Reklama

Reklama

​Ile cierpienia pomieści jedna noc? Z życia wolontariusza na granicy

/Archiwum autora

Reklama

W pewnym momencie podbiegła do nas przerażona kobieta. Jakiś mężczyzna zabrał jej syna i gdzieś razem poszli. Jest zmęczona, na rękach śpi jej drugie dziecko. Nie rozumie wszystkiego, co mówimy. W oczach otępiały strach. W końcu wśród dobrych ludzi są też źli - to jedna z sytuacji, które wydarzyły się w ciągu długiej nocy w punkcie recepcyjnym w Lubyczy Królewskiej.

Lubycza Królewska miasteczko jak każde inne. Jest szkoła, kościół i kilka sklepów. Według oficjalnych statystyk nieco ponad 2400 mieszkańców. Na co dzień znacznie mniej. Jak mówi miejscowy: - Kto młody dawno stąd uciekł. Chwilowo znacznie więcej, bo jak mówi ten sam miejscowy: - Każdemu serce mięknie, jak pobędzie z Ukraińcami i dodaje: - Każdy, kto wylicza, ile pomoc będzie nas kosztować, powinien ponieść torbę za matką uciekającą z dziećmi przed wojną. Mieliśmy tu takiego policjanta. Zawsze chojraczył. Po kilku godzinach w punkcie jechał z taką rodziną, gościć ich u siebie. Tylko żonę namawiał, żeby przyjęła. Tu nie ma mocnych.

Reklama

Te dzieci powinny być w domu

Na miejsce docieram chwilę po 22:00. Punkt recepcyjny w Lubyczy Królewskiej mieści się w szkole. Na zewnątrz dwa namioty, w jednym kawa, herbata i słodycze - tam będę działać przez najbliższych kilkadziesiąt godzin. Obok uchodźcy mogą zjeść darmowy obiad. Dzień po rozpoczęciu ataku na Ukrainę prywatna firma z Katowic Grill Bastards sama zorganizowała stoisko, grille, pracowników i mięso na pierwsze dwa dni. Zostali do dziś. Hurtownie i osoby, które usłyszały o inicjatywie, przywożą mięso. Tylko w ciągu ostatnich 24h zeszło 50 kg karkówki.

Do punktu w szkole przyjmowane są tylko kobiety i dzieci. Jeden z wolontariuszy tłumaczy, że kilka dni wcześniej były tu incydenty prowokatorów. Bójki, przepychanki i wyzwiska. Podjęto taką decyzję, żeby w środku było w pełni bezpiecznie.

W środku setki karimat, poduszek, materacy i śpiworów poukładanych jeden, obok drugiego. Każdy próbuje zorganizować sobie chociaż trochę prywatności, przestrzeni dla siebie. Tą namiastką jest kilkunastocentymetrowa przerwa między materacem własnym, a sąsiada. Pomiędzy łóżeczka z maluchami, które śpią zmęczone po podróży. Psy i koty, które na wejściu bada weterynarz. Jedna z dziewczynek - Nadia przedstawia mi swojego Arsa, to mały York, którego trzyma w torbie na kolanach. Przyjechała z bratem z Kijowa. W telefonie pokazuje zdjęcia zniszczonych budynków w jej mieście. Ma 14 lat.

Toaleta zwykła, szkolna, trzy kabiny i trzy prysznice. Tłoczno, gdy na sali znajduje się kilkaset osób. Najwięcej gimnastyki mają tu mamy małych dzieci. Przewijanie, czy umycie dziecka, które się zalało, to codzienność każdej z nich. Tu stają w kolejce i szukają małego kąta dla siebie. Jedna z mam to piękna, trzydziestoletnia graficzka - Wera. Spotykam ją, gdy próbuje namówić córkę na kąpiel. Dziewczynka ma 5 lat i nie jest zachwycona zimnymi kafelkami w łazience. Siedzi skulona na ławce przyniesionej z sali gimnastycznej. W Ukrainie Wera mieszka we własnym domu. Ma ładnie urządzoną łazienkę i wszystkie potrzebne rzeczy. Nie chodzi o narzekanie, ale w takich chwilach każdy tęskniłby za domem i odrobiną prywatności. Zrozumie to zapewne każdy, kto w zaciszu domowej łazienki walczył z pięciolatkiem odmawiającym kąpieli.

Na sali jest duszno i głośno. W tle toczą się rozmowy, a co jakiś czas płacze dziecko. Wystarczy kilka minut w środku, policzki robią się czerwone i pieką, bo sali nie da się przewietrzyć. Wszędzie zapach jedzenia, zmieszanego z zapachem człowieka po podróży.

W głowie uporczywa myśl, że te dzieci powinny być w domu.

Gdzie pójdzie syn?

Pod szkołę podjeżdżają kolejne autokary, a w nich kobiety z dziećmi. Niektóre spakowały swoje rzeczy w małą torebkę. Jedna z nich to Ada, mama piętnastolatka i ośmiolatki. Jechali razem, ale na granicy syna cofnięto. Zapewne, pogranicznicy uznali, że jej wysoki i dobrze zbudowany syn przyda się ojczyźnie. Mieli ze sobą dwie identyczne walizki. Na pożegnanie była chwila. Ona zabrała jego torbę, on tę należącą do mamy. Wszystkie potrzebne rzeczy zostały po drugiej stronie granicy. One tylko z tym, w czym przyjechały. Dodatkowo z kolejnym strachem, co będzie z chłopcem. Wróci do Lwowa? Skoszarują go przy granicy? Tego nie wiedzą.

Tu spotyka się cała Polska

Do naszego stoiska podchodzą kolejne osoby. Co chwila słyszymy pytanie, ile kosztuje herbata, czy baton. Trudno im uwierzyć, że tyle osób chce pomóc. Oficjalnie punktów recepcyjnych, w których uchodźcy mogą odpocząć, jest 28. W rzeczywistości kierowcy z całej polski opowiadają, że prywatni ludzie rozkładają stoiska na trasie z granicy. Wystawiają, co mają. Herbatę, kanapki, słodycze. Faktycznie takie punkty mijamy np. na MOPach. W Lubyczy są wolontariusze z Łodzi, Krakowa, Warszawy, Wrocławia, Katowic, ale i lokalni mieszkańcy. Jeden z nich to 17-letni Hubert. Pytam go, od jak dawna tu przychodzi:

- Jak tylko się zaczęło. Przychodzimy z chłopakami (koledzy ze szkoły). Siedzimy całą noc. Głownie to nosimy pudła, walizki, czasem trzeba kogoś gdzieś zaprowadzić. Spać to przecież w domu i tak się nie da - wyjaśnia.

Mama Huberta pracuje w straży, jeśli jest potrzeba, to zwalnia go z lekcji.

Pomagają służby. Co chwila widać strażaka, czy policjanta, który niesie dziecko, walizkę, pluszaka. Podchodzą do naszego stoiska i wybierają soczki, musy i batony dla dzieci. Wożą małych pasażerów i ich mamy do kolejnych punktów w głębi województwa. Proszą, żeby pakować co najlepsze, bo chcą ich nakarmić i chociaż trochę rozweselić. Jeden z nich dodaje, że ma syna w tym wieku, więc bardzo mu zależy.

Ile warte są moje oszczędności?

Do naszego stoiska podchodzi dziewczyna - na oko 30 lat. Pyta nas, czy wiemy, gdzie wymieni hrywny? Sprawdzamy, szukamy. W Polsce jest pięć miejsc, które wymienią jeszcze walutę. Na ten moment. Rano sytuacja może wyglądać już zupełnie inaczej. Jak przekazać komuś, kto właśnie znalazł się w obcym państwie, że stracił oszczędności i znalazł się tu właściwie bez pieniędzy?

Taka jak ja

W tym tłumie nie zawsze da się ze wszystkimi porozmawiać. Podajemy herbatę, wciskamy kanapkę i kierujemy do stołu. Czasem zamieniamy kilka słów. Wręczam kubek dziewczynie. Wygląda jakby była w moim wieku. Ma długie ciemne włosy, w tym też jesteśmy do siebie podobne. Ubrana jest modnie. Ma długi jasny płaszcz, masywne buty, ładną torebkę. Wygląda tak jak większość naszych rówieśniczek w Polsce. Podaje jej herbatę i zauważam, że płacze. Złapała moją rękę i zanim zdążyłam ją zabrać, ucałowała ją. To uczucie trudne do opisania. Zmieszanie i poczucie niesprawiedliwości mieszają się w jedno. Wystarczyłoby 200 km i to ja byłabym na jej miejscu. Powinnyśmy spotkać się w barze czy na sali kina. Żadna z nas nie powinna być wdzięczna drugiej. Rozmawiamy, o tej sytuacji z innymi wolontariuszami. Czujemy, że mam wielkie szczęście, bo możemy bezpośrednio wręczać, to co zebrały i wysłały setki rąk w tym kraju.

Wśród setek dobrych znajdzie się i zły

Na niektórych czekają znajomi lub rodziny i od razu zabierają ich dalej. Inni nocują w punkcie przygotowanym w szkole, a kolejni czekają na autobus, który zabierze ich do większego miasta. Często nie mają żadnych planów, bo w Polsce są pierwszy raz. Autobusy jeżdżą co kilka godzin. Organizuje je samorząd, ale także prywatne firmy wysyłają tu kierowców z własnej inicjatywy. Ci, na których nikt nie czeka, siadają w namiocie z herbatą i czekają na swoją kolej. Czasem godzinę, a czasem osiem. Wszystko zależy od tego, kiedy trafi się transport.

Najgorzej jest w nocy. W namiocie czeka też kobieta z dwojgiem dzieci. Dziewczynka ma siedem lat, chłopiec jedenaście. Mała śpi na kolanach mamy. Okrywamy je kocami. Jakoś dotrwają. Chłopiec nie może zasnąć. Siedzi na ławce obok. W pewnym momencie podszedł do nich mężczyzna. Próbuje zabawiać dziecko i zagaduje mamę. Nie zwraca to niczyjej uwagi. Wszyscy próbują jakoś podtrzymać innych na duchu. Nie do końca rozumieją się nawzajem. On mówi po polsku, ona po ukraińsku. Przez namiot przewija się sporo osób, jest zamieszanie. W pewnym momencie przerażona kobieta zgłasza, że mężczyzna zabrał chłopca i gdzieś razem poszli. Jest zmęczona, na rękach śpi jej drugie dziecko. Nie rozumie wszystkiego, co mówimy. Jej oczy są pełne strachu. W końcu wśród dobrych ludzi są też źli. Nie wiadomo gdzie zabrał dziecko.

Udało nam się ich dogonić. Mężczyzna był pod wpływem alkoholu. Miał ze sobą nienapompowaną piłkę i twierdził, że chce pokazać dziecku miasto. Uparcie ciągnął go za sobą. Mówił, że zabierze go do domu. Z pomocą policji udało się odebrać chłopca, a mężczyzną zajęły się odpowiednie służby. Nie wiem, jaki był jego cel, czy faktycznie chciał skrzywdzić chłopca. Pewne jest, że ani matka, ani my nie zapomnimy chwil przerażenia, które w tym czasie nam towarzyszyły. W takim tłumie nie trudno o tragedie.  

Kwiaty, których już nie ma

Wśród rodzin, które pojawiły się nad ranem, jest Władimir z żoną i córkami. Nie wiem, jak udało mu się przejść granice. Mężczyźni w jego wieku są cofani. Nie dopytuję. Przyjechali z okolic Charkowa, są wykończeni. Kobieta i dzieci szybko idą spać. Władimir wraca, chce porozmawiać. Upewnia się, że nie boimy się scen, z nagrań, które nakręcił swoją komórką, a później pokazuje je nam kolejno. Widać na nich zniszczone domy, gospodarstwa. Spalone czołgi i ciała, które leżą na ulicy. Zwęglone kończyny na chodnikach. Sam to wszystko nagrał. Za chwile przeskakuje na zdjęcia kwiatów. Jest właścicielem hurtowni. 8 marca na Ukrainie, tak jak u nas, obchodzony jest dzień kobiet. Sprowadził mnóstwo towaru, to jeden z najbardziej intratnych dni w tym biznesie. Chwile przed wyjazdem jedna z rakiet trafiła w szklarnie. Po biznesie nic nie zostało. Nie mają do czego wracać.

Robi się jasno. Nadchodzi kolejny podobny dzień.

*Z szacunku do bohaterów reportażu nie dołączam zdjęć wnętrza budynku. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy