Reklama

Reklama

Czy potrzebujemy szamanów?

Imponującemu rozwojowi nauki i techniki towarzyszy całkowite zaniedbanie sfery duchowej. Dlatego ludzie Zachodu coraz częściej zwracają się ku starożytnym naukom szamanów.


Reklama

Kobieta  mamrocze szamańskie mantry do rytmu wybijanego na bębenku, prosząc ducha węża, aby opuścił ciało młodego Nepalczyka, który "stracił swoją duszę". Jej ciało zaczyna się trząść.

Żelazne dzwonki wokół białej spódnicy  Parvati Rai's pobrzękują, podczas gdy ona podskakuje i wije się w transie. Pióropusz z pawich piór dziko faluje, kiedy rozkłada ręce nad pacjentem...

Miejscy szamani

Z tyłu sali kilku wystraszonych gości z Zachodu przygląda się animistycznej ceremonii, która odbywa się nie gdzieś wysoko w górach, ale w komfortowej, nowoczesnej posiadłości na przedmieściach Katmandu.

- Chłopiec stracił duszę i my pomagamy mu ją odnaleźć - mówi Mohan Rai, twórca Centrum Studiów nad Szamanizmem, który pomaga uzdrowicielce z plemienia Kirati w dopełnieniu starożytnego rytuału.

Po dekadach modernizacji, podczas których uzdrowiciele zostali niemal całkowicie wyplenieni, "miejscy szamani" przeżywają renesans popularności. Cieszą się ogromnym zainteresowaniem  wśród średniej klasy nepalskich metropolii oraz ludzi z Zachodu, którzy poszukują uzdrowienia, oczyszczenia i duchowego przebudzenia.

Gdy szaman uczy lekarza

Osiemdziesięcioletni Mohan Rai stoi na czele tego odrodzenia od czasu, kiedy założył swoje centrum w 1988 roku. Chciał tchnąć nowe życie w praktykę, która, jak sam mówi, została w tyle za nauką, technologią i wielkimi światowymi religiami.

- Szamanizm ma 75 tysięcy lat. Ale zanika na wsiach, a ja chcę utrzymać tę tradycję przy życiu - mówi Rai, krytycznie nastawiony do wielkich religii i rządów, które, jak twierdzi, zawiązały spisek mający na celu zniszczenie szamanizmu.

- Mam tysiące studentów rocznie i coraz częściej są to ludzie z Zachodu, szukający czegoś innego, pomagającego tam, gdzie medycyna zachodnia zawodzi. Część z nich to lekarze, którzy chcą zintegrować szamanizm ze swoimi praktykami -mówi.

W świecie duchów i demonów

Szamani, znani w Nepalu jako dhami-jhankris, twierdzą, że potrafią odnaleźć zagubione dusze chorych dzięki podróżowaniu w górę i w dół kosmicznego drzewa nazywanego Kalpa Vriksha - "drzewo nieśmiertelności" - i  łączącego trzy światy.

Jak utrzymują, obcują z duchami i bóstwami - zarówno złośliwymi, jak i łagodnymi, zamieszkującymi każdy z tych światów.

33-letni Tobias Weber, niemiecki rolnik podróżujący po Nepalu mówi, że zainteresował się szamanizmem po tym, jak rozczarował się co do możliwości medycyny Zachodu.

- Szamanizm może uzupełnić uzupełnić  to, co lekarze i pielęgniarki na Zachodzie są w stanie zrobić - mówi. - Jeśli złamiesz rękę, idziesz do szpitala, ale możesz zyskać o wiele więcej dzięki duchowej stronie uzdrawiania, której ludzie nigdy nie doświadczają - dodaje.

Ścieżka szamana

Rai, który ma dwie żony i mówi po angielsku, niemiecku, francusku, a także  językiem szerpa i hindi, prowadził barwne życie.

Urodzony w butańskiej komunie rolniczej, wyrósł pomagając ojcu - "potężnemu i znanemu szamanowi" - przy spełnianiu uzdrawiających rytuałów  dla chorych z wioski.

Po odbyciu  służby w armii brytyjskiej, w słynnym oddziale Gurków, pracował jako przewodnik górski i ratownik. Po pewnym czasie powrócił do szamanizmu dzięki pracy z zagranicznymi antropologami, poszukującymi szamanów wśród rdzennych plemion kraju.

Zdał sobie sprawę z tego, że sztuka uzdrawiania wzbudza ogromne zainteresowanie na Zachodzie, i założył własne centrum badawcze, zatrudniając szamanów z himalajskich wiosek.

W centrum znajduje się fotografia 6-letniego niemieckiego chłopca, którego, jak twierdzi sam  Rai, wyleczył, chociaż dziecko cierpiało na raka i dawano mu dwa lata życia.

Przytacza też historię sparaliżowanego, który  odzyskał władze w nogach zaledwie po kilku sesjach.

Zachód potrzebuje duchowej odnowy?

Australijka Laura Martino uczestniczy w kursie w Centrum, bo chce pomóc ludziom w rodzinnym Melbourne na nowo połączyć się ze swoją stroną duchową.

- Przybyłam z otwartym umysłem, ze względu na kilka wspaniałych doświadczeń, jakie tutaj przeżyłam, jak wyprawy w góry i spanie na cmentarzach - opowiada.

- Myślę, że świat zachodni utracił coś w swoim podejściu do leczenia i naprawdę musimy na nowo nawiązać kontakt z naturą - dodaje.

Uzdrowienie czy groźne zabobony?

Szamanizm ma też swoich krytyków w tym kraju, gdzie starożytne zabobony mogą przynosić tragiczne skutki.

Zaledwie tydzień temu mieszkańcy wsi w południowym Nepalu pobili, a następnie spalili żywcem sąsiadkę,  o której szaman powiedział, że jest czarownicą.

Przestępstwo wywołało szeroki odzew, a premier Baburam Bhattarai zaapelował do mieszkańców, aby ci nie słuchali oskarżeń wysuwanych przez szamanów.

- Szczególnie na wsiach jest tak, że uzdrowiciele wywodzą się z lokalnej społeczności,  podczas gdy lekarze  pochodzący z miast są często uznawani za obcych - mówi Ravi Shankar,  profesor ze Szkoły Nauk Medycznych w Pokharze, drugim co do wielkości mieście Nepalu.

Wielu naukowców na Zachodzie wierzy, że działalność szamanów opiera się głównie na "efekcie placebo", zgodnie z którym nawet nieefektywne metody mogą spowodować pewną poprawę tylko dlatego, że pacjent w nie  wierzy.

 Nawet lekarze nieufni  wobec szamanów z Nepalu współpracowali z nimi, ucząc ich,  jak użyć płynów nawadniających  w leczeniu biegunki  lub antybiotyków  - w przypadku zapalenia płuc.

- Istnieje negatywny aspekt, kiedy schorzenia, takie jak epilepsja albo choroby psychiczne,  są traktowane jako wywołane całkowicie przyczynami nadnaturalnymi, a nowoczesne leczenie medyczne jest zaniedbywane - mówi Shankar - ale taka sama sytuacja miała miejsce na Zachodzie około 150 lat temu.

na podst. AFP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje