Spis treści:
- Pierwsze zaskoczenie? Lublin jest znacznie tańszy, niż się spodziewałam
- Polska naprawdę staje się coraz bardziej międzynarodowa
- Cebularz, forszmak i… kebab
- Wszystko jest blisko, a miasto "żyje" nawet w środku tygodnia
- Chyba najbardziej zaskoczyli mnie jednak… mieszkańcy Lublina
Pierwsze zaskoczenie? Lublin jest znacznie tańszy, niż się spodziewałam
Nie ukrywam, że wyjeżdżając z Krakowa, gdzie obecnie mieszkam, spodziewałam się cen na podobnym poziomie. Tymczasem już pierwszego dnia okazało się, że Lublin jest zdecydowanie bardziej przyjazny dla portfela. Najbardziej zaskoczyły mnie opłaty za parkowanie. Za dobę w strefie zapłaciłam około 30 zł, a samochód udało się zostawić bardzo blisko Starego Miasta. W Krakowie znalezienie równie dogodnego miejsca w takiej cenie graniczy z cudem. To niby drobiazg, ale już na początku wyjazdu zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie.
Polska naprawdę staje się coraz bardziej międzynarodowa
To już kolejny raz, kiedy po powrocie do Polski zauważam tę samą zmianę. Po latach spędzonych za granicą mam wrażenie, że polskie miasta są dziś zdecydowanie bardziej różnorodne niż kiedyś. Coraz częściej na ulicach słychać języki obce i coraz mniej dziwi widok turystów czy osób mieszkających w Polsce, które pochodzą z innych krajów.
Nie inaczej było w Lublinie. Spacerując po Starym Mieście (ale nie tylko!), co chwilę mijałam osoby rozmawiające po angielsku, hiszpańsku czy włosku. I nie jest to tylko moje wrażenie - liczby pokazują, że miasto rzeczywiście coraz mocniej otwiera się na zagranicznych gości. W 2024 roku Lublin odwiedziło ponad 1,9 mln turystów, z czego około 428 tys. stanowili turyści zagraniczni. To oznacza wzrost liczby zagranicznych odwiedzających o około 85 tys. osób w ciągu roku.
Dużą rolę odgrywa też akademicki charakter miasta. Lublin jest jednym z największych ośrodków akademickich we wschodniej Polsce - studiuje tu blisko 60 tys. osób, w tym ponad 8 tys. studentów zagranicznych ze stu (!) krajów świata. Jeszcze kilkanaście lat temu takich widoków było znacznie mniej - dla porównania w roku akademickim 2010/2011 w Lublinie studiowało około 1,4 tys. studentów zagranicznych, a dziś jest ich kilkukrotnie więcej.
Mam wrażenie, że to jedna z największych zmian, jakie zaszły w Polsce podczas mojej nieobecności. Kiedyś zagraniczny turysta w mniejszym polskim mieście był raczej ciekawostką, dziś staje się czymś zupełnie normalnym.

Cebularz, forszmak i… kebab
Nie mogłam być w Lublinie i nie spróbować cebularza. Trafiłam do znanej piekarni Kuźmiuk, gdzie za około 5 zł kupiłam świeżego, chrupiącego placka. Był naprawdę dobry. Dużo cebuli, maku i ciasto dokładnie takie, jakie powinno być. A cena? Jak na dzisiejsze czasy wręcz podejrzanie uczciwa. Czy jednak rozumiem cały zachwyt wokół niego? Chyba nie do końca. W końcu to po prostu "buła z cebulą".
Sprawa wyglądała zgoła inaczej w przypadku forszmaku. Przed przyjazdem do Lublina nawet nie wiedziałam, czym dokładnie jest to danie. Zamówiłam je z czystej ciekawości i bardzo mi smakowało. Trochę przypominało leczo, ale było zdecydowanie bardziej wyraziste, bardziej sycące, po prostu... lepsze. Za porcję zapłaciłam około 30 zł i gdybym miała wrócić do Lublina tylko dla jednego dania, to właśnie dla forszmaku.
Jest jeszcze jedna kulinarna rzecz, która niezmiennie zaskakuje mnie po powrocie do Polski. Kebaby są dosłownie wszędzie. I nie mam tu na myśli tylko Lublina. Nieważne, czy jestem w dużym mieście, czy w znacznie mniejszej miejscowości, mam wrażenie, że na każdym rogu znajdzie się kebab, często otwarty do późnych godzin nocnych.
Wszystko jest blisko, a miasto "żyje" nawet w środku tygodnia
Lublin bardzo pozytywnie zaskoczył mnie również swoim układem. Większość najważniejszych atrakcji znajduje się w niewielkiej odległości od siebie. Wystarczy kilka minut spaceru, żeby przejść od jednego do drugiego "strategicznego" punktu. Co ciekawe, odwiedziłam miasto w środku tygodnia i spodziewałam się raczej spokojnej atmosfery. Tymczasem restauracje były pełne, na rynku siedziało mnóstwo ludzi, a wieczorem miasto naprawdę tętniło życiem.
Chyba najbardziej zaskoczyli mnie jednak… mieszkańcy Lublina
Najbardziej zapamiętam ludzi. Kilka razy pytałam o drogę i za każdym razem trafiałam na osoby, które chętnie pomagały. W piekarni, restauracjach czy nawet zwykłych sklepach niemal wszędzie słyszałam na koniec "miłego dnia". Niby nic wielkiego, ale przez lata mieszkania za granicą bardziej kojarzyło mi się to z USA niż z Polską, więc od razu zwróciłam na to uwagę.
Była też sytuacja z policjantami. Przez przypadek pomyliłam strefę parkowania i byłam przekonana, że zaraz skończy się mandatem. Tymczasem policjanci tylko wyjaśnili mi, gdzie popełniłam błąd, i pozwolili odjechać. Takie drobne sytuacje naprawdę zostają w pamięci.
Oczywiście nie twierdzę, że tak jest zawsze, ale z Lublina wyjechałam z bardzo pozytywnym wrażeniem. A jeśli mam być szczera, to właśnie takiej codziennej życzliwości trochę brakuje mi w Krakowie.
Lublin okazał się miastem, które nie próbuje udawać Krakowa czy Warszawy i chyba właśnie w tym tkwi jego największy urok. Jest kompaktowy, zadbany, pełen klimatycznych uliczek i dobrego jedzenia, a przy tym zdecydowanie bardziej przystępny cenowo. Ten wyjazd tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zamiast od razu planować kolejną podróż na drugi koniec świata, warto czasem lepiej poznać własny kraj. Bo najwyraźniej mam jeszcze sporo do nadrobienia.















