Reklama

Reklama

Ostatni niezadeptany kawałek Islandii

Jak jesteśmy postrzegani na Islandii?

Reklama

P.M.: - Coraz lepiej. Polacy, zaraz obok Islandczyków, zwłaszcza tych starszych, są najbardziej cenionymi pracownikami. Nasze wcześniejsze role przejmują teraz inne nacje ze wschodniej Europy. My zadomowiliśmy się na Islandii i jesteśmy jej częścią, chociaż, co oczywiste, nigdy nie będziemy stamtąd. Może w następnym pokoleniu.

B.L.: - Mam wrażenie, że Islandczycy dużo się uczą od Polaków. Islandzka policja dowiedziała się, na przykład, że istnieje coś takiego, jak kradzież (śmiech). Sami padliśmy ofiarą tego przestępstwa, a nie było nas w domu zaledwie trzy godziny. Jeden ze skradzionych komputerów odnalazł się pod Warszawą. Ale sami Islandczycy też kradną. Zwłaszcza narkomani nie mają przed tym najmniejszych oporów.

- A bardziej na poważnie, to Polacy uczą Islandczyków, jak należy pracować. Mamy zdolnych i pracowitych ludzi, którzy wręcz stawiają firmy na nogi: redukują zbędne koszty, reorganizują pracę, starają się, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku. Zależy nam, bo jesteśmy imigrantami.

P.M.: - Jeśli ktoś bierze nadgodziny, to na ogół jest to Polak. Jesteśmy chętni do pracy, ale to logiczne, bo większość z nas przyjeżdża na wyspę w celach zarobkowych.

W waszej książce "Zostanie tylko wiatr" pojawia się stwierdzenie, że większość turystów przyjeżdża na Islandię, by objechać ją dookoła, zaledwie 10 proc. wjeżdża na Fiordy Zachodnie, a jedynie ułamek procenta dociera na półwysep Hornstrandir. Nie mieliście obaw, że książka przyczyni się do jego zadeptania?

P.M.: - Bardzo się baliśmy. Taka sytuacja miała bowiem miejsce w Djúpavíku po publikacji naszej pierwszej książki "Szepty kamieni". Podobno do starej przetwórni śledzi ściągnęła ona więcej Polaków niż film "Justice League", który był tam kręcony. Okazuje się, że ludzie przyjeżdżają tam z naszą książką i proszą o autografy jej bohaterów. Mieliśmy obawy, że teraz Hornstrandir będzie przeżywał podobny najazd.

B.L.: - Nie wiemy jednak, czy jest to w ogóle możliwe. Bo o ile dotarcie do Djúpavíku jest bezproblemowe, to dostanie się na Hornstrandir nie jest już takie łatwe. Mamy tylko dwie opcje: wyprawę łodzią albo bardzo długi trekking drogą lądową. W pierwszym przypadku trzeba mieć sporo pieniędzy, a w drugim duże doświadczenie. Ostatnio ceny rejsów znacznie poszły w górę i aby się dostać z Ísafjörður do Hornviku, musimy zapłacić około 17 000 koron. Koszt podróży w obie strony wynosi zatem około 1 100 zł za osobę. To spora suma.

Czy nie ma jednak zagrożenia, że wraz z rozwojem infrastruktury turystycznej w tym regionie, dostęp na półwysep będzie łatwiejszy?

B.L.: - Jeśli chodzi o infrastrukturę turystyczną, to w regionie działa firma, która posiada łodzie rejsowe w Ísafjörður. W Hornvik zaczęli budować coś na kształt przystani, a w Kviar mają dom, który wynajmują turystom. Organizują też zjazdy narciarskie. Jest też dom doktora w Hesteyri - najpopularniejsze miejsce na półwyspie Hornstrandir, w którym można napić się kawy. Ale to zupełnie inna historia.

P.M.: - Wielu ludziom się wydaje, że jeśli dotarli do domu doktora, to już zaliczyli wizytę na Hornstrandir. Nic bardziej błędnego!

B.L.: - W 2019 r. wprowadzono regulacje prawne, które nakładają obowiązek rejestrowania u strażników parku wszystkich dużych grup, które wybierają się na Hornstrandir. Planowany jest również zakaz wpuszczania statków przewożących powyżej 50 osób. Islandczycy starają się regulować masową turystykę w tym regionie, jak tylko mogą. Uważam, że to jest dobra decyzja: nie można oddawać ostatniego kawałka Islandii tylko po to, by zarobić trochę więcej pieniędzy.

P.M.:  - Ale jest też druga strona medalu, o której wspomniał jeden z bohaterów naszej książki: "jeżeli pozwolimy przyjechać turystom, to my też tu zostaniemy". Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy, ale też nie można wymagać od mieszkańców, żeby zawsze było tam tak, jak kiedyś. To skutkuje zrobieniem sobie z domu skansenu. Oni też muszą się rozwijać, inwestować i żyć.

B.L.: - Wydaje mi się, że półwysep oprze się masowej turystyce - to jest zbyt trudny teren. 

Nawet dla samych Islandczyków. W książce wspomnieliście, że łatwiej im polecieć do Anglii czy USA, niż wybrać się na Hornstrandir.

B.L.: - Oczywiście! Samochodem z Reykjaviku do Ísafjörður jedzie się 5-6 godzin, a potem czeka nas długi rejs łodzią, w zależności od tego, gdzie chcemy się dostać. Trzeba bardzo chcieć, a dodatkowo lubić to, że przez większość nocy będziemy spać pod namiotem, pogoda może być zmienna i nie zawsze będzie tak pięknie, jakbyśmy chcieli. 

Jeden z bohaterów, Óli, powiedział, że jeszcze tylko na Hornstrandir można zobaczyć twarz starej Islandii. Co na was zrobiło tam największe wrażenie?

P.M.: - Na Islandii jest ogromny spokój, a na Hornstrandir nabiera on wręcz monstrualnego wymiaru. Ziemia tam zupełnie inaczej pulsuje. Kiedy położysz się na niej na chwilę, może się okazać, że przeleżysz kilka godzin - taki tam jest spokój. Na półwyspie zderzymy się z pewnym rodzajem melancholii, który widać w opuszczonych budynkach - bazie wojskowej, stacji wielorybniczej czy latarni morskiej. Choć ta ostatnia nie jest taka do końca opuszczona.

B.L.: - Na Hornstrandir jest pewien rodzaj starej energii. W ogóle rejon ten odróżnia się od pozostałej części Islandii, ma w sobie coś z Grenlandii.

Na następnej stronie przeczytasz o tym, jakie są islandzkie kobiety >>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje