Reklama

Reklama

Wnętrza gwiazd: Katarzyna i Cezary Żakowie

O swoim domu i związku, który twa już 27 lat opowiadają Katarzyna i Cezary Żakowie.

Pamiętam dobrze jedną z wielu moich rozmów z Kasią. Kiedyś zapytałam ją, do jakich chwil w życiu szczególnie lubi wracać. Powiedziała, że ma wiele takich kadrów w pamięci, wśród nich są na pewno narodziny obu córek. "Czarek często kręcił filmy domową kamerą, kiedy dziewczynki były małe. Teraz śmiejemy się, jak wyglądaliśmy, jaki Cezary był gruby, a co ja miałam wtedy na głowie. Lubię te nasze seanse. Kiedy się kończą, nikt nic nie mówi. I to jest fantastyczne, że nic nie trzeba mówić".

Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, smażyłaś morele.
Katarzyna Żak: - W tym roku się nie przypaliły. Już nie będzie słoików z podpisem "morele przypalone" i "morele niestety bardzo przypalone". Przypaliły mi się, bo poszłam wieszać pranie. (śmiech) A prania nie można powiesić ot tak, to jest cała filozofia.

Reklama

Cezary Żak: - O praniu Kasia mogłaby napisać cały rozdział w książce.

K.Ż.: - Trzeba tak powiesić, żeby szybko wyschło i później było jak najmniej prasowania. W każdym razie pranie tak mnie zaabsorbowało, że zapomniałam o morelach. Ale i tak były smaczne, z cynamonem i wanilią.

Dom ma pachnieć ciastem i konfiturami?
K.Ż.: - Jak najbardziej. Cezary śmieje się z moich moreli, a sam całe lato przygotowuje ogórki małosolne.

C.Ż.: - W dzieciństwie pomagałem nauczycielowi polskiego prowadzić teatr amatorski. Nigdy jednak w nim nie grałem, byłem takim "panem od światła". Pamiętam, że w każdą sobotę wcześniej kończyliśmy próby, bo nasz nauczyciel spieszył się do domu na placek ze śliwkami, który piekła jego żona. Mówił: "W sobotę u mnie w domu zawsze pachnie plackiem". Niemal czułem wtedy ten zapach. Dziś lubię, jak Kasia czasem upiecze w domu ciasto.

Wtedy jest prawdziwy dom... Widzę, że lubicie stare meble.
C.Ż.: - Zawsze myślałem, że stare meble są po prostu ładne, ponadczasowe. Nie wiem, skąd to się wzięło, bo w domach rodzinnych Kasi i moim nie było starych mebli. W latach sześćdziesiątych mieliśmy to, co akurat było w sklepach.

K.Ż.: - U rodziców mojej mamy w Mławie były stare meble, takie z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Pamiętam piękny kredens. Zawsze, kiedy przyjeżdżałam do dziadków, miałam poczucie stabilnego domu, w którym od lat nic się nie zmieniło. Gabinet dziadka, biurko, piękna szafa z lustrem, olbrzymie otomany, stare łóżka. Po dziadkach mam zegar, stoi w naszej jadalni.

C.Ż.: - Źle się czujemy w ascetycznych wnętrzach. Kiedy odwiedzamy znajomych, którzy mają w domach dużo szkła, metalu, brakuje nam w tych wnętrzach duszy.

K.Ż.: - Ostatnio stwierdziliśmy, że skoro zaczęły nam się podobać kryształy, to chyba się zestarzeliśmy. (śmiech)

Podoba mi się, że wiele zdjęć rodzinnych wisi na ścianach. Często trzymamy je w zakurzonych albumach i rzadko do nich zaglądamy, a tak - żyją.
C.Ż.: - Na jednym są moi dziadkowie, którzy mieli majątek w Domaszewiczach za Bugiem, na dawnych ziemiach polskich. Obok zdjęcie z przyjęcia organizowanego przez dziadka rokrocznie na dożynki. Zapraszał okoliczne ziemiaństwo. Podawano lody, które babcia sama kręciła. Przechowywano je w piwnicy w wielkich bryłach lodu z pobliskiego jeziora. Taka przedwojenna lodówka. Pamiętam z opowieści babci, że dziadek kazał zrobić stół z podwójnym blatem. Zobaczył podobny na jakimś przyjęciu w Warszawie. Na dole, na szerszym blacie były talerze, sztućce, a na górnym jedzenie i jakoś to się wysuwało, przesuwało. Stół zrobił wielką furorę wśród okolicznego ziemiaństwa. Dziadek zawsze lubił zaskakiwać szalonymi pomysłami.

K.Ż.: - W salonie powiesiliśmy drzewo genealogiczne, które zrobiła mama Cezarego. Korzenie sięgają 1820 roku.

C.Ż.: - Mojego prapradziadka Ksawerego. Podczas którejś wigilii, jak wszyscy podchodzili do drzewa, usłyszałem: "Babciu, przecież ja się w tym roku nie urodziłem". (śmiech) Ale fajnie, że drzewo jest i zostanie w rodzinie na zawsze. Zrobiliśmy nawet kilka kopii. Bardzo lubimy słuchać rodzinnych opowieści mojej mamy i jej starszej siostry.

K.Ż.: - Dziadek Cezarego był w Legionach Piłsudskiego, brat babci walczył w armii Andersa.

Lubicie czasami zaszyć się w domu i nigdzie nie wychodzić przez kilka dni?
C.Ż.: - Najlepsze wczasy, jak w pięciogwiazdkowym hotelu, i blisko domu. Najbardziej lubimy, jak młodsza córka Zuzia latem pojedzie na obóz, a my z Kasią zostajemy sami. Raj, żadnych obowiązków. Nie pracujemy, zajmujemy się tylko ogrodem i sobą.

Ogród jest niezwykły, w środku lasu.
C.Ż.: - Cały czas się zmienia, coś dosadzam, przesadzam.

K.Ż.: - To konik Czarka. W ogrodzie mamy bardzo dużo sosen, przez co w domu jest ciemno. Czarek martwi się, że kwiaty padają jak muchy. Studiuje kolejne atlasy roślin, sypie jakieś nawozy. Całe lato walczy ze ślimakami, mszycami i wszelkimi plagami w ogrodzie. Jest załamany, że nie potrafię odróżnić oczaru od hortensji. Dla mnie jedno i drugie kwitnie na żółto. Kiedyś mieliśmy w domu akwarium. Czarek chciał je odglonić i przedawkował z roztworem. Ryby nie przeżyły, ale akwarium było czyste.

C.Ż.: - Nieskazitelne, kochanie. Stoi teraz na strychu. Ostatnio marzę o akwarium morskim, takim z koralowcami. O właśnie, zajmę się tym na emeryturze. (śmiech)

K.Ż.: - Na razie mamy ryby w oczku wodnym. Od wiosny do końca października Cezary rano najpierw daje jeść Bercie, naszemu psu, a potem idzie do ogrodu karmić rybki. Cały rytuał. Byliście bardzo młodzi, kiedy braliście ślub. Kasia miała 22 lata, Cezary 24.
K.Ż.: - Ja nawet nie miałam 22. Nasi rodzice byli przeciwni. Mówili, że jesteśmy za młodzi, nieprzygotowani, nieodpowiedzialni. Mama Cezarego w ogóle sobie nie wyobrażała, że on się kiedykolwiek ożeni.

C.Ż.: - Byłem takim synkiem mamusi.

K.Ż.: - Chciała, żeby po skończeniu szkoły teatralnej do niej wrócił i jeszcze trochę pomieszkał.

C.Ż.: - Nasz ślub nie był tak na hura, nie bujaliśmy w obłokach. Kto wie, czy dłuższe narzeczeństwo nie doprowadziłoby do tego, że nasz związek by się rozpadł.

Sami nieśliście fotele do pierwszego mieszkania, bo nie starczyło wam pieniędzy na taksówkę. Nie baliście się, jak będzie?
C.Ż.: - Dostaliśmy służbowe mieszkanko od teatru we Wrocławiu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że znaleźliśmy w komisie meblowym używane, dobrze wyglądające fotele z solidnego, dębowego drewna.

K.Ż.: - Kupiliśmy za resztkę pieniędzy z wesela.

C.Ż.: - Na taksówkę rzeczywiście już nie starczyło. Poprosiliśmy naszego kolegę o pomoc. Dwa fotele trzy osoby mogą nieść. Chcieliśmy jak najszybciej zbudować nasze gniazdo i nic nas nie przerażało.

K.Ż.: - Sami malowaliśmy mieszkanie, skuwaliśmy tynki w łazience.

Pierwszy dom w Warszawie też remontowaliście sami.

K.Ż.: - Za pieniądze ze strychu we Wrocławiu kupiliśmy dom w Sulejówku. Nawet ostatnio znalazłam zdjęcia. Stoję w wykutej dziurze z wiadrem gruzu.

C.Ż.: - Czytałem w "Muratorze", jak postawić ściankę gipsową.

K.Ż.: - Bardzo chciałam dorównać Czarkowi, pokazać, że jestem silna. Chociaż miałam momenty załamania. Wtedy wydawało mi się, że Czarek mnie przytuli, powie coś miłego. A słyszałam: "Nie maż się, nie ma czasu". I to lepiej działało. Takie głaskanie i "dziubdzianie się" nic by nie dało.

C.Ż.: - Nie byłem szorstki i nieczuły, tylko nie chciałem, żeby Kasia rozkleiła się.

K.Ż.: - Pamiętasz, jak kładliśmy ogrzewanie podłogowe w małej łazience?

C.Ż.: - Najpierw styropian, później jakaś siatka, kabel, zalewa się na koniec betonem. Sami ocieplaliśmy dach. Ciężka fizyczna praca, ale prosta. Jak budowanie z klocków.

K.Ż.: - W pokojach dziewczynek kładliśmy panele.

Nie narzekaliście? Nie byliście wkurzeni, że nie macie pieniędzy?
C.Ż.: - Ja w ogóle nigdy nie narzekam. To jest coś najgorszego. I nigdy nie boję się pracy. Nie mieliśmy pieniędzy, więc musieliśmy wiele rzeczy zrobić sami, i tyle.

K.Ż.: - Czasem zdarza mi się tak po babsku ponarzekać, ale Cezary zaraz mi uświadamia, że to jest złe myślenie i droga donikąd.

C.Ż.: - Zawsze uważałem, że należy się cieszyć każdym dniem i tym, co się w życiu ma. Każdą drobnostką, bo to daje siłę i motywację. Początek narzekania był naszym powodem wyjazdu z Wrocławia. Bardzo wierzyłem, że w Warszawie nam się uda i że trzeba próbować, rzucić się na głęboką wodę.

To chyba jedna z fantastyczniejszych rzeczy - dorabiać się wszystkiego we dwoje?
K.Ż.: - To bardzo wzmacnia związek. Wszystko ma dużo większą wartość emocjonalną, bardziej cieszy. Cokolwiek by to było, nawet stara deska do krojenia chleba.

W tym roku będziecie obchodzili 25. rocznicę ślubu. Jakie to były lata?
K.Ż.: - Różne, i to jest fajne. Były też pakowane walizki. Wszystko było. Bez kryzysów nie byłoby wzmocnienia związku, nie nabralibyśmy silnego przekonania, że na pewno chcemy się ze sobą zestarzeć.

Powiedziałaś, że wiele trudnych chwil przetrwaliście dzięki rozmowom.
K.Ż.: - Tego też uczyliśmy się latami. Na początku po prostu się obrażałam. Nie potrafiłam posłuchać, tylko z góry oceniałam i zamykałam sprawę. Cezary mówił: "Teraz się obraź, popłacz". Po kolejnej awanturze zaczęło do mnie docierać, że to bez sensu.

C.Ż.: - Jak jedziemy siedem godzin samochodem, to cały czas gadamy. Jeżeli po 25 latach nigdy się ze sobą nie nudzimy, to chyba nie jest źle.

Jakie macie wady, czego u siebie nie lubicie?
K.Ż.: - Cezary bywa apodyktyczny.

C.Ż.: - Czasem czuję pod skórą, że mam rację, i nie przyjmuję żadnych słów krytyki. A Kasia jest z kolei uparta.

K.Ż.: - Wrodzony pesymizm też bardzo mi przeszkadza. Są dni, kiedy wszystko jest brzydkie, smutne, szare, nic się nie może udać.

C.Ż.: - Mówię Kasi, że życie jest za krótkie, żeby tak myśleć. Ja bardzo szybko zapominam o porażkach. Nie lubię patrzeć wstecz, nie roztrząsam niczego, nie zastanawiam się, czy chciałbym coś zmienić.

K.Ż.: - Pewnie trochę się dobraliśmy na zasadzie przeciwieństw.

C.Ż.: - Różnimy się jeszcze tym, że ja mogę jeść owoce morza codziennie, a Kasia nigdy. Ale dopnę swego, jeszcze je polubisz. (śmiech)

Po tylu latach jeszcze potraficie mówić sobie o uczuciach?
C.Ż.: - Nawet dość często, oboje. W ogóle nie mam poczucia, że coś się wypaliło. Przeciwnie, nasza miłość jest mocniejsza. Już wiele razem przeszliśmy.

K.Ż.: - Cezary jest moim największym przyjacielem. Umiem podzielić się z nim swoją radością, obawami, lękami. Nie tylko dotyczącymi dzieci, rodziny, ale też mnie. Czasem aż trudno mi uwierzyć, że jesteśmy ze sobą już 27 lat, bo jeszcze dwa lata narzeczeństwa.

C.Ż.: - Pamiętam, jak pojechaliśmy z rodzicami i bratem na srebrne wesele stryja na wieś pod Brzegiem Dolnym. Byłem małym chłopcem, a oni wydawali mi się tacy starzy.

Ważne decyzje podejmujecie razem?

C.Ż.: - Te kluczowe, najważniejsze staramy się podejmować razem, na mój wniosek.

K.Ż.: - Cezary jest głową rodziny, przywódcą. Uważam, że w domu, w którym są dwie kobiety plus pies suka i rybki, musi być facet. Bardzo nie lubię zniewieściałych facetów, a Cezary jest stuprocentowym mężczyzną. Cenię go za to, że mocno stąpa po ziemi i chodzi w spodniach. Jak ryknie w domu, to jest to ryk lwa.

Macie swoje rytuały, wspólne śniadania czy niedzielny obiad?
K.Ż.: - Najważniejszą rzeczą w naszym domu jest stół i rozmowy przy nim. Gadamy o wszystkim, czasem żartujemy, kłócimy się.

C.Ż.: - Kiedyś zobaczyłem w czyimś domu gigantyczną kuchnię, w której nie było stołu. Poraziło mnie to. Nawet zapytałem, jak jedzą. Usłyszałem, że nie potrzebują stołu, bo jedzą przy wielkim kuchennym blacie. Na stojąco, bardzo szybko. Nie wyobrażam sobie tego. Kiedy rozłożymy nasz stół, może przy nim usiąść 20 osób.

K.Ż.: - Śniadania oraz obiady w soboty i niedziele zawsze jemy razem. Wspólnie gotujemy. Ja robię sałatę, Zuza makaron i sosy, a Cezary najlepiej z nas smaży mięsa i warzywa. Złapałam się na tym, że za często wyręczałam Olę, nie chcę więc tego błędu powtórzyć z młodszą córką. Mówię Zuzi: "Zrób herbatę, pokrój pomidory, nakryj do stołu" i widzę, że ona się tym cieszy.

Kominek w domu jest ważny?
K.Ż.: - Jak wracam zimą do domu i wiem, że już nie będę jechać do teatru, przynoszę drewno i rozpalam w kominku. Lubię trzaskający ogień, śnieg za oknem. Siadam na kanapie, robię filiżankę ulubionej herbaty, biorę książkę, gazetę albo słucham ulubionej muzyki i mam wtedy poczucie, że właśnie tu jest moje miejsce. Mam swój stół, kanapę, kominek. Jest ciepło, dobrze, miło. C.Ż.: - Każdy w naszym domu ma swoje terytorium. Ja gabinet, Kasia sypialenkę. Kiedy uczę się tekstu czy siedzę przy komputerze, lubię mieć poczucie, że nikt mi tu nie zajrzy, nie przestawi książek, nie przełoży papierów.

Oboje z mężem jesteście bardzo rodzinni. Lubicie z waszymi mamami, kuzynami spędzać różne uroczystości, święta. Starsza córka Ola już tu nie mieszka. Lubi często wpadać?
C.Ż.: - Czasami bywa na niedzielnych obiadach. Zawsze ją zapraszamy na 14.00, ale najczęściej pojawia się o 15.00.

K.Ż.: - Ola mówi: "Żadnych starych mebli w moim mieszkaniu". Na początku chciałam w to ingerować, narzucić swoje wyobrażenia. Cezary bardzo mnie przed tym przestrzegał. I miał rację. Mieszkanie ma być Oli, ona ma się w nim dobrze czuć, sama tworzyć swój dom, swoją historię.

C.Ż.: - Jestem wzruszony, że Kasia przyznaje mi rację. (śmiech)

K.Ż.: - Rodzina daje mi siłę. Spotykamy się kilka razy w roku. Nasze ciocie, wujkowie, kuzyni. Chyba pięć razy urządzaliśmy u nas święta. Przy stole zasiadało dwadzieścia kilka osób. Zawsze wcześniej ustalamy, kto jakie potrawy przygotuje. Ciocia z Olsztyna potrafi uwędzić całego łososia albo halibuta. Pachnie akacjami i wiśniami. Nienaruszony i jeszcze ciepły dojeżdża do Warszawy. Moja mama jest mistrzynią w lepieniu uszek do barszczu: cieniuteńkie, malutkie. Mama Cezarego piecze znakomity pasztet.

C.Ż.: - Same życzenia trwają około godziny. Lubimy ze sobą być, żartować, rozmawiać, wspólnie śpiewać kolędy. Nasz wujek gra na gitarze, Ola i Zuzia na pianinie. Zawsze jest kłótnia, dlaczego pianino jest nienastrojone.

K.Ż.: - To jest dobry czas. Tak niewiele trzeba, żeby zbliżyć ludzi do siebie. Nie ma większej wartości niż budowanie silnych więzi rodzinnych. Oboje z Cezarym wychowaliśmy się w tradycyjnych i konserwatywnych rodzinach. Chcemy, żeby nasze córki wzrastały w poczuciu, że czas mija. Żeby widziały nowe dzieci w rodzinie, to, jak my się zmieniamy, jak dziadkowie się starzeją.

C.Ż.: - Dla mnie święta to też moment zatrzymania się, zastanowienia nad sobą. Mówię to z perspektywy człowieka wierzącego. To, czego uczy nas religia, jest dla mnie niezwykle ważne. Lubię święta w kościele, dzielenie się z bliskimi opłatkiem. Czasem myśleliśmy, żeby wyjechać gdzieś na święta do ciepłych krajów. Ale co będą wtedy robić nasze mamy? Moja mama całe życie skupiała rodzinę. Kiedyś jeździliśmy do niej do Brzegu. Odkąd tata nie żyje, bierzemy to na siebie.

Takie zakorzenienie daje poczucie bezpieczeństwa. Wiem, skąd jestem i że nie jestem sama.
K.Ż.: - Mamy poczucie, że w razie jakiegoś nieszczęścia jest rodzina. Córki nie musiałyby szukać telefonów do wujków i mówić im, kim są. Znają ich od lat, jest między nimi wzajemna bliskość. Jeśli mamy jakieś problemy, ktoś potrzebuje pomocy, nie wstydzimy się do siebie zadzwonić.

Sukces i pieniądze was zmieniły?
C.Ż.: - Rodzina mówi, że nie. Myślę, że podobnie patrzę na świat jak wtedy, gdy dźwigałem fotele. Na dużo więcej rzeczy nas stać, ale pieniądze nie przewróciły nam w głowach. Pewnie też dlatego, że sukces przyszedł dość późno. Wiemy, co to jest czekanie na role i branie chałtur.

K.Ż.: - Mogę bardziej smakować życie. To jedyna zmiana. Mam te same koleżanki od dwudziestu kilku lat, grono tych samych przyjaciół. Cały czas rodzina jest dla nas najważniejsza. Jesteście szczęśliwi?
C.Ż.: - Proszę o następne pytanie.

K.Ż.: - Wszyscy w naszej rodzinie są dziś zdrowi i to jest największe szczęście. Kiedy nasza Zuza miała atak astmy i ponad tydzień byłam z nią w Centrum Zdrowia Dziecka, napatrzyłam się na nieszczęścia innych rodziców. Zobaczyłam twarze matek dzieci chorych na raka i pomyślałam: "Boże, zgrzeszyłabym, gdybym nie była szczęśliwa".

C.Ż.: - Czasem aż się boję mówić o zadowoleniu z życia, o sukcesie, bo zostanę źle zrozumiany. Chwali się, przewróciło mu się w głowie... A powinniśmy pani od razu chóralnie odpowiedzieć: Tak, jesteśmy bardzo szczęśliwi.

Wyobrażacie sobie czasem siebie za 20, 30 lat?
K.Ż.: - Wczoraj rozmawialiśmy o tym na spacerze z psem. Cezary powiedział: "I tak będziemy chodzić z naszą Bertą po lesie". (śmiech)

C.Ż.: - Będziemy za 20 lat taką parą niemieckich staruszków, którzy spacerują z psem i wracają do pustego domu. Zapytałem Kasię: "To będzie smutne?". A ona: "Nie, to będzie fajne. Wrócimy do domu, w którym będziemy się dobrze czuli".

K.Ż.: - Nasz dom kojarzy mi się z jasnością, zielenią. Jak będziemy staruszkami, to rano będzie pachniało kawą, a po południu herbatą i domowym ciastem, Cezary będzie coś sadził w ogrodzie. Przyjadą przyjaciele, córki, wnuki.

C.Ż.: - Sielanka po prostu. (śmiech)

Dom, w którym teraz mieszkacie, jest tym ostatnim?
K.Ż.: - Bardzo bym chciała, żeby był na zawsze. Mamy oczywiście plany zrobienia kolejnego remontu, bo Czarek jest chory, jak betoniarka nie kręci się raz w roku. Musi coś dobudowywać, przebudowywać, wyburzać.

C.Ż.: - Teraz powiem rzecz, która Kasię zaskoczy. Też czuję, że to nasz dom na zawsze, chociaż czasem chciałbym wybudować jeszcze jeden. Na razie planujemy zrobienie zimowego ogrodu.

Katarzyna Żak

Pochodzi z Torunia. Można ją zobaczyć w warszawskich teatrach: Rampa, Komedia i serialu Na Wspólnej. Grała w Miodowych latach, Klanie. W serialu Ranczo oglądało ją 9 milionów widzów. Od kilku lat uprawia jogę. Uwielbia chodzić z mężem do kina na przedpołudniowe seanse. Córka Ola studiuje psychologię, Zuzia jest w I klasie liceum.

Cezary Żak

Zagrał w Cwale K. Zanussiego i Pułkowniku Kwiatkowskim K. Kutza. Ogromną popularność przyniosła mu rola Karola Krawczyka w sitcomie Miodowe lata. W serialu Ranczo wcielił się w postać braci bliźniaków - Wójta i Księdza. Udało mu się uciec od komediowego wizerunku rolą Sauera, oficera SS w Tajemnicy twierdzy szyfrów. Lubi dobre samochody, eleganckie garnitury i polskie morze.

Wywiad pochodzi z książki Wnętrza Gwiazd. Domy Gwiazd. Piękne wnętrza sławnych ludzi, która jest zbiorem niezwykłych wywiadów ze znanymi i wybitnymi postaciami polskiej kultury i sztuki. Rozmowy przeprowadziły Alina Mrowińska i Aleksandra Szarłat.

Wydawnictwo G+J

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy