Reklama

Reklama

Sztuka odchodzenia

Jak radzić sobie z żałobą i lękiem przed kresem życia? Nie tłumić w sobie bolesnych uczuć i pójść na zajęcia "oswajające" śmierć! Amerykańska dziennikarka Erika Hayasaki opisała je w głośnej książce "Lekcje umierania".

Zuzanna O’Brien: Niechętnie rozmawiamy o śmierci. Wszyscy się jej boimy, choć jest przecież nieunikniona.

Reklama

Erika Hayasaki: - Na pewno myślimy o niej ze strachem, lecz czy rzeczywiście nie czujemy potrzeby mówienia o niej? Już w latach 60. uważano, że śmierć należy "odczarować", bo w naszej kulturze jest traktowana jak tabu. Tak narodziły się uniwersyteckie zajęcia o umieraniu, które są dziś w Stanach bardzo popularne. Dzięki psychologom i psychiatrom, którzy pomagają nam uporać się z problemem końca życia, powstały też w USA nieformalne kluby, w których dyskutuje się o śmierci. W miastach funkcjonują również tzw. death cafes, czyli kawiarnie, gdzie ludzie spotykają się, by porozmawiać o sprawach ostatecznych. To pokazuje, jak wielu ma potrzebę mówienia na ten temat. Na szczęście jest coraz więcej miejsc, gdzie można to zrobić.

Dlaczego zapisała się pani na taki kurs?

- Przeczytałam w lokalnej gazecie artykuł studenta, który opisywał swoje wrażenia z zajęć oswajania śmierci prowadzonych przez Normę Bowe. Zanim zdobyła tytuł doktora polityki zdrowia publicznego, długo pracowała w szpitalach jako pielęgniarka na oddziałach intensywnej opieki. Ponieważ byłam wówczas nowojorską korespondentką "Los Angeles Times", umówiłam się z nią na wywiad. Pamiętam, że na początku byłam zaskoczona: Bowe jest pogodną i dowcipną osobą. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale zupełnie nie kojarzyła mi się z kimś, kto naucza o śmierci. Zawsze ma czas, aby komuś pomóc. Inspiruje. Doszłam do wniosku, że chcę zostać jej studentką. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że po latach pisania o katastrofach, mor derstwach, zamachach z 11 września, reportaży o strzelaninie na uczelni Virginia Tech czy o tragediach rodzin, które straciły bliskich, miałam objawy zespołu stresu pourazowego. W nocy dręczyły mnie koszmary, panicznie bałam się latania samolotem. Tych historii nie można po prostu wyrzucić z głowy, zostawić po pracy za progiem domu.

Na czym polegały zajęcia?

- Nie tylko na samych wykładach. Miały często formę praktycznych ćwiczeń. Musieliśmy pisać coś w rodzaju wypracowań: co jedno, to trudniejsze i bardziej osobiste. Przykłady? "Gdybyś mogła cofnąć czas, co zmieniłabyś w swoim życiu?", "Napisz list pożegnalny do kogoś bliskiego, kto już nie żyje". "Zaplanuj swój pogrzeb. Jak ma wyglądać i dlaczego?", "Co chciałabyś zrobić, jeśli zostałby ci tylko rok życia". Pisaliśmy też o swoim stosunku do eutanazji i kary śmierci. Były również zajęcia w terenie: spotykaliśmy się na cmentarzach, byliśmy w kostnicy, asystowaliśmy przy sekcji zwłok.

Kto uczestniczył w kursie?

- Przekrój był imponujący: od nastolatków, które zaczynały studia, przez pracujących studentów, po ludzi po 50. roku życia. Każdego wyznania, rasy i pochodzenia. Większość z nich łączyło to, że borykali się z poczuciem straty kogoś bliskiego lub śmierć była stale obecna w ich życiu - czy to z powodu nieuleczalnej choroby, czy ponawiających się prób samobójczych w rodzinie. Co człowiek, to historia. Wiele z nich, które opisuję w książce, było wstrząsających.

Która była najtrudniejsza?

- W liceum moja przyjaciółka została zamordowana przez swojego chłopaka. To był szok, z którym nie potrafiłam się uporać, ale który z biegiem czasu "zamiotłam pod dywan". Dzięki zajęciom z Normą miałam okazję przypomnieć sobie, jakich uczuć wtedy doświadczałam, i wreszcie przeżyć żałobę. Musiałam też przeczytać swoje wspomnienia przed salą pełną studentów. Całe życie zawodowe spędziłam na pisaniu o dramatach innych, ale trudno mi było mówić o własnych uczuciach. Przekonałam się jednak, że wypowiedzenie na głos swoich frustracji może ukoić ból. Nawet jeśli robisz to przed obcymi, a nogi uginają ci się ze strachu. Proszę zwrócić uwagę, że nie wypada nam dzielić się takimi emocjami. To niezrozumiałe i okrutne. Kwestia śmierci dotyczy każdego, ale rozmowy o niej są obwarowane licznymi zakazami. W rezultacie wypieramy ważne dla nas uczucia. I nic dziwnego, że gdy wreszcie musimy stawić im czoła, jest to zbyt ciężkie. Wolimy je przemilczeć albo udawać, że nas nie dotyczą.

- Dużo do myślenia dały mi wizyty w więzieniu i rozmowy ze skazańcami. Bez strażników. Spojrzenie w twarz komuś, kto pozbawił życia drugiego człowieka, czasem z zimną krwią, to mocne przeżycie. Ale nie chodziło o sensację. Byliśmy świadkami przemiany tych ludzi. Zdawali sobie sprawę ze swojej winy i z tego, że nie zmażą jej nawet dekady spędzone za kratami. Postanowili więc jak najlepiej spędzić czas, który im pozostał. Takie spotkania uświadamiają ci pewne wartości. Zaczynasz cenić to, czego możesz dokonać jako wolny człowiek, który ma wpływ na swoje postępowanie i wybory. I nagle przestajesz się bać. Bo lęk przed śmiercią jest w istocie lękiem przed życiem. Ktoś, kto spędził je pożytecznie, kochał, nawiązywał bliskie relacje z innymi i troszczył się o nich, potrafił przeżywać nie tylko radość, ale i ból, nie obawia się śmierci tak bardzo. To udowodnione.

Widziała pani, jak inni studenci pokonywali swoje problemy?

- Kilka osób poradziło sobie ze smutkiem po stracie ukochanej osoby. Po czym to poznałam? Bo umieli normalnie o tym opowiedzieć. Słuchając ich, nauczyłam się pokory wobec cudzych emocji. Pamiętam, że jedna z kobiet płakała, bo zdechł jej pies. Współczułam jej, ale dotarło do mnie, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej byłabym tym zirytowana. Przecież pożyteczwśród jej kolegów z kursu były osoby, których bliscy zmarli na raka lub zginęli w wypadkach. A ona rozpacza z powodu psa? Lecz zrozumiałam, że każdy z nas przeżywa własne cierpienie i nikomu nie wolno go oceniać. Dla niej ta strata była tak samo bolesna jak dla innych śmierć rodzica. Naszą rolą było wysłuchanie jej, a nie pocieszanie, że "wszystko będzie OK".

Czy po stracie bliskich osób da się jeszcze odbudować swoje życie?

- Da się! Na zajęciach poznałam chłopaka, którego prawie cała rodzina zginęła w tragicznych okolicznościach. Dzięki zajęciom u Normy Jon zdał sobie sprawę, że przeszłość można zrozumieć, ale nie da się jej zmienić. Dlatego trzeba ją zaakceptować. Nikt nie mówi, że to proste. To wielki wysiłek, zmienić swoje myślenie, otrząsnąć się z rozpaczy, iść dalej. Ale przede wszystkim nie wolno uciekać przed tymi emocjami ani zasklepiać się w nich.

Do uczestnictwa w takich kursach trzeba dojrzeć?

- Jeśli idziemy na nie z konkretnego powodu, na przykład żeby poradzić sobie z żałobą, więcej z nich wyniesiemy. Ale gdybym na kursie przerabiała tylko psychologiczne teorie, wątpię, czy nauczyłabym się na nich czegoś cennego. Najlepiej zapamiętałam jedno przesłanie Normy: powtarzała, że jej zajęcia o śmierci są lekcjami o tym, jak żyć. Ten, kto nie pozna samego siebie, zawsze będzie się bał końca.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje