Dziesiąta powieść Marka Krajewskiego dowodzi, że decyzja filologa klasycznego, by zarzucić karierę naukową na Uniwersytecie Wrocławskim i poświęcić się pisaniu, była decyzją ze wszech miar słuszną. Przynajmniej dla wielbicieli kryminałów.
Marek Krajewski, Liczby Charona, Wydawnictwo Znak

Aldona Wijasińska

Dowiedz się więcej na temat: Marek Krajewski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje