Spis treści:
- Ogień trawi Francję. Ewakuowano ponad 200 tys. osób
- Jak monitorować pożary we Francji?
- Jak wygląda życie w Bordeaux? Byli zamknięci w domach
- Dym nad Bordeaux i pustoszejące ulice
- Ewakuacje, zamknięte drogi i strach o przyszłość
- "Trudno uwierzyć, że to dzieje się naprawdę". Polka o realiach pożarów
- "Nigdy nie widziałam tak niskiej rzeki". Polka z Pirenejów o suszy, zagrożeniu i obostrzeniach
- Co z małymi miasteczkami? Tak Francuzi walczą z żywiołem. Problem trwa od miesięcy
Ogień trawi Francję. Ewakuowano ponad 200 tys. osób
Pożary lasów, które pustoszą południową Francję, rozpoczęły się w departamentach Żyronda i Landy. Ogień szybko rozprzestrzenił się w kierunku Bordeaux oraz zatoki Arcachon, zmuszając władze do kolejnych ewakuacji. W nocy z soboty na niedzielę zarządzono ewakuację 55 tys. osób z gmin Marcheprime, Le Barp, Biganos, Mios i Cestas, położonych na południowy zachód od Bordeaux.
Sytuacja pozostaje bardzo trudna. Płomienie dotarły m.in. na turystyczny półwysep Cap-Ferret, zniszczyły kilka domów i przełamały linię obrony strażaków. Od początku kryzysu z zagrożonych terenów w Żyrondzie ewakuowano już około 220 tys. osób. Francja zwróciła się o wsparcie do Unii Europejskiej, a do walki z żywiołem kierowani są strażacy z całego kraju oraz z innych państw europejskich.
Jak monitorować pożary we Francji?
Najłatwiejszym sposobem na monitorowanie aktywnych pożarów jest korzystanie z systemu NASA FIRMS, który wykorzystuje dane satelitarne MODIS i VIIRS. Mapy są aktualizowane co kilka godzin i pozwalają na bieżąco sprawdzać lokalizację nowych ognisk pożaru oraz kierunek rozprzestrzeniania się ognia.
Przydatnym narzędziem są również Mapy Google, na których można śledzić sytuację w zagrożonych regionach, sprawdzać zamknięte drogi i utrudnienia w ruchu. Obecnie największe zagrożenie dotyczy południowej części Francji, przede wszystkim departamentów Żyronda i Landy. Nie oznacza to jednak, że cała Francja jest objęta pożarami. Choć ze względu na wysokie temperatury i suszę służby monitorują również inne regiony kraju.

Jak wygląda życie w Bordeaux? Byli zamknięci w domach
Marta jest mieszkanką historycznego centrum Bordeaux. Choć samo miasto nie zostało objęte ewakuacją, pożar, który pustoszy okolice, znajduje się zaledwie około 25 kilometrów od jej domu. Jak mówi, sytuacja w regionie jest bardzo poważna, a mieszkańcy od wielu tygodni zmagają się nie tylko z ogniem, ale także ekstremalnymi upałami. W Akwitanii od dwóch miesięcy utrzymują się bardzo wysokie temperatury. Mieszkańcy przeżyli już kilka fal upałów, podczas których termometry pokazywały ponad 40 stopni Celsjusza. Kolejne rekordowe wartości były zapowiadane również na najbliższe dni.
Wiele dni spędziliśmy zamknięci w domach, z pozamykanymi oknami, bez możliwości wyjścia na zewnątrz.
Nocą temperatura często nie spadała poniżej 32 stopni, co sprawiało, że mieszkańcy byli przemęczeni i coraz trudniej znosili codzienne funkcjonowanie. Z powodu upałów odwoływano wydarzenia kulturalne, a część szkół zamykano tymczasowo. Szczególnie niepokojąca stała się zmiana krajobrazu - zielone jeszcze niedawno łąki wyschły i zmieniły kolor na żółty. Brak opadów sprawił, że roślinność stała się łatwym paliwem dla szybko rozprzestrzeniającego się ognia.

Dym nad Bordeaux i pustoszejące ulice
Bordeaux na razie nie jest bezpośrednio zagrożone przez płomienie, ale mieszkańcy odczuwają skutki pożaru. Największym problemem jest gęsty dym, który wiatr przyniósł nad miasto. Z daleka przypomina chmury, jednak w rzeczywistości jest to toksyczna mieszanka unosząca się nad ulicami. Służby sanitarne zalecają mieszkańcom pozostanie w domach, ograniczenie wysiłku fizycznego i unikanie przebywania na zewnątrz. Osoby, które muszą wyjść, powinny korzystać z maseczek ochronnych, szczególnie typu FFP2. Są one bezpłatnie dostępne w aptekach, a do regionu trafiły miliony sztuk.
Wielu mieszkańców Bordeaux zdecydowało się wyjechać - szczególnie osoby starsze, kobiety w ciąży oraz rodziny z małymi dziećmi. W niedzielę 26 lipca na ulicach miasta, oprócz gęstego dymu, można było zauważyć także opadający popiół. To szczególnie trudny widok dla miasta, które latem zwykle tętni życiem. Bordeaux przyciąga turystów zabytkami wpisanymi na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz bliskością Oceanu Atlantyckiego, gdzie co roku tysiące osób spędzają wakacje na plażach i kempingach. Teraz jednak ulice są niemal puste. Dym powoduje kaszel, pieczenie gardła, a kilka minut na zewnątrz wystarczy, by ubrania i włosy przesiąkły zapachem spalenizny.

Ewakuacje, zamknięte drogi i strach o przyszłość
Wokół Bordeaux wiele miejscowości zostało objętych ewakuacją. Wśród osób, które musiały opuścić swoje domy, są bliscy Marty, jej znajomi i sąsiedzi. Mieszkańcy otrzymywali nocne alerty na telefony, a służby informowały ich o konieczności natychmiastowego opuszczenia budynków. Nad niektórymi miejscowościami latały drony żandarmerii przekazujące komunikaty, a funkcjonariusze chodzili od drzwi do drzwi. Osoby uciekające przed dymem próbują znaleźć tymczasowe schronienie u rodziny i znajomych. Zdobycie noclegu przez platformy takie jak Airbnb jest obecnie bardzo trudne. Mieszkańcy obawiają się także włamań do opuszczonych domów, ponieważ latem liczba takich przestępstw zwykle wzrasta.
Pożary wpłynęły również na komunikację. Zamknięto wiele dróg, a przejazd z Bordeaux nad ocean jest obecnie bardzo utrudniony. Wyłączono z ruchu także około 60 kilometrów autostrady prowadzącej w kierunku miasta. Władze apelują, aby unikać podróży do departamentu Żyronda. Dla osób ewakuowanych Bordeaux przygotowało miejsca tymczasowego pobytu w halach targowych, gdzie ustawiono łóżka polowe i zapewniono dostęp do jedzenia, leków oraz pryszniców. Miasto organizuje również pomoc wolontariuszy. Ponad 2 tysiące osób angażuje się w opiekę nad mieszkańcami i turystami, którzy stracili domy lub musieli opuścić hotele. Marta zdradza, że niepokój również budzi ryzyko włamań do opuszczonych domów. Latem liczba takich przestępstw zawsze rośnie, a złodzieje już wykorzystują sytuację, aby dostać się do budynków pozostawionych bez opieki.
"Trudno uwierzyć, że to dzieje się naprawdę". Polka o realiach pożarów
Dla Marty miał to być spokojny czas urlopu i odpoczynku. Zamiast cieszyć się latem, z niepokojem śledzi jednak rozwój wydarzeń i sytuację w regionie. Jak podkreśla, nie obawia się bezpośredniego zagrożenia dla Bordeaux - od miasta dzieli je około 25 kilometrów, a dodatkową ochronę stanowi szeroka, sześciopasmowa obwodnica. Mimo to niezwykle trudno jest jej pogodzić się z widokiem miejsc, które zna od lat, a które dziś zmieniły się w pogorzeliska. Lasy sosnowe w wielu miejscach zostały doszczętnie zniszczone przez ogień. Emocje potęgują również nagrania publikowane w mediach społecznościowych. Marta przyznaje, że oglądając skalę zniszczeń, wciąż trudno jej uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Specjaliści przewidują, że walka z pożarem może potrwać jeszcze wiele tygodni, a nawet miesięcy, zanim ogień zostanie całkowicie ugaszony. To budzi ogromny niepokój.
Coraz częściej zadaję sobie pytanie, co nas czeka, jaka będzie przyszłość tego regionu i jak będzie wyglądało lato w przyszłym roku.
"Nigdy nie widziałam tak niskiej rzeki". Polka z Pirenejów o suszy, zagrożeniu i obostrzeniach
Kasia Żywioł od trzech lat mieszka z rodziną w niewielkiej wiosce w Pirenejach Centralnych, gdzie dzieli się codziennością na profilu @bonbonpompon. Jak opowiada, jej region na razie nie zmaga się z dużymi pożarami, ale mieszkańcy muszą mierzyć się z bardzo wysokim zagrożeniem. W departamencie Haute-Garonne obowiązuje najwyższy, czerwony stopień alarmu. Oznacza to szereg ograniczeń - zakaz rozpalania ognisk, grillowania, biwakowania na dziko w lasach, a także używania urządzeń, które mogą wywołać iskry, takich jak piły łańcuchowe. W związku z utrzymującą się suszą wprowadzane są również kolejne restrykcje dotyczące zużycia wody. Zakazane jest m.in. mycie samochodów czy podlewanie trawników w ciągu dnia.
Nigdy nie widziałam, żeby rzeka, która płynie nam pod domem, była tak niska.
Choć jej rodzina nie czuje się bezpośrednio zagrożona, sytuacja budzi niepokój. Szczególnie że mieszkają w bardzo zielonej części kraju, która do tej pory wydawała się mniej narażona na skutki suszy. W ogrodzie wyschnięta trawa i rośliny są dziś symbolem trudnej sytuacji. Kasia przyznaje, że cała rodzina bardzo pilnuje oszczędzania wody. W upalne dni dzieci zamiast zabaw z wodą w ogrodzie spędzają czas nad pobliską rzeką.
Co z małymi miasteczkami? Tak Francuzi walczą z żywiołem. Problem trwa od miesięcy
Justyna Kupczewska prowadzi profil Lostinnature.pl i wraz z narzeczonym Michałem od 4 lat mieszka w kampervanie. Obecnie przebywają we Francji. Zapytana o obecną sytuację Justyna wyjaśnia, że służby są zmuszone wybierać priorytety, dlatego samoloty gaśnicze kierowane są przede wszystkim tam, gdzie zagrożonych jest najwięcej mieszkańców. W mniejszych miejscowościach ciężar walki z żywiołem spoczywa głównie na ochotnikach i lokalnych rolnikach. Jednym z pożarów, który obserwowali z bliska, był ten w okolicach miasta Die w pierwszej połowie lipca. Ogień pojawił się po suchej burzy jeszcze w czerwcu.
Francję od trzech miesięcy nękają ekstremalne upały, a wysoka temperatura sprawia, że nawet ugaszony pożar może po pewnym czasie ponownie się rozprzestrzenić. Z godziny na godzinę ogień nabiera siły, schodząc z gór w kierunku okolicznych wiosek. W tym regionie samoloty gaśnicze wykonały jedynie pojedyncze zrzuty wody, co wywołało wiele dyskusji wśród mieszkańców. W akcję zaangażowanych było około 400 strażaków, jednak równie ważną rolę odegrała lokalna społeczność.
„Rolnicy wozili wodę i cała społeczność mieszkańców była zjednoczona.” – dodaje.
Pożar objął obszar około 3 tysięcy hektarów. Bardzo szybko ruszyły zbiórki dla mieszkańców ewakuowanych z okolicznych wiosek. Ogień przedostawał się na pola uprawne i do winnic, dlatego rolnicy ramię w ramię ze strażakami walczyli o swoje gospodarstwa i dorobek życia. Mimo skali zagrożenia życie w sąsiednich miejscowościach nie zatrzymało się.
Nie towarzyszyła temu panika, w okolicznych miejscowościach pomimo widocznego z oddali dymu życie toczyło się normalnie. Trwają wakacje, ludzie podróżują, kempingują, a jest to przepiękny region
Na lokalnych grupach mieszkańcy na bieżąco wymieniali się informacjami o sytuacji. Między innymi wskazywali, które kempingi pozostają otwarte, a które zostały zamknięte z powodu zagrożenia. Wielu podkreślało, że to największy pożar, jaki pamiętają w tym regionie.
W środę Justyna i Michał mijali kolejny pożar - tym razem w La Roche-de-Rame, górskiej miejscowości w Alpach Wysokich. Jak dodaje, wielu obserwatorów było zaskoczonych, że o sytuacji we Francji mówi się w Polsce stosunkowo niewiele. Tymczasem pożary trwają tam już od dłuższego czasu i obejmują kolejne regiony kraju. Dopiero teraz temat zaczyna nabierać na sile.










