Reklama

Reklama

Uchodźczynie powtarzają jedno słowo: Wytrzymaj

- Uchodźczynie z Ukrainy często nie proszą o pomoc. Część z nich mówi: „dziękuję, ja nie potrzebuję tych rzeczy. Jestem tu tylko na chwilę”. Zastanawiam się, kiedy zdadzą sobie sprawę, że to nie jest tylko na chwilę. Chciałabym, żeby tak było, ale na razie nic na to nie wskazuje – o tym jak pomagać skutecznie i długoterminowo opowiada Magdalena Sobkowiak, prezeska stowarzyszenia Kobiety w Centrum.

Aleksandra Suława: - Podpaski, tampony, pieluchy, słoiczki z posiłkami dla dzieci, ubranka, zabawki -  taką wyliczankę można znaleźć w prawie każdym ogłoszeniu o zbiórce dla uchodźców. Co mówi ona o wojnie w Ukrainie?

Magdalena Sobkowiak, prezeska stowarzyszenia Kobiety w Centrum: - Że przed wojną uciekają przede wszystkim kobiety z małymi dziećmi. I że te bohaterki - bo jak inaczej nazwać kogoś, kto wyprowadza bliskich z ogarniętego konfliktem kraju -  nie mają ze sobą prawie nic. Po drugie - że ich tragedia wyzwoliła w nas pokłady najlepiej pojętej solidarności, nie tylko uniwersalnej, ale też tej kobiecej. Niedawno rozmawiałam z koleżankami o tym, że kiedy kobieta widzi drugą kobietę z małym dzieckiem, uruchamia się w niej coś, czego mężczyźni nie są w stanie pojąć, nawet w naszej komunikacji coś się zmienia. Po trzecie, to już mniej pozytywne spostrzeżenie, ta lista pokazuje, że nastawiliśmy się na pomoc doraźną - kupujemy produkty potrzebne na teraz, na już.

Reklama

Co w tym niepokojącego, jeśli teraz właśnie taka pomoc jest potrzebna?

 - Owszem, zabezpieczenie "tu i teraz" jest ważne. Tak jak wspomniałam, uchodźczynie z Ukrainy przychodzą do Polski z niczym. Potrzebne są im środki higieny osobistej, ciepłe posiłki na granicy. Nierzadko również - o czym mówi się zdecydowanie mniej, artykuły do wyposażenia mieszkań. Część lokali, do których trafiają, jest prawie pusta. W ramach działań Kobiet w Centrum organizowałyśmy już kołdry, poduszki, koce, detergenty, ręczniki. Kilka dni temu jechałyśmy z dziewczynami ze stowarzyszenia po zakupy dla uchodźczyń i zastanawiałyśmy się, jak to jest, nie mieć nic. To jest poza naszą percepcją.

 - Tak jest dzisiaj. Trzeba jednak pamiętać o tym, co będzie za tydzień, za dwa, za pół roku. Nawet jeśli sytuacja się uspokoi, czego życzę Ukraińcom z całego serca, to oni z dnia na dzień nie wrócą do domu, bo tego domu już często nie mają.  Jeśli więc chcemy skutecznie pomagać, powinniśmy przygotować się nie na sprint, ale na maraton.

Zobacz również: Ukrainki w armii: Albo zabijesz wroga albo wróg zabije twoje dziecko

Z sondaży wynika, że 73 proc. Polaków już zaangażowało się w pomoc Ukraińcom. Z medialnej perspektywy robimy to masowo i skutecznie. A z perspektywy kogoś, kto prowadzi zbiórkę?

 - Odzew na potrzeby uchodźców jest imponujący, ale w porywach serca czasem brakuje miejsca na refleksję. Zdarza się, że pomagamy nie pytając wcześniej, co jest najbardziej potrzebne. Jeden z przykładów: na granicy ubrań jest aż nadto, a przecież one nie są artykułem pierwszej potrzeby. Uchodźczynie doskonale wiedzą, że przed nimi jeszcze długa podróż, której nie zdołają odbyć obwieszone pakunkami. Drugi przykład: pluszaki. W pewnym momencie wśród darczyńców zapanował szał na maskotki, podczas gdy dzieci potrzebują nie tylko przytulanek, ale też np. kredek, które są o wiele bardziej uniwersalną zabawką i skuteczniejszym sposobem na odwrócenie uwagi malucha.

 - Poza tym, każdą formę pomocy warto przefiltrować przez siebie. Zadać sobie pytanie: czy rzeczy, które ofiarowujemy na zbiórkę są dobrej jakości, praktyczne, nowe, ładne? Czy sama chciałabym z nich korzystać albo je nosić? Czy to są rzeczy, których potrzeba kobiecie z dzieckiem o tej porze roku? W co sama ubrałam dziś moje dziecko: w sandałki czy w kozaczki? Znaleźliśmy się w sytuacji, w której trzeba dać z siebie coś więcej, tak żeby dziewczyny, które wyszły z piekła, dostały od nas nie jakąkolwiek, ale kompletną pomoc.

Droga z piekła do Polski w pierwszych dniach wojny trwała kilka godzin. Potem kilkanaście. Później ponad dobę i ciągle się wydłuża. Słyszymy o pociągach, które mają 10 wagonów i jedną toaletę, o tym, że za miejsce siedzące często służy walizka. W przypadku podróży w pojedynkę te warunki można by ocenić jako trudne. Gdy podróżuje się z dzieckiem czy w ciąży, są to warunki dramatyczne. Jak Ukrainki wspominają tę drogę?

 - Istnieje słowo, którego kobiety na całym świecie uczą się bardzo wcześnie. To słowo brzmi: "wytrzymaj". W domu, w szkole, w pracy, na porodówce, dziewczyny słyszą: "wytrzymaj, po prostu musisz". Ukrainki, jadące teraz do Polski, też powtarzają sobie w kółko. "Muszę wytrzymać". Co więcej: one nie narzekają.  "Jak minęła podróż" - zapytałam jedną z uchodźczyń. "Nie tak źle, trafiłam jeszcze na dobry czas" - odpowiedziała. "Co to znaczy dobry? Bardzo szybko przyjechałaś"? " W 27 godzin, ale wszystko w porządku". Nie proszą też o pomoc. Część z nich mówi: "dziękuję, ja nie potrzebuję tych rzeczy. Jestem tu tylko na chwilę". Zastanawiam się, kiedy zdadzą sobie sprawę, że to nie jest tylko na chwilę. Chciałabym, żeby tak było, ale na razie nic na to nie wskazuje.

"Kobiety i dziewczęta cierpią nieproporcjonalnie w czasie wojny i po jej zakończeniu, ponieważ istniejące nierówności zostają spotęgowane, a sieci społecznościowe załamują się" - mówił kiedyś Jean-Marie Guéhenno, podsekretarz generalny w Departamencie Operacji Pokojowych w ONZ. To słowa sprzed kilkunastu lat, ale wydają się uniwersalne. Można już odnieść je do wojny w Ukrainie?

 - Rosją prowadzi tę wojnę w sposób okrutny, celując w miejsca, w których przebywają najsłabsi i najbardziej wymagający ochrony. Media piszą o kobietach rodzących w schronach, o noworodkach przenoszonych do piwnic szpitali. Miejsca, które miały zapewniać  wsparcie i bezpieczeństwo w tej wojnie stają się celem. Do strachu o siebie i o dzieci dodać należy też lęk o partnera, który już poszedł lub wkrótce może pójść na front. Niezwykle ujmujące były dla mnie obrazy kobiet i mężczyzn, mijających się na granicy. One wjeżdżały do Polski, żeby szukać schronienia, oni wyjeżdżali by walczyć.

 - Jak Ukraina będzie wyglądała po konflikcie, czy uda się przywrócić w niej normalne funkcjonowanie i w jaki sposób wojna wpłynie na sytuację kobiet? Na takie rozważania jest jeszcze za wcześnie. Teraz najważniejszym jest zadbać, by kobiety i dzieci mogły znaleźć u nas schronienie, w którym będą czuły się dobrze - tak fizycznie, jak i psychicznie.

Zobacz również: Kilka dni temu urodziła dziecko. Udało jej się uciec z piekła wojny

Nie pytam o dłuższą perspektywę. Raczej o to czy załamanie porządku społecznego, z którym mamy do czynienia w przypadku wojny,  w szczególny sposób odbija się na sytuacji kobiet i czy widać to już w Ukrainie?

 - Obowiązek zadbania o jedzenie, ubranie, bezpieczeństwo i opiekę medyczną dzieci zwykle w większym stopniu ciąży na kobietach. W kryzysowych sytuacjach obciążenie to staje się o wiele większe. W czasie wojny jest gigantyczne i sprowadza się do jednego zadania: przeżyć. To, co robią kobiety, które widzimy na zdjęciach ze schronów, szpitali i dworców, to akty niezwykłej odwagi. Zwykliśmy myśleć, że bohaterami wojennymi są mężczyźni, bo to oni idą na front. Tymczasem kobiety prowadzą równie dramatyczną walkę o ocalenie, tyle że w zupełnie inny sposób. Dziś ujawnia się nasza wielka siła, ale też nasza solidarność. Sprawdzamy w praktyce, jak działa siostrzeństwo, o którym tyle mówimy. Czy to tylko deklaracje wsparcia, czy realna pomoc.

Skoro o solidarności mowa: dziś wszyscy chcemy pomagać Ukraińcom, podziwiamy ich odwagę, chcemy ich gościć. A przecież oni żyją obok nas od dawna. W 2021 roku mieszkało ich tutaj ponad milion. Wielu wykonywało prace, których Polacy nie chcieli się podjąć, byli zatrudniani za minimalne stawki, na umowy śmieciowe, a nierzadko i bez umowy. Spotykało się to z powszechnym milczącym przyzwoleniem. Może czas wreszcie zweryfikować te postawy?

 - To kolejny aspekt pomocy i kształtowania relacji społecznych, który warto byłoby zmierzyć własną miarą. Zastanowić się: czy ja chciałbym, żeby kraj do którego przyjeżdżam, traktował mnie w taki sposób? Docierają też do mnie sygnały, że obok wielu bezinteresownych aktów dobroci, oferowana jest pomoc "w zamian". Przykład: dobrze, ja przyjmę pod swój dach kobietę z dziećmi, ale ona będzie mi sprzątać i gotować.

Ja słyszałam o propozycji: udostępnienie domku gościnnego w zamian za jego odmalowanie.

 - Ktoś, kto wyszedł z taką propozycją powinien najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: czy gdybym sam uciekał przed wojną, to pierwszą rzeczą, którą chciałbym robić po przekroczeniu granicy, byłoby malowanie cudzego domu? Dodatkowo, powtarzam jeszcze raz: zdecydowana większość szukających schronienia w Polsce to kobiety w ciąży, połogu lub z bardzo małymi dziećmi. Takie osoby nawet w normalnych warunkach nie powinny pracować, a co dopiero po tak dramatycznych przeżyciach. Oczywiście, wśród uchodźczyń są dziewczyny, które mówią: ja nie będę patrzeć w ścianę, ja muszę pracować, wrócić do normalnego życia. Ta inicjatywa musi jednak wyjść od nich. A jeśli wyjdzie, my powinniśmy zaproponować im uczciwe warunki, z których sami bylibyśmy zadowoleni, a nie oczekiwać wdzięczności za cokolwiek. Wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji nadzwyczajnej, w której należy dać od siebie nadzwyczajnie wiele.

Zobacz również: Jak rozmawiać z seniorami o wojnie?

A kiedy nadzwyczajna sytuacja się skończy, będzie mniej energii, ale nie mniej - jak już padło w tej rozmowie - problemów. Jakich?

 - Choćby organizacyjnych, wynikających z konieczności dopasowania dwóch systemów, dwóch rzeczywistości. Pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy to opieka medyczna. Wiele przyjeżdżających do Polski kobiet jest w ciąży, ktoś musi te ciąże dalej prowadzić. Następnie - kobiety leczące się przewlekle. Nasza organizacja współpracuje z Fundacją OnkoCafe, od której kilka dni temu usłyszałyśmy: chciałybyśmy zadbać o to, żeby uchodźczynie z nowotworami mogły kontynuować w Polsce leczenie. Doskonały postulat, ale jak go zrealizować? Gdzie znajdą się miejsca, kto zapłaci za usługi medyczne, czy w Polsce stosuje się te same terapie, co na Ukrainie, czy podaje się te same leki? Już wiemy, że w wielu przypadkach odpowiedź brzmi "nie" lub "nie wiadomo".

Dodam jeszcze jedno pytanie: w jakim języku ma się odbywać to leczenie? W Krakowie sprawdzano kiedyś, jaka część personelu medycznego w szpitalach mówi po ukraińsku. Dokładnych danych nie pamiętam, ale ogólny wniosek brzmiał: niewielka.  

 - To nie jest sytuacja charakterystyczna dla Krakowa, taki sam problem pojawi się za chwilę w innych miastach. A porozumiewać trzeba się nie tylko u lekarza, ale też w urzędzie, w banku, w szkole. Do tych ostatnich w niektórych miastach uczniów ukraińskich można już zapisywać od ręki. I doskonale, ale w jaki sposób oni mają uczestniczyć w lekcjach? Maluchy pewnie sobie poradzą, ale licealiści? Gdzie znaleźć pedagogów, którzy będą służyli im pomocą? W sytuacji takiej jak ta, jedno pytanie rodzi drugie. Przed nami trudny czas. Już teraz warto zadać sobie pytanie: co mogę zrobić w dłuższej perspektywie?

Jakiś przykład?

 - Może taki: moja znajoma zdecydowała się przez trzy miesiące opłacać rachunki jednej z ukraińskich rodzin. To pomysł tym lepszy, że w mojej opinii pytania: "ile może trwać bezpłatna gościnność", są tylko kwestią czasu. A ponieważ żyjemy w okrutnym świecie fake newsów, obok nich pewnie pojawią się i inne: czy pomagamy odpowiednim ludziom? Czy należy pomagać wszystkim? Czy pomaganie nie obróci się przeciwko nam? Nie jestem psycholożką, ale doświadczenie podpowiada mi, że wystarczy kilka tygodni, by po fali braterstwa nie zostało ani śladu.

Komu lepiej wychodzi długofalowa pomoc? Obstawiałabym, pewnie trochę stereotypowo, że kobietom?

 - Jest w tym trochę racji - mężczyźni są bardzo akcyjni, kobiety zaś działają długoterminowo. Poza tym, gdy mężczyzna angażuje się w jakieś działanie, nie ponosi w związku z tym strat. Kobieta, jadąc np. na zbiórkę darów, musi zorganizować opiekę dla dziecka albo ugotować wcześniej obiad. Czas, przeznaczony na pomaganie, wygospodarowujemy kosztem innych obowiązków więc wykorzystujemy go tak efektywnie, jak to tylko możliwe. Podobne zjawisko można zaobserwować w przypadku aktywności kobiet w sektorze publicznym - działamy, nie dla samego działania, ale dla osiągnięcia konkretnego celu. My - w przeciwieństwie do części panów - nie mamy czasu na pokazywanie się, kręcenie się w towarzystwie, robienie zdjęć, zanim się zaangażujemy, musimy wiedzieć, co ma z tego wyniknąć.  Dziś to ze strony kobiet częściej słyszę pytania: czego konkretnie trzeba? Co się dokładnie przyda?

To jeszcze raz: tu i teraz, czego konkretnie trzeba?

 - Jeśli chodzi o konkretne artykuły, najlepiej zapytać w miejscu, do którego chce się je ofiarować. Jeśli zaś chodzi o bardziej ogólne rady: cierpliwości i konsekwencji. Nastawienia na to, że być może za chwilę trzeba będzie opłacić komuś rachunki albo wizytę u lekarza. Myślmy długoterminowo, a nie akcyjnie. 

*

Stowarzyszenie Kobiety w Centrum - ma oddziały w całej Polsce. Założyło je 12 kobiet ze świata mediów, polityki, przedsiębiorczości i organizacje społecznej. Dzisiaj liczy kilkaset członkiń. Działamy przede wszystkim poza dużymi miastami. Działamy po to by żadna kobieta z niczego nie musiała rezygnować tylko dlatego, że jest kobietą. Największą inicjatywą jaką organizujemy jest ogólnopolska Akademia Liderek Kobiet w Centrum. Pierwsza jej edycja odbyła się na początku marca w Sandomierzu. Podczas Akademii odbył się także zbiórka darów dla uchodźców z Ukrainy.

***

Zobacz również:

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ukraińscy uchodźcy | wojna w Ukrainie | pomoc humanitarna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy