Reklama

Reklama

Leczenie onkologiczne a zmiana wyglądu. Jak się z nią pogodzić?

"Chodzi o to, żeby w raku normalnie żyć, żeby choroba nie stała się głównym bohaterem życia", mówi psychoonkolog Beata Pachońska. Ale jak żyć normalnie, kiedy leczenie zmienia nas, nasz wygląd i to jak czujemy się ze sobą? Okazuje się, że są sposoby, żeby sobie poradzić i osoby, które mogą w tym bardzo pomóc. Beata Pachońska wyjaśnia, jakie emocje mogą pojawić się z związku ze zmianami w wyglądzie w trakcie leczenia, jaki mają one wpływ na chorego i do kogo się zwrócić, gdy potrzebujemy wsparcia.


Izabela Grelowska, Interia.pl: Wdaje się, że w momencie, kiedy walka toczy się o życie, wygląd schodzi na drugi plan, staje się czymś mało istotnym. Czy tak jest rzeczywiście?

Beata Pachońska: - To zależy od osoby. Dla niektórych wygląd rzeczywiście staje się czymś mało istotnym, a dla niektórych wręcz przeciwnie. Kiedy pacjent otrzymuje diagnozę i rozpoczyna się leczenie, to rzeczywiście najczęściej ważniejsze jest życie i zdrowie. Wygląd, a w przypadku kobiet również poczucie kobiecości, zaczyna nabierać znaczenia, kiedy rak jest opanowany. Są osoby, dla których to, że nie będą miały włosów, brwi i rzęs jest ogromną stratą i zaczynają o tym myśleć już po diagnozie, kiedy właściwe leczenie dopiero się rozpoczyna. Niektóre osoby przeżywają stratę włosów dopiero w chwili, kiedy widzą, że wypadają one garściami. Zmiany wyglądu w chorobie nowotworowej w zasadzie dotyczą wszystkich pacjentów i każdego momentu chorowania. Różne jest natomiast podejście do tych zmian. A ono zależy od wielu czynników: od znaczenia wyglądu, jakie nadaje w swojej samoocenie dana osoba, od płci, od wieku, od etapu choroby

Reklama

Wiele zależy też od rodzaju choroby onkologicznej i zastosowanego leczenia. Nie zawsze stosowana jest chemia, nie zawsze powoduje ona utratę włosów. Istotne jest, czy zmiany będą trwałe czy przejściowe, czy będą w miejscu widocznym, czy ukrytym.

Wspomniała pani o płci. Presja na to, żeby dobrze wyglądać, nie jest równo rozłożona. Kto jest najbardziej narażony na dodatkowy stres związany ze zmianami w wyglądzie?

- Stereotypy społeczne związane z płcią i wiekiem powodują, że kobiety są bardziej narażone na stres związany z wyglądem w trakcie choroby onkologicznej. Jeśli pani zada komukolwiek pytanie, jaki obraz pojawia się w jego głowie, kiedy słyszy "pacjentka/pacjent onkologiczny", to dla większości osób jest to ktoś, kto ma łysą głowę. Czy gdy widzi pani na ulicy łysego mężczyznę, myśli pani, że jest chory onkologicznie?

Myślę, że jest łysy.

- A jeśli pani zobaczy kobietę, która ma specyficznie założoną chustkę i widać, że nie ma brwi oraz rzęs?

Myślę, że może być pacjentką onkologiczną.

- Stereotypy wyraźnie dookreślają, że łysy facet to normalny facet, natomiast łysa kobieta prawdopodobnie choruje onkologicznie. Z tego powodu kobiety mogą przeżywać ogromny stres, wiedząc, że stracą podczas chemii włosy brwi i rzęsy. A w momencie, kiedy to się dzieje, stres jeszcze bardziej się nasila. Wiek również ma znaczenie, ale i tu łatwo ulec stereotypom. Jeśli kobieta ma 60, 70 lat, dba o swój wygląd, chodzi do fryzjera, pielęgnuje skórę, to ma to wpływ na jej poczucie własnej  kobiecości. Utrata włosów w czasie leczenia będzie dla niej tak samo trudnym doświadczeniem jak dla dziewczyny, która ma lat 25. Pewnie statystycznie te młodsze kobiety przywiązują większą wagę do wyglądu, ale na pewno nie jest to reguła.

Wygląd i to, jak on jest odbierany, wpływa na samopoczucie, a to z kolei wpływa na leczenie. Może pani powiedzieć, jak wyglądają te mechanizmy?

- Po pierwsze, trzeba sobie uświadomić, i ja pracuję nad tym z moimi pacjentami, że w leczenie onkologiczne wpisana jest zmiana wyglądu, że jest to immanentny aspekt leczenia. Leczenie to sprzymierzeniec pacjenta. Gdyby nie było leczenia nie byłoby zmian w wyglądzie, ale też szansy na powrót do zdrowia. To jest pewien sposób myślenia, który pomaga zaakceptować zmiany w wyglądzie. Ten mechanizm, o który pani pyta, ma swoje źródło w umyśle człowieka. To sposób, w jaki pacjent interpretuje zmiany w swoim wyglądzie albo to, że nastąpią one za chwilę .

 Po drugie, zmiany w wyglądzie to dla pacjenta jedna z wielu strat, których doświadcza, w leczeniu onkologicznym.  Ale jest to strata, która może znacząco pogorszyć stan psychiczny pacjenta. Dlaczego? Ponieważ utrata włosów, rzęs, a także trwałe zmiany jak utrata piersi, jajników, jąder, czyli ważnych aspektów tożsamości płciowej, wpływa na poczucie kobiecości i męskości. Poczucie kobiecości i męskości to część tożsamości każdego z nas.

Wygląd w ogóle jest ważną częścią naszej tożsamości. Wpływa na sposób, w jaki postrzegamy siebie i   dlatego ma swój udział w poczuciu  własnej wartości. Poczucie własnej wartości zaś osadza nas w świecie innych ludzi i oddziałuje na nasz stan psychiczny i samopoczucie.

 Jeśli chodzi o reakcję na zmiany, to pacjentów można podzielić na dwie grupy.

Pierwsza to ludzie, którzy przyjmują je, jako normlany element chorowania, leczenia i zdrowienia. Dobrze sobie z tym radzą. Oczywiście, że tracąc włosy, pacjent przeżywa mniejszy lub większy stres, ale względnie szybko akceptuje to jako część leczenia.

Jednak część osób przywiązuje do wyglądu naprawdę ogromną wagę. Mogą przeżywać stratę, jeszcze zanim ona nastąpi. Na przykład kobieta w jakimkolwiek wieku myśli o tym, że będzie łysa i że będzie "brzydka" więc jeszcze przed rozpoczęciem leczenia przeżywa - wytworzony tymi myślami -  żal i smutek. W trakcie chemioterapii te emocje, nasilając się i utrzymując, pogorszą jej stan psychiczny. To, w jaki sposób pacjent myśli o sobie, w tym o swoim wyglądzie, ma ważny wpływ na jego stan psychiczny, ponieważ sposób myślenia decyduje o pojawieniu się i utrzymywaniu określonych emocji. Jeśli są one w rodzaju tych trudnych i są intensywne, jak żal, smutek, bezradność czy rozpacz, no i wstyd, to stan psychiczny raczej nie będzie wspierał leczenia onkologicznego.

 Jeśli zmiany są trwałe sytuacja jeszcze się komplikuje.

- To większe wyzwanie dla wszystkich. Dla pacjentów po i w trakcie leczenia, dla psychologów i psychoonkologów oraz dla medycyny jako takiej. Teraz sporo młodych kobiet ma możliwość skorzystania w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia z rekonstrukcji piersi od razu po mastektomii.  W takiej sytuacji  strata i zmiana w wyglądzie nie jest tak drastycznie przeżywana. Postęp w tej dziedzinie jest duży i z tego, co  mówią pacjentki,  taka możliwość ma bardzo korzystny wpływ na ich poczucie atrakcyjności i kobiecości. Natomiast nie wszystko można zrekonstruować.

Zarówno kobiet jak i mężczyzn dotyczy sytuacja związana z rakiem jelita grubego, kiedy  pacjent wychodzi ze szpitala z wyłonioną stomią.

To też jest zmiana w wyglądzie. Często mówiąc "wygląd", myślimy o człowieku ubranym, ale tak naprawdę ważne jest to, co każdy myśli o swoim wyglądzie, czyli o swoim ciele, kiedy jest nagi i siebie widzi.

A co w sytuacji, kiedy jest z partnerem? I jest nagi, i ma stomię? Tu pojawia się nie tylko żal za tym, że nie jest już tak, jak było, ale także duży wstyd. To bardzo trudne w doświadczaniu uczucie i wiąże się z każdą stratą. Kobieta po chemioterapii, tracąca włosy, też odczuwa wstyd, jeśli ma się pokazać publicznie bez włosów.

Co może pomóc w pokonaniu wstydu?

- Wspaniałe i bardzo pomocne są inicjatywy tych fundacji, pacjentek i artystów, którzy angażują się w robienie przepięknych zdjęć i filmów z kobietami, które mają odwagę pokazać swoje blizny, mają odwagę pokazać swoją głowę bez włosów innym pacjentkom. Wstyd jest bardzo silną emocją, którą odczuwamy jako ogromny dyskomfort, kiedy mamy się pokazać tacy, jacy jesteśmy. To silne poczucie swojej ułomności.

Wstyd jest wyjątkowo ludzkim uczuciem. W świecie zwierząt go nie ma. Zwierzęta się między sobą nie porównują, a my, ludzie tak, porównujemy się. Kiedy staję przed kimś taka, jaka jestem, to w moim umyśle zaczyna pracować mechanizm, który  czyni nas istotami społecznymi. Pojawia się pytanie, jak ja wyglądam w oczach innych? Porównuję swoje ciało bez włosów, z bliznami, do ciał rzeszy kobiet, które mają piękne włosy i piersi. To generuje poczucie wstydu.

Dlatego tego rodzaju akcje to wielka sprawa dla innych pacjentek. To pokazanie, że można pokonać swój wstyd. Poradzić sobie z tym uczuciem. Żeby to zrobić, trzeba o zmianach w swoim wyglądzie myśleć nie jako o ułomności, lecz jako czymś, co jest świadectwem siły wewnętrznej, siły dzięki której każdy z nas może  mierzyć się z rakiem.

To akcje przychodzące z zewnątrz. A co pacjenci mogą zrobić sami dla siebie, żeby poprawić własny obraz w swoich oczach. Od czego wyjść?

- Trzeba wyjść od akceptacji tych zmian.

Łatwo powiedzieć.

 - Akceptacja jest punktem wyjścia, pierwszym krokiem, pierwszym etapem, bo jeśli nie zaakceptuję faktu, że jestem łysa, bez brwi i piersi, to będę z tym walczyć, będę mówić sobie i całemu światu "nie chcę taka być". Ale czy to coś zmieni? Nie, to tylko jeszcze bardziej pogorszy moje samopoczucie. Moje emocje będą mnie ściągać w dół. Mój stan psychiczny zamiast się poprawiać, będzie się pogarszał, bo ciągle będę w oporze wobec tego, co jest faktem - jestem w leczeniu raka i wyglądam jak wyglądam. Upieranie się przy tym, że tak nie powinno być, że to jest złe, że chciałabym, żeby było jak dawniej, nic nie zmieni. Najbardziej w zaakceptowaniu zmian w wyglądzie i ciele pomagają inni pacjenci.

Przede wszystkim ci, który przez ten proces już przeszli, mają za sobą bunt i opór wobec zmian, którzy wiedzą, jak to się stało, że sobie poradzili i zaakceptowali nową sytuację. Oni są najbardziej wiarygodnym źródłem dla tych  pacjentów, którzy nie wiedzą, że akceptacja to początek. Dopiero kiedy pacjent w głowie, czyli w myślach i w sercu, czyli w emocjach, powie sobie i zgodzi się z tym: "jest jak jest, inaczej nie będzie", może przejść do następnego etapu, czyli poukładania sobie w głowie koncepcji siebie z tymi zmianami, które przyniosła choroba nowotworowa. Chodzi o to, żeby zobaczyć siebie, jako kogoś, kto z innym wyglądem, innym ciałem może uczynić swoje życie takim, które jest wystarczająco dobre, cokolwiek ktoś rozumie pod słowem "dobre".

Dopiero kiedy pacjent już uświadomi sobie, że mimo strat może zobaczyć siebie na nowo i odbudować w sobie utracony kawałek tożsamości, może przejść do  etapu trzeciego, czyli zaopiekowania się sobą. Pacjenci czynią to na wiele różnorodnych sposobów, a kreatywność mają wielką.

 Są pacjentki, które w trakcie chemioterapii potrafią pięknie wyglądać, dlatego że dowiedziały się,  jak można sobie zrobić ładny makijaż albo zadbać o skórę odpowiednią pielęgnacją. Że można kupić genialne peruki czy nakrycia głowy. Że są stylistki, które się specjalizują w szyciu specjalnych turbanów dla pacjentek w trakcie chemioterapii, że są kosmetyczki, które się specjalizują w doradzaniu pacjentkom onkologicznym, jakich  kosmetyków używać. Tych sposobów kosmetyczno stylizacyjno fryzjerskich jest wiele. Świetnym źródłem wiedzy są różnego rodzaju fora internetowe, blogi, fundacje, które się zajmują pomaganiem kobietom w  dbaniu o wygląd.

Na stronie jednego z programów pomagających pacjentkom onkologicznym w kwestiach wizażu i stylizacji, znalazłam określenie "dobry wygląd to też terapia". Zgodzi się pani z tym?

- Tak. Wiele razy widziałam na własne oczy, jak zrobienie makijażu albo kupienie ładnego nakrycia głowy wywołało uśmiech na twarzy - pierwszy od wielu miesięcy. Dbanie o wygląd, upiększanie, ma wymiar terapeutyczny, bo na poziomie tożsamości mamy samoocenę, której ważną częścią jest to, jak widzimy siebie i swój wygląd zewnętrzny, swoje ciało. To, czy się sobie podobamy, czy nie. Jeśli nie akceptujemy swojego ciała, to nie akceptujemy bardzo ważnej części siebie samego. Jeśli się sobie podobamy tacy, jakimi jesteśmy, to nie mamy kłopotu z atrakcyjnością. Gdy lubimy siebie, potrafimy, nawet mając pewne defekty w urodzie, przyciągać innych.

Pacjenci chorujący onkologicznie, mają czasem wyobrażenie, że to już nie są oni. Bo zmienili się fizycznie, bo w zależności od rodzaju leczenia są wychudnięci lub napuchnięci. Bo nie mają jakieś części swojego ciała albo mają ją zdeformowaną. Jeśli zaakceptują - i kobiety i mężczyźni - fakt, że zmiana jest, jeśli uznają siebie takim jakim są, wtedy jest szansa, że zaczną się zastanawiać, w jaki sposób mogą zrobić coś dla siebie i swojego wyglądu, żeby czuć się dobrze ze swoim ciałem i wyglądem. Jeśli zobaczą, że można coś zrobić w kwestii poprawienia sylwetki ciała czy wizerunku, inaczej się pomalować, sprawić sobie inną fryzurę lub fikuśne oprawki okularów, że można się inaczej ubrać, to nagle się okazuje, że drobna modyfikacja, zmienia percepcję siebie i uczucia z nią związane.  A jak jeszcze ktoś powie trafny komplement, to poczucie atrakcyjności wraca na swoje miejsce, a emocje wzmacniają poczucie wartości i przy okazji system immunologiczny.

Dbanie o wygląd własny w trakcie chorowania to jedna z ważniejszych rzeczy. To sygnał dla mózgu, że normalnie funkcjonujemy. Proszę sobie wyobrazić dwie pacjentki. Jedna wstaje rano, zjada śniadanie, idzie do łazienki, myje się, maluje, zawiązuje na głowie ładną apaszkę, ubiera się w swoim ulubionym stylu. Czuje się, jakby szła do pracy, mimo że wie, że jedzie właśnie na kolejny wlew chemii. W jakim nastroju przyjdzie na tę chemię, w jakim nastroju przeżyje kolejny wlew?

Drugiej trudno jest się zwlec z łóżka, umyje zęby, ubierze jakąś bluzę, spodnie od dresu i pojedzie do szpitala. W jakim nastroju przyjdzie na tę chemię, w jakim nastroju przeżyje kolejny wlew?

 Wygląd, moim zdaniem, ma ogromny wymiar terapeutyczny, bo człowiek patrząc na siebie i myśląc, że "jest ok", ma do siebie zupełnie inne nastawienie i inne emocje niż ten, który nie może patrzeć na siebie, bo nie chce się takim widzieć. Ten pierwszy pacjent ma większą szansę poczuć się spokojny, a spokój to sprzymierzeniec leczenia i wróg raka. Chodzi o to, żeby w raku normalnie żyć, żeby choroba nie stała się głównym bohaterem życia.  Akceptacja swojego wyglądu i spokój umożliwia to.

Znam też pacjentki, które nie okrywały głowy, aby pokazać, że one się ani nie wstydzą ani nie czują gorsze. Wręcz przeciwnie uważają się za bardziej atrakcyjne, bo bardziej świadome siebie i swoich silnych stron.

Czyli ta "łysość" też może być elementem budowania swojego wizerunku.

- Tak, zdecydowanie tak. Wizerunek można budować w każdym momencie swojego życia, także w okresie choroby. Można dobrze wyglądać w trakcie chemioterapii, czego dowodem są choćby znane osoby pokazujące się publicznie. One robią bardzo dobrą robotę, ponieważ pokazują tym pacjentkom, które wstydzą się wyjść z domu, że można inaczej.

 Najczęściej, jeśli pacjentka nie wychodzi z domu, a znam takie przypadki, to powodem nie jest sama choroba, ale sposób myślenia o tym, jak się wygląda i na co się leczy. 

Z drugiej strony, kiedy czytam o kursach kosmetycznych organizowanych na oddziałach onkologicznych, zastanawiam się, czy to nie jest tak, że presja na wygląd nigdy się nie kończy. Kobieta musi wyglądać dobrze nawet, kiedy jest w najtrudniejszych momentach swojego życia.

- Spotykam się raczej z czymś odwrotnym. Wiele pacjentek opowiada, że ich zadbany wygląd powodował bardzo zaskakującą i bolesną reakcję ze strony otoczenia. Ludzie czasami powątpiewali w ich chorobę.

W Polsce chora osoba to osoba, która źle wygląda i o siebie nie dba. Jeśli kobieta dobrze wygląda i o siebie dba, to nie jest chora. "Tak dobrze wyglądasz... jesteś naprawdę chora?". Wiele pacjentek pyta, jak sobie poradzić z tym zjawiskiem i nie dać wcisnąć się w ten schemat.

Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że każda osoba może mieć gorszy dzień. Pacjentki, które widzimy na zdjęciach i na filmikach piękne umalowane, nie wyglądają tak codziennie, podczas każdej wizyty w szpitalu i wyjścia na zakupy. Każdy pacjent ma prawo do przeżycia lepszego i gorszego nastroju. Warto dbać o wygląd, aby dostarczać sobie dobrych hormonów, które wzmacniają układ immunologiczny, ale mogą się też zdarzać gorsze dni, podczas których pacjentka siedzi cały dzień w koszuli nocnej i w kapciach, jest nieuczesana i nieumalowana. Ma do tego pełne prawo, podobnie zresztą jak my wszyscy.

W sytuacji choroby nowotworowej pojawia się "terror dobrego nastroju". Pacjenci słyszą nieustannie "nie martw się, wszystko będzie dobrze, zawsze pozytywnie myśl". Reagują na to strasznym oporem, bo mają prawo do gorszego dnia, i nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że to się nie ciągnie w nieskończoność. Że pacjent nie zamyka się definitywnie w domu i nie chce wychodzić.

Kursy kosmetyczne na oddziałach onkologicznych mają, moim zdaniem, raczej efekt terapeutyczny, bo nie chodzi w nich o to, że kobieta musi wyglądać dobrze nawet w chorobie, ale bardziej o to, że wyglądając dobrze, może poczuć się psychicznie lepiej.

Problemem jest nie tylko utrata urody, ale też to, że osoby, po których widać, że są pacjentami onkologicznymi, nie są traktowane normalnie przez otoczenie. Ludzie boją się ich i unikają.

- Pacjenci często mówią o tym, że spotykają się ze swego rodzaju społecznym ostracyzmem. Nie chodzi tu o najbliższych, ale o np. sąsiadów, środowisko zawodowe. To naturalny mechanizm związany z naszym sposobem myślenia o chorobie nowotworowej. Jeśli ktoś dostrzega, że jego sąsiad czy kolega z pracy choruje na raka, to najczęściej  uruchamia się w nim lęk, a nawet lęki. Lęk przed kontaktem, bo nie wie, jak się zachować, co powiedzieć. Lęk przed własnym lękiem wobec cierpienia, choroby i śmierci. Nie jest to proste zjawisko.  Ludzie nie boją się wyglądu osoby chorującej na raka, ale tego, co on oznacza. Dla wielu ludzi rak nadal funkcjonuje w ich umyśle, jako symbol śmierci, wyrok. Jeśli ktoś dostrzega osobę, która mierzy się z tym wyrokiem, uruchamia się w nim lęk przed rakiem, chorowaniem, cierpieniem i własną śmiercią. To są tematy tabu, na które się nie rozmawia. Unikanie kontaktu jest reakcją na te lęki, ale osoba chorująca onkologicznie może mieć wrażenie, że ludzie się od niej odsuwają lub reagują w sposób zaskakujący właśnie z powodu wyglądu. To nie wygląd, ale to co się za nim kryje, czyli choroba onkologiczna jest przyczyną reakcji otoczenia.

Porozmawiajmy o stronie praktycznej. Jeśli jakaś osoba już wie, że łatwo nie zniesie zmian w wyglądzie, to na co może liczyć i gdzie powinna się w pierwszej kolejności zwrócić o pomoc? Czy lekarz prowadzący skieruje ją do psychologa, czy powinna szukać na własną rękę jakichś form wsparcia?

- Zazwyczaj pacjentka, która ma trudność z zaakceptowaniem swojego wyglądu w trakcie leczenia, ma małą szansę, żeby o tym poinformować lekarza. Jeśli jest kłopot z akceptacją wyglądu i powoduje to duży dodatkowy stres, pacjentka może zwrócić się do psychoonkologa. Istnieją fundacje, które oferują taką pomoc nieodpłatnie. W rozmowie z psychoonkologiem zostanie dookreślone, czy będzie potrzebna  pomoc psychologiczna, czy wystarczy kontakt ze specjalistami: kosmetyczką, wizażystką, rehabilitantem, może z psychiatrą, seksuologiem.

Jeśli pacjentka potrzebuje tylko porady dotyczącej tego, jakich kosmetyków używać i jak się upiększyć, może skorzystać z pomocy różnych programów, fundacji i stowarzyszeń pacjentek. Samo dobranie peruki czy stylizacji może jednak być nie wystarczające, żeby zaakceptować zmiany w wyglądzie.

Jeśli kłopot jest w głowie i wiąże się z dużym poczuciem straty, brakiem akceptacji wyglądu, utratą poczucia kobiecości czy męskości,  wtedy warto skorzystać z pomocy psychologicznej albo seksuologicznej. W trakcie konsultacji okaże się, jakie są potrzebne dalsze kroki. Psychoonkolog po kilku spotkaniach może przekierować pacjenta lub pacjentkę do stowarzyszenia pacjentów z określonym schorzeniem nowotworowym, które pomaga, doradza, dzieli się wiedzą i kontaktami.

Pamiętajmy, że to pacjent decyduje, czego potrzebuje, żeby dobrze się czuć ze swoim ciałem, ze swoim wyglądem, ze swoją kobiecością bądź męskością. Ale nie zawsze jest sam w stanie sprostać temu zadaniu i ma możliwość sięgnięcia po pomoc psychoonkologa i innych ekspertów.

A w jaki sposób otoczenie, to bliższe i to dalsze, może wesprzeć takie osoby?

- Chciałoby się powiedzieć, żeby po prostu dać dobre słowo, ale nie każde "dobre słowo"  się sprawdzi. Chodzi o przekaz spójny z tym, kim jest człowiek, który chce wesprzeć i kim jest pacjent. Trzeba wykazać się wrażliwością i dopasować słowa do osoby i sytuacji. Jeśli wiem, że ktoś wstydzi się swojego wyglądu, to nie będę przywoływać tego tematu. Na przykład jeśli powiemy  osobie w pracy, do tego przy ludziach: "ładnie wyglądasz, mimo że nie masz włosów", reakcja może być różna - może czuć się zawstydzona. Jeśli wiem, że dana osoba lubi zabłysnąć i właśnie zakupiła ekstrawagancką perukę, to mogę wyrazić zachwyt. Przypuszczam, że chciałaby usłyszeć te słowa: "nawet Cher pozazdrościłaby ci takich włosów". Znam ją na tyle, że mogę przy innych wyrazić w taki sposób swój zachwyt.

Jeśli chodzi o każdą osobę, to najlepszą formą wsparcia będzie traktowanie jej  NORMALNIE. Zachowujmy się i rozmawiajmy tak, jakby nic się nie zmieniło, bo nic się zmieniło - to jest ta sama osoba, po prostu mierzy się z nowotworem. Ani nie musimy komentować, ani komplementować, ani pocieszać "będzie dobrze", ani doradzać. Wystarczy rozmawiać tak, jak zazwyczaj. Bardzo wielu pacjentów chce być tak właśnie traktowanych.

Beata Pachońska jest psychologiem i psychoonkologiem, współpracuje ze Stowarzyszeniem Wspierania Onkologii UNICORN w Krakowie, Stowarzyszeniem na Rzecz Walki z Rakiem Jajnika NIEBIESKI MOTYL, Stowarzyszeniem Amazonek im. Heleny Włodarczyk w Nowym Sączu, Stowarzyszeniem Amazonek Podhalańskich w Nowym Targu, prowadzi własną pracownię psychologii praktycznej.

Chcesz opowiedzieć nam swoją historię? Na wiadomości czekamy pod adresem: orakubezstrachu@firma.interia.pl

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje