Reklama

Reklama

Ostatni niezadeptany kawałek Islandii

Wiele lat izolacji oraz duża zależność od natury i zjawisk pogodowych musiały wpłynąć na Islandczyków. Jacy oni są? Czy widać duże różnice pomiędzy pokoleniami?

Reklama

B.L.: - Uważam, że Islandczycy są twardzi - zwłaszcza starsze pokolenia. Ludzie ci zostali doświadczeni na wiele sposobów: ich pokolenie było głodne, było zziębnięte, nie mieli infrastruktury, która jest teraz, nie było ciepłych puchowych kurtek.

P.M.: -Tak jak napisaliśmy w pierwszej książce: ludzie czuli się bogaci, kiedy nie byli głodni. A było to stosunkowo niedawno. Cofnijmy się jedynie o jakieś 70 lat, kiedy my byliśmy w okresie powojennym i odbudowywaliśmy swój kraj, a oni wciąż mieszkali w domkach z torfu i kamieni. A chwilę później nastąpił niesamowity rozkwit. Były prezydent Islandii, z którym udało nam się porozmawiać, jest dumny z rozwoju, jaki miał miejsce w tak krótkim czasie - to była praca zaledwie jednego pokolenia!

- Islandczycy różnią się w zależności od tego, gdzie mieszkają: na prowincji czy w stolicy. Też są rasistami, ksenofobami, a jednocześnie potrafią być bardzo otwarci. W Reykjaviku mieszka ponad 200 różnych narodowości, co wymaga bycia tolerancyjnym. Ale są tacy, którzy otwarcie mówią, że to im się nie podoba. Nie podobają im się Polacy i zdarza im się powiedzieć: "wyjazd z mojej wyspy". 

B.L.: - Kiedy coś takiego słyszymy, to mamy jedną odpowiedź: wyobraź sobie, że nagle nie ma całej imigracji. Kto zadba o wasze hotele, na których całkiem sporo zarabiacie? Kto będzie woził waszych turystów, sprzątał pokoje, sprzedawał bilety, naprawiał samochody i łowił ryby? Gdy coś takiego usłyszą, od razu zmienia im się wyraz twarzy. Bez imigracji, a w szczególności bez Polaków, zupełnie inaczej wyglądałby rozwój Islandii.

P.M.:  - Islandczycy są bardzo podobni do Norwegów, ale nie są tacy sztywni. Zawsze mają czas. Według nich wszystko da się zrobić, ale najpierw trzeba się napić kawy i pomyśleć. A Polacy odwrotnie: często najpierw coś robią, a dopiero potem myślą. I nie zawsze jest to tak złe, jak mogłoby się wydawać. 

Z książki wyłonił mi się obraz silnych i niezależnych kobiet, które często samotnie walczą z przeciwnościami losu. Czy takie rzeczywiście są Islandki?

B.L.: - Kobiety w tym kraju są bardzo niezależne. To twarde babki, które wiedzą czego chcą. Islandia to pierwszy kraj na świecie, w którym praktycznie zrównano płace mężczyzn i kobiet. Nie ma tam czegoś takiego, jak typowo męskie zawody. Oczywiście, kobietom jest ciężko pracować na kutrach rybackich, ale tam też je spotkamy.

P.M.: - Islandki jeżdżą wielkimi dżipami, są pilotami, prowadzą autobusy. Słyszałem, że często pracują w budowlance. Ponoć są tak silne, że można je spotkać nawet przy zbrojeniach. Na Islandii nie ma szowinistycznego podejścia do kobiet - traktowane są z szacunkiem. Strajk zorganizowany w 1975 r. przez grupę Czerwone Pończochy pokazał jak ważna jest ich rola. Okazało się, że gdy zabrakło kobiet, bo wzięły sobie dzień wolnego, to nie miał kto zająć się dziećmi, posprzątać czy ugotować. Wiele instytucji, jak szkoły, przestało funkcjonować.

B.L.: - Legenda miejska głosi, że to kobiety na Islandii podrywają mężczyzn, a nie odwrotnie. 

P.M.: - Zgadza się (śmiech).

W "Zostanie tylko wiatr" przewija się wiele historii ludzi, którzy doświadczali lub nadal doświadczają skrajnej samotności, żyjąc na odludziu. Czy nie jest tak, że w całym naszym zabieganiu trochę im zazdrościmy?

P.M.: - Polecam każdemu spędzenie roku na islandzkiej prowincji, żeby się przekonać o jednej rzeczy:  nic nie znaczymy. Żeby spojrzeć na życie z lepszej perspektywy, zobaczyć na co nas stać i poczuć tak naprawdę prawdziwą samotność. 

- Z drugiej strony, czym różni się samotność wdowca, który mieszka w bloku w Krakowie od człowieka, który ma farmę, 400 owiec i mieszka tam sam? Jak oni postrzegają samotność? Pierwszy jest samotny wśród tłumu, a drugi z wyboru.

Jeden z bohaterów książki, Omar Ragnarsson, napisał o pustelniku Gislim: "Mur wyobcowania, którym się otoczył, był tak naprawdę znacznie niższy niż u wielu osób, które żyją blisko w blokach czy na wielkich osiedlach." 

P.M.: - Właśnie o to chodzi. Mam wrażenie, że ta islandzka samotność jest czymś bardziej wartościowym niż ta nasza. Nasza przeraża, bo przeżywamy ją wśród ludzi. Jest jeszcze jedna różnica: Islandczycy lubią sobie pomagać, a my nie.

B.L.: - Wynika to z tego, że jest ich niewielu - muszą się razem trzymać, żeby przetrwać. Jednej z bohaterek naszej książki - Betty, możemy pozazdrościć życia na własnych warunkach. Nie jest to życie najłatwiejsze, ale ma kochającą córkę, a znajomi zawsze sprawdzają, czy wszystko u niej w porządku. My byśmy nie dali rady, zwłaszcza zimą. Ale ludzie powinni żyć w zgodzie z własnymi zasadami.

Rozbawiła mnie informacja, że Islandczycy mają swój Wąchock, czyli Hafnarfjörður.

P.M.: - Tak, choć nie jest to mała wioska, ale duże, jak na islandzkie standardy, miasto. Trzeba zaznaczyć, że pierwszym Wąchockiem było Akureyri. To tam przetłumaczono na język angielski nasze dowcipy o Wąchocku, które mieszkańcy szybko zaadaptowali na swoje potrzeby. Teraz takim miastem jest właśnie Hafnarfjörður. Części tych dowcipów nie zrozumiemy, bo nie znamy kontekstu, ale Islandczyków one bawią.

Na następnej stronie dowiesz się, jak zaplanować swoją pierwszą wizytę na Islandii >>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje