"Podróże osobiste" to autorski cykl, realizowany przez Joannę Leśniak. W swoich reporterskich opowieściach autorka zabiera nas w mniej znane zakątki Polski i Europy, w poszukiwaniu tego, co warte zobaczenia, usłyszenia, posmakowania. W jej historiach kryją się nie tylko własne doświadczenia, ale również opowieści lokalnych mieszkańców i ciekawostki, wyszukane w przewodnikach.
Szukasz miejsca na nietypowe wakacje, długi weekend lub city break? Ruszaj z nami w drogę. Trasa nie będzie do końca oczywista. Lądujemy w powiecie jarosławskim, znajdującym się we wschodniej części województwa podkarpackiego. Zazwyczaj jest mijany przez turystów, którzy w głowie mają jedynie wizję bieszczadzkich połonin. Tym razem wciskamy hamulec. Nie śpiewamy bluesa o czwartej nad ranem przy ognisku i nie leżakujemy nad Jeziorem Solińskim. Zamiast tego podążamy mniej popularnymi, niekoniecznie górskimi szlakami.
Spis treści:
- Jarosław to "miasto na patykach"
- Kiedyś problem, dziś atrakcja
- "Turyści się dziwią, że jest tu tak pięknie"
- Jodu tutaj dostatek, czyli z wizytą w Radawie
- Zaciszny Pruchnik to dzisiaj unikat
Jarosław to "miasto na patykach"
Stolica powiatu bywa nazywana "bramą Bieszczad". Nie jest to jedyny przydomek, jakim się ją określa. Być może "miasto na patykach" nie brzmi jak marketingowy strzał w dziesiątkę i reklamowe mistrzostwo świata, ale wynika z fascynującej historii skrywanej w jarosławskich podziemiach. Od czego zacząć? Najlepiej od początku.
Jarosław może poszczycić się średniowiecznym rodowodem, choć to na XVI i XVII wiek przypadły złote czasy jego rozwoju. Właśnie wtedy miasto tętniło życiem, a tutejsze jarmarki przyciągały kupców z całej Europy i dalszych zakątków świata. Cztery razy w roku jego mury gościły aż 30 tysięcy przyjezdnych, co robi wrażenie tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że na stałe Jarosław liczył 3 tysiące mieszkańców. W klasyfikacji europejskich ośrodków handlowych miasto plasowało się w absolutnej czołówce, ustępując pierwszeństwa wyłącznie Frankfurtowi nad Menem.

Wszystko to sprawiało, że Jarosław był miastem nie tylko różnorodnym, ale i bogatym. Dynamiczny ośrodek borykał się jednak z prozaicznymi problemami. Gdzie składować cenne towary? Najlepiej w piwnicach, wiadomo. Tym bardziej że lessowe podłoże, na którym miasto prężnie się rozwijało, nie sprawiało większych problemów w drążeniu korytarzy i komór. Tworzenie magazynów nie było jednak w żaden sposób uregulowane, co odbiło się czkawką po wielu latach. W XX wieku odkryto, że Jarosław jest o krok od zapadnięcia się pod ziemię i na powierzchni trzyma się ledwo. Stąd "miasto na patykach".
Kiedyś problem, dziś atrakcja
Na ratunek miastu przybyli górnicy z Bytomia. Był to pierwszy przypadek, kiedy przedstawiciele tej profesji nie byli zaangażowani w prace wydobywcze, a w ratowanie starówki. Ważną rolę odegrali również naukowcy krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, których działaniami kierował profesor Feliks Zalewski. Dzięki tym wysiłkom Jarosław nie tylko stoi do dziś, ale zyskał również dwie dodatkowe atrakcje.
Mowa o udostępnionych do zwiedzania trasach ciągnących się pod powierzchnią rynku. Pierwsza z nich to Podziemna Trasa Turystyczna im. prof. Feliksa Zalewskiego - surowa i tajemnicza. Warto uważnie słuchać przewodnika, ponieważ z pewnością wskaże nam miejsca, w których zachowały się mury, pamiętające czasy hucznych jarmarków.
Druga to Podziemne Przejście Turystyczne, w którym wiedza podawana jest w bardziej barwnej i multimedialnej wersji. Być może większą frajdę będą tu mieli młodsi podróżnicy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać się szlakiem obu podziemnych szlaków. Połączymy nowoczesne podejście do zwiedzania z autentyczną historią bez upiększeń.
Zobacz też: Włoch opowiedział, co sądzi o Polsce i Polakach. "Nie doceniają swojego kraju"
"Turyści się dziwią, że jest tu tak pięknie"
To jedno z pierwszych zdań, jakie słyszę od przewodniczki, Weroniki Sopel. Jak opowiada, wielu przyjezdnych trafia tu poniekąd przy okazji. Ich głównym celem są bieszczadzkie szlaki lub zwiedzanie pałacu w Łańcucie. Z przekonaniem udowadnia jednak, że Jarosław zasługuje na pełną uwagę i status lokalnej gwiazdy, a nie tylko na granie roli drugoplanowej.
Wystarczy jeden rzut oka na rynek, by stwierdzić, że nie jest to wyłącznie lokalny patriotyzm. Neorenesansowy ratusz z powodzeniem mógłby znaleźć się na pocztówkach zachęcających do wizyty w regionie. Kamienica Orsettich - jedna z najpiękniejszych w Polsce - jest prawdziwą dumą miasta i daje jasno do zrozumienia, że dawniej w Jarosławiu było całkiem luksusowo. Obiekt dziś stanowi siedzibę Muzeum w Jarosławiu Kamienica Orsettich, które jest jednostką kulturalną powiatu jarosławskiego. Na wizytę w jego wnętrzu będzie trzeba poczekać kilka miesięcy - aktualnie trwa remont elektryki, ale już wiosną przyszłego roku ponownie otworzy swoje podwoje.

Cerkiew wybudowana na miejscu dawnego zamku zachwyca ikonostasem, a kompleks jarosławskiego opactwa z daleka wygląda jak imponująca warownia, której żadne ataki niestraszne. Biorąc pod uwagę liczne wydarzenia organizowane przez miasto - nie tylko jarmarki, ale też festiwale muzyczne czy kulinarne, można stwierdzić, że w Jarosławiu zdecydowanie jest co robić.
Jodu tutaj dostatek, czyli z wizytą w Radawie
Przemierzając powiat jarosławski, dowiaduję się, że tutejsze lasy to raj dla grzybiarzy. Wielbiciele tej formy aktywności w sezonie wychodzą z lasów z koszami wypełnionymi prawdziwkami, rydzami, kozakami. Na tym jednak nie kończy się kontakt z naturą. Docieramy bowiem do Radawy - prawdopodobnie najpopularniejszej miejscowości letniskowej w okolicy. Ze względu na położenie i specyficzny mikroklimat stężenie jodu jest porównywalne z nadbałtyckimi kurortami. Wieś nie ma jednak ambicji reklamowania się jako potencjalne uzdrowisko - walorów już teraz jej nie brakuje.

Choć w pierwszej kolejności w oczy rzucają się pola kempingowe i gospodarstwa agroturystyczne, urlopowicz spragniony wyższego standardu też znajdzie tu dla siebie odpowiednie miejsce. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że większość czasu i tak spędza się poza punktem noclegowym. Sercem Radawy jest zalew otoczony sosnowymi lasami z pełną infrastrukturą turystyczną. Szyldy zachęcające do degustacji gofrów tylko potęgują wrażenie spędzania wakacji nad Bałtykiem. Liczba budek z jedzeniem i straganów z pamiątkami nie przytłacza, ale jest w stanie poruszyć pewne nostalgiczne struny. Być może deptak nie jest szczytem stylowości, ale niewątpliwie można poczuć się tu swojsko.

Tym bardziej że obok zalewu przepływa Lubaczówka. Jak dowiaduję się od przewodniczki, to obszar dla koneserów. Raj dla fanów spokoju i powolnych spływów kajakowych. We własnym tempie, bez pośpiechu i zadęcia. Brzmi jak przepis na urlop idealny?
Zobacz też: Podróże osobiste: Kiedyś własny prowiant, dziś prywatny jacht. Jak zmieniła się turystyka w Grecji?
Zaciszny Pruchnik to dzisiaj unikat
Krajobraz powoli staje się coraz bardziej górzysty. Choć nie celujemy w połoniny, widok z okna samochodu prezentuje się bardzo kojąco. Zbliżamy się do Pruchnika, opisywanego jako "miasteczko z duszą". Zanim jednak będziemy mieli okazję przespacerować się po wyjątkowym w skali ogólnopolskiej rynku, czeka nas krótki przystanek. Oto stajemy przed odrestaurowanymi ruinami zamku. Dawna siedziba rodu Pruchnickich i Pieniążków pochodzi z XVI wieku. Bardzo doceniam fakt, że podczas podróży po podkarpackich drogach nie brakuje tu miejsc, w których warto się zatrzymać chociaż na chwilę. Można jedynie ubolewać, że nie na wszystkie wystarczy czasu, choć to zawsze pretekst do powrotu.

Trafimy w końcu do serca Pruchnika, jednej z najbardziej urokliwych podkarpackich miejscowości. Klimat małomiasteczkowy jak się patrzy. Drewniana zabudowa rynku przywołuje skojarzenia z podkrakowską Lanckoroną, choć dzieli je ponad 200 kilometrów.
Wszystko przez zachowanie (niemalże w całości) oryginalnego układu przestrzennego, pamiętającego średniowieczną lokację miasta. Do tego dochodzi specyficzna drewniana zabudowa wokół rynku i podcieniowe domy. Tworzą całość, która dziś stanowi unikat w skali kraju.

Należy jednak wspomnieć, że ich konstruowaniu nie przyświecał cel estetyczny. Nikt nie planował, że kiedyś ten rodzaj budownictwa będzie traktowany jak malowniczy pejzaż. Zadaszone "tarasy" miały służyć kupcom, przejeżdżającym przez Pruchnik do wystawiania swoich towarów. Trzeba przyznać, że dawnym mieszkańcom sprytu nie brakowało, bo chętnie korzystali z ruchu handlowego, jaki generowały słynne jarosławskie jarmarki.

Dziś wydaje się, że niewiele się tutaj dzieje, czego nie należy uznawać za minus. Duże, tętniące życiem metropolie potrafią zmęczyć, więc miło dla odmiany udać się do miejsca, w którym czas wydaje się zwalniać. Nie musimy przemykać przez jezdnie, na których królują rozpędzone auta i tramwaje, nie musimy przeciskać się w tłumie.
A jeśli zapragniemy nabrać jeszcze więcej dystansu, mamy szansę skorzystać z kapitalnej wieży widokowej na Korzeniach, oddalonej od rynku o niespełna 4 kilometry. Wysoka na 29 metrów, z częściowo przeszklonym tarasem pozwala podziwiać panoramę bliższych i dalszych okolic. Być może będąc na górze, zaczniemy już planować kolejny przystanek i atrakcje warte odwiedzenia? Takie okoliczności sprzyjają rozbudzaniu turystycznego bakcyla.

***
Kolejny tekst w cyklu "Podróże osobiste" już za dwa tygodnie, w czwartek 3 września.
***
O autorce:

Joanna Leśniak - Absolwentka socjologii o specjalizacji multimedia i komunikacja społeczna. Z Interią związana od 2021 roku. W zawodowej historii przez długi czas zgłębiała dynamicznie trendy związane ze stylem życia. Miłośniczka podróży, quizów i ciekawostek z najróżniejszych dziedzin, która rzadko kiedy wypuszcza z rąk aparat fotograficzny.
Nie musisz jechać daleko, by poczuć klimat przygody! Zobacz, dokąd warto wybrać się w weekend lub na wakacje. Więcej inspiracji znajdziesz na kobieta.interia.pl/podróże











