Reklama

Reklama

Jeśli nie możesz otworzyć domu, otwórz serce

„Uchodźcom z Ukrainy naprawdę nie potrzeba luksusów, wygód, wielkich przestrzeni. Im potrzeba spokoju, przyjaźni, ukojenia. Sił na dalszą drogę. Jeśli szczęście dopisze – powrotną, do domu” – mówi Maja Wolny, pisarka i reporterka, która do swojego domu w Kazimierzu Dolnym zaprosiła ukraińską rodzinę.

"Właśnie szykujemy się na przyjęcie do naszego domu ukraińskiej rodziny. Zakupy zrobione, ciasto się piecze. Pani Jevgenia z trójką dzieci (7, 10 i 12 lat) dociera właśnie do Przemyśla. Pociąg jest potwornie zatłoczony" - napisałaś w sobotę wieczór. Kiedy zdecydowałaś, że ugościsz ukraińską rodzinę?

Maja Wolny:  - W piątek wieczorem z liceum córki przyszła wiadomość. Zaczynała się od słów: "a więc wojna" i zawierała formularz, na którym można było wskazać, jakiego rodzaju pomocy jest się gotowym udzielić: medycznej, materialnej, językowej, lokalowej. My zaznaczyliśmy dwie ostatnie opcje: ja mówię po rosyjsku, a w naszym domu może zamieszkać rodzina. Po kilku godzinach, już w nocy, dostaliśmy kolejną wiadomość: chcielibyśmy, żebyście przyjęli rodzinę.

Reklama

Wiedzieliście, jaka to będzie rodzina?

 - Dyrektorka placówki przekazała podstawowe informacje - mama Jevgenia z trójką dzieci: 12-letnim Yehorem, 10-letnim Yaroslavem i 7-letnią Katyą. Same fakty, bez historii. Choć to skąpe dane, pozwoliły nam dobrze przygotować się na przyjęcie gości.

Dobrze, czyli jak?

 - Pościeliłam łóżka tak, żeby chłopcy spali razem, a dziewczynka z mamą. Ze starych zabawek moich dzieci wybrałam takie, które mogłyby spodobać się Yehorowi, Yaroslavowi i Katii. Potem pojechałam na zakupy: sery, wędliny, owoce, płatki do mleka, kawa herbata, słodycze. Część jedzenia zostawiłam w ich pokoju - tak, żeby nie mieli poczucia, że muszą pytać o każdą rzecz, żeby sami mogli zrobić sobie herbatę, kanapkę. W tej nienormalnej sytuacji chciałam zaoferować im choć namiastkę normalności, intymności i niezależności.

Szkoła przekazała "same fakty, bez historii". Jesteście razem od ponad doby. Był już czas, by poznać tę historię?

 - W zarysie i nie zawsze opowiadaną pełnym głosem. Katya i Yaroslav nie są do końca świadomi tego, co się właśnie dzieje. Nie wiedzą, że tata został powołany do wojska. Nie wiedzą, że z mamą i bratem uciekają przed wojną. Myślą, że wyjechali na coś w rodzaju szkolnej wycieczki - poznają nowe dzieci, zamieszkają u innej rodziny, może coś ciekawego zobaczą. Nikt celowo ich nie okłamuje, ale też nikt nie wyprowadza z błędu. Dzieci trzeba chronić nie tylko przed strzałami, ale i przed traumą.

Zobacz również: Jak rozmawiać z dzieckiem o wojnie?

A jakie doświadczenia przywiozła ze sobą ich mama?

 - Jevgenia przed wojną ucieka już drugi raz. Pierwszy był w 2014 - z mężem i synami (Katya dopiero miała się urodzić) wbiegła do ostatniego pociągu, wyjeżdżającego z Ługańska. Pociąg zawiózł ich do Lwowa i tam zaczęli układać swoje nowe życie. Ona - nauczycielka, on - programista, kulturalni, mili, bardzo dbający o dzieci, zaczynali od nowa w mieście, które nie zawsze było im życzliwe.

Dlaczego?

 - Obydwoje są rosyjskojęzyczni, są Ukraińcami, mówią po ukraińsku, ale ich pierwszym językiem jest rosyjski. Jego brzmienie we Lwowie od dawna drażniło, budziło podejrzenia. Dziś zaś, w tak dramatycznej sytuacji,  jest bardzo źle widziane, automatycznie wywołuje oskarżenia o dywersję. "Całe szczęście, że mój mąż ma ukraińskie nazwisko" - mówi mi Jevgenia. Jej panieńskie brzmi bardzo rosyjsko.

Ile trwała ich podróż z Lwowa do Polski?

 - Pociąg z Lwowa do Przemyśla zwykle jedzie 3-4 godziny. Ten, którym podróżowała Jevgenija z dziećmi, jechał prawie dobę. Skrajnie obciążony, wyładowany po brzegi, poruszał się bardzo wolno. Jevgenija i jej dzieci nie miały miejsca siedzącego. Za krzesło służyła im walizka. Matka spędziła na stojąco prawie całą dobę. Na dziesięć wagonów tylko jedna toaleta. A w pociągu ludzie i zwierzęta. W Przemyślu zatrzymano ich na szczegółową kontrolę, która trwała całą noc. Pasażerom podawano wodę, ale nie wolno im było opuścić pociągu. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, byli wykończeni, dzieci leciały przez ręce. Do Lublina, wraz z innymi rodzinami, dotarli specjalnie wysłanym po nich busem, stamtąd już odebraliśmy ich własnym samochodem. Pamiętasz, mówiłam, że kupiłam słodycze?

Tak.

 - Zaraz po spotkaniu każdemu z dzieci wręczyłam po paczuszce z ciastkami, cukierkami, czekoladkami, aż zapiszczały z radości. Przez całą drogę pokazywały sobie, co które dostało, wymieniały się. Coś tak prostego, a potrafiło tak szybko poprawić humor. Chociaż na chwilę odwrócić uwagę dziecka, które jeszcze dobę wcześniej było w kraju ogarniętym wojną.

 - Te proste przyjemności naprawdę się sprawdzają. W niedzielę zabraliśmy ich na spacer, pokazaliśmy plac zabaw. Mamy w domu trzy zwierzaki, one też doskonale odwracają uwagę od smutnych myśli.

Zobacz również: Polacy solidarni z Ukrainą. Jak pomóc?

Od początku wojny do Polski dotarło ponad kilkaset tysięcy uchodźców. W sondażach połowa Polaków opowiada się za ich przyjmowaniem. Nie wszyscy jednak są gotowi otworzyć dla nich swoje domy i mieszkania. Często ze strachu. Na przykład przed tym, że zostaną oszukani.

 - Znam ten strach. Może ten, kto do mnie przyjedzie, tak naprawdę nie jest Ukraińcem, ale nielegalnym imigrantem? Albo przemytnikiem? Dywersantem? Handlarzem narkotykami? Odmian fake newsów jest niezliczona ilość. Ja mogę udzielić jednej rady: ktoś chce mieć pewność, że z jego pomocy skorzystają ci, którzy naprawdę tego potrzebują, niech udziela jej za pośrednictwem lub we współpracy z samorządami, szkołami, strażą pożarną lub NGO’sami o sprawdzonej opinii. Oni wiedzą, co robią.

To inny lęk: nie dam rady. Mam za dużo na głowie, a nowymi domownicy będą pewnie potrzebowali intensywnego wsparcia.

 - Nie wiem, jak jest gdzie indziej, ale u nas w Kazimierzu Dolnym uchodźców tak naprawdę gości cała społeczność. Szkoła zaplanowała pomoc medyczną, psychologiczną, finansową. Mamy sporządzać listy większych potrzeb, na których figurują np. powerbanki i telefony. Te ostatnie dla wielu uciekających do Polski stały się podstawowym narzędziem komunikacji, edukacji, rozrywki. Jedynym sposobem, żeby skontaktować się z bliskimi i powiedzieć im, że już są bezpieczni.

 - Poza tym szkoła udostępnia świetlicę, żeby maluchy mogły spędzić w niej czas i pobawić się z dziećmi z Kazimierza, w stołówce tej samej placówki można zjeść obiad.

Krakowianie gotują "Zupę dla Ukrainy" - każdy uchodźca może odebrać posiłek w słoiku.

 - I świetnie. U nas działa też sieć przyjacielsko-towarzyska. Dzisiaj zadzwoniła do mnie koleżanka: ona poszła do pracy, mąż został sam, a gotować nie potrafi. Pytała, czy jej goście mogą wpaść na obiad. Pewnie, że mogą.

Ostatni lęk, chyba najbardziej wstydliwy: a jeśli mogę przyjąć kogoś tylko na krótko, a on będzie potrzebował mieszkania np. na rok?

 - Zanim odpowiem na twoje pytanie, zadam własne: wiesz, czego poza wojną najbardziej boją się dziś Ukraińcy?

Czego?

 - Że będą ciężarem. Jevgenija cały czas dziękuje, ofiarowuje się z gotowaniem, a w dalszej perspektywie - planuje. Chce wyjechać do Niemiec, gdzie ma możliwość uzyskania azylu politycznego. Oni wszyscy zastanawiają się, gdzie i kiedy ruszyć dalej. Nasze domy są dla nich tylko  przystankami, w których mogą złapać oddech. Trochę okrzepnąć po szoku, jakim dla nas wszystkich był wybuch wojny.

Dla ciebie też był szokiem? Wielokrotnie byłaś w Rosji, pisałaś o niej, spodziewałaś się, że narastające od kilku tygodni napięcie skończy się właśnie w taki sposób?

 - Tego chyba nikt się nie spodziewał, a jeśli nawet, to łudził się, że wszystko po raz kolejny jakoś się ułoży.

Tym razem się nie ułożyło.

 - Kocham miejsce, w którym żyję, ale jednocześnie cały czas pamiętam o tym, że granica jest zaledwie dwie godziny drogi od mojego domu. Kiedy go budowaliśmy, a było to już po inwazji na Krym, mąż śmiał się, że stawiamy "bunkier Putina", z ciągnącym się pod podłogą głębokim systemem piwnic. On żartował, robotnicy żartowali, a ja naprawdę myślałam, że to "na wszelki wypadek", że warto być przygotowanym na każdy scenariusz. Choć mam nadzieję, że ten scenariusz nie ziści się ani teraz ani nigdy.

Dwie godziny od granicy. W Polsce są miejscowości, w których ludzie wyjmują pieniądze z banków, wyrabiają nowe paszporty, tankują na zapas i uzupełniają spiżarnie. A jak jest u was?

 - Ta wojna dotyka nas często bardzo osobiście. Jeden z przykładów: mamy tu szkołę ponadpodstawową, w której uczy się młodzież z Ukrainy. Chłopcy z ostatniej klasy napisali do nauczycieli, że dostali powołania i pewnie nie wrócą na maturę. To boli, ale i mobilizuje, sprawia, że ludzie nie pozwalają sobie na lęk, tylko zakasują rękawy. Pomagają rodziny, strażacy, uczniowie, koła gospodyń wiejskich, jak to w małej społeczności: każdy wie, co ma robić.

A jeśli ktoś, kto teraz nas czyta, nie wie? Jeśli zastanawia się czy, co i jak może zrobić, to co byś mu powiedziała?

 - Że każdy z nas może teraz zrobić coś dla Ukrainy. Jeśli nie możesz otworzyć swojego domu, otwórz serce i umysł. Pomóż w inny sposób: wpłać pieniądze, ugotuj zupę, zawieź dary, pracuj jako tłumacz. A jeśli wahasz się, czy zaprosić kogoś do domu - nie bój się. Uchodźcom z Ukrainy naprawdę nie potrzeba luksusów, wygód, wielkich przestrzeni. Im potrzeba spokoju, przyjaźni, ukojenia. Sił na dalszą drogę. Jeśli szczęście dopisze - powrotną, do domu. 

***

Zobacz również:

Zwierzęta, ciche ofiary wojny w Ukrainie. Jak im pomóc?

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ukraina | wojna w Ukrainie | uchodźcy z Ukrainy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy