Reklama

Reklama

Jak to „nielegalne”? Ukrainki pytają o aborcję w Polsce

Przyjeżdżające do Polski uchodźczynie z Ukrainy zaskakuje wiele rzeczy. Jedną z nich są różnice w dostępie do usług zdrowia reprodukcyjnego, czyli – mówiąc prościej – aborcji i antykoncepcji. Niestety, zwykle nie są to przyjemne zdziwienia.

380 kobiet z Buczy poprosiło o schronienie w Warszawie. Ponad setka z nich doznała przemocy seksualnej ze strony Rosyjskich żołnierzy. Gdy dowiedziały się, jak wyglądają przepisy aborcyjne w Polsce, poprosiły o trochę czasu. Muszą się zastanowić, czy na pewno chcą tutaj przyjechać.

Historia kilkuset Ukrainek, opisana niedawno przez "Wysokie Obcasy" to przykład jaskrawy - mówimy tu o kobietach, które mogłyby stanąć w obliczu konieczności donoszenia ciąży z gwałtu. Zwraca on jednak uwagę na poważny i wielowymiarowy problem - rozbieżność polskich i ukraińskich standardów opieki reprodukcyjnej.

Reklama

- Od wybuchu wojny już kilkadziesiąt kobiet z Ukrainy zwróciło się do nas z zapytaniem o dostęp do aborcji w Polsce - mówi Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu.  - Czasem kontaktują się bezpośrednio, czasem ich pośredniczką jest Polka, która przyjęła je pod swój dach i np. po kilku dniach dowiedziała się, że uchodźczyni jest w ciąży, którą chciałaby przerwać.

Natalia Broniarczyk dodaje, że wielu telefonom towarzyszy zdziwienie. Bo jak to: w tej postępowej, rozwiniętej należącej do Unii Europejskiej Polsce, dostęp do legalnej aborcji jest niemal niemożliwy?    

Dwa światy

Zdziwienie jest tym większe, że prawo aborcyjne w Polsce i w Ukrainie dzieli przepaść. U naszego sąsiada aborcję na życzenie można wykonać do 12 tygodnia ciąży, po upływie tego terminu zaś, w jednym z trzech przypadków: gdy ciążą jest wynikiem czynu zabronionego, zagraża życiu i zdrowiu matki lub gdy stwierdzono ciężkie i nieodwracalne wady płodu.

Zabiegi te są (lub, zważywszy na wojenne okoliczności, były) refundowane i łatwo dostępne, w części przypadków kobiety otrzymywały po prostu tabletki poronne i były odsyłane do domów. Przerywaniu ciąży nie towarzyszyła też, charakterystyczna dla Polski stygmatyzacja - postrzegano ją w kategoriach medycznego lub społecznego, a nie etycznego wyboru. Warto również dodać, z tej dostępności do niedawna korzystały też Polki - Ukraina, obok Czech czy Niemiec, była jednym z krajów, do których wyjeżdżało się w celu przerwania ciąży.

Choć o aborcji mówi się najwięcej, nie tylko ona ginie w systemowej luce. W pojęciu "usług zdrowia reprodukcyjnego" mieści się również antykoncepcja. Do tej awaryjnej, Ukrainki miały swobodny dostęp. W Polsce chcąc kupić tabletkę "dzień po" bez recepty, odchodzą z kwitkiem od aptecznego okienka. 

Zobacz również: Połknęłam tabletkę i było po wszystkim

Prawo, a nie dobra wola

Choć w Polsce przywykliśmy do dyskusji o aborcji opartych na emocjonalnych, a nie merytorycznych argumentach, w przypadku uchodźczyń z Ukrainy międzynarodowe prawo podaje jasne wytyczne.

 - Uchodźcy mają prawo do takiego samego zakresu świadczeń zdrowotnych, jak w kraju pochodzenia - mówi Natalia Broniarczyk. - Dlatego więc, jeśli w Ukrainie przerywanie ciąży jest legalne do 12 tygodnia, uchodźczynie, przyjeżdżając do Polski, powinny mieć taką samą możliwość.

Na problem z dostępem uchodźczyń do usług zdrowia reprodukcyjnego już wcześniej zwracały uwagę reprezentantki organizacji kobiecych, zrzeszone w Wielkiej Koalicji za Równością i Wyborem. W piśmie, pod którym podpisało się 118 organizacji, apelowały do Ministra Zdrowia i prezesa NFZ o wprowadzenie wytycznych, które umożliwią placówkom medycznym przyjmowanie i bezpłatnie leczenie wszystkich osób uciekających przed wojną, także tych bez paszportu ukraińskiego. "Oczekujemy, że poradnie ginekologiczne będą przyjmować uchodźczynie bezpłatnie i bez wyjątku. Domagamy się poszanowania ich godności i podążania za pacjentkami. Jeżeli zdecydują o zakończeniu ciąży, to oczekujemy, że ginekolodzy i ginekolożki będą je wspierać w terminacji. Wszak wojna jest traumatycznym doświadczeniem i dla wielu uchodźczyń kontynuacja ciąży jest zagrożeniem ich zdrowia, a nawet życia".

Choć końcówka apelu brzmi dramatycznie, trudno uznać ją za przesadzoną czy nadmiernie emocjonalną. Badania, których wyniki opublikowano w 2011 roku  w "New England Journal of Medicine" wskazują, że 35 proc. kobiet, będących w niechcianej ciąży odczuwa objawy depresji, stresu pourazowego i stanów lękowych, pojawiają się u nich również myśli samobójcze. Jeśli kobieta jest zmuszana do jej kontynuowania i urodzenia dziecka - ryzyko ich występowania zwiększa się dwukrotnie. W jaki sposób wskaźniki te rosną, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, lub gdy kobieta ma za sobą doświadczenie wojny i ucieczki - można tylko sobie wyobrazić.

Zobacz również: Wysłała tabletki poronne. Teraz aborcyjnej aktywistce grozi więzienie

Polska chroni życie

Na razie jednak, zamiast pełnego dostępu do usług zdrowia reprodukcyjnego, uchodźczynie mogą liczyć na tyle, na ile od lat liczą chcące przerwać ciążę Polki - wsparcie aktywistek i aktywistów.

- Zaraz po wybuchu wojny przetłumaczyłyśmy na język ukraiński protokoły przyjmowania leków. Przetłumaczyłyśmy też ostrzeżenia przed oszustami, bo zawsze znają się tacy, którzy będą chcieli zarobić na czyjejś desperacji. Słyszałyśmy już historie kobiet z Ukrainy, którym ktoś oferował np. aborcję za bitcoiny - mówi Natalia Broniarczyk.

Polskie realia dotyczące praw reprodukcyjnych Ukrainki poznają nie tylko od prawno-medycznej, ale również od ideologicznej strony. Podobnie jak do rozważających aborcję Polek, tak i do nich tzw. prolajferzy, kierują swój przekaz. Kilka tygodnie temu głośni było o Fundacji Życie i Rodzina (czyli organizacji Kai Godek), która przyjeżdzające do Polski Ukrainki witała ulotkami opatrzonymi tytułem "Polska chroni życie". Z wydrukowanego na nich tekstu (w dwóch wersjach językowych, po polsku i ukraińsku), migrantki mogły dowiedzieć się, "jak się zachować w razie prób namawiania ich do aborcji."

Zobacz również: Kobiety - największe ofiary każdej wojny

To czego potrzebujecie?

Od początku wojny w Ukrainie eksperci powtarzają nam złotą zasadę efektywnej pomocy: nie zgaduj, tylko pytaj. Pytać już się nauczyliśmy. Może więc teraz warto uważniej wsłuchiwać się w odpowiedzi i obok materialnych potrzeb, dostrzec i te niematerialne, związane ze zdrowiem reprodukcyjnym.  Może taka perspektywa pozwoli coś zmienić i w naszym własnym systemie.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy