Reklama

Reklama

Autyzm: Bliski daleki świat

Muay thai i prawdziwy trener

Jaki tata, taka córka

Reklama

- Nie piłuję jej. W domu w ogóle nie ma tematu boksu tajskiego, a rozmawiamy o wszystkim. To dobrze na nią działa, bo na treningi chodzi z przyjemnością i kocha to, co robi - opowiada Rafał o swojej młodszej córce, zawodniczce muay thai.

Julia zainteresowała się sportem, kiedy ojciec ściągnął do Polski wielokrotnego mistrza świata w muay thai Andrieja Kulebina. Miała wtedy 6 lat. Mama chodziła do pracy, więc dziewczynka pojechała na obóz z tatą. Otwierała zawodnikom drzwi, biegała z nimi, naśladowała, kopiąc powietrze. Kulebin jest mistrzem, ale przede wszystkim skromnym, zwykłym człowiekiem. Grał sobie po treningach z Julką w grę planszową, a na pytanie, czy jest gwiazdą, odpowiadał, że gwiazdy ściąga łokciem.

- Zacząłem ściągać go do Polski, co roku, żeby zwodnicy mogli przejąć od niego wiedzę i doświadczenie. Chciałem jechać do Mińska, tam gdzie się urodził i trenuje, ale zawsze coś wypadało, łatwiej go było ściągać, niż tam jechać. Po 6 latach, dzięki akcji crowdfundingowej, pojechałem do stolicy Białorusi z Julią. Pierwszy raz walczyła w mistrzostwach Europy. On, w swoim domu, walczył po raz kilkunasty. Została mistrzynią Europy, Andriej mistrzem. Historia zatoczyła koło - opowiada o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy.

W Mińsku Julia zaskoczyła wszystkich. Bez stresu, z uśmiechem, ubrała się w sprzęt, rękawice, ochraniacze. - Poszła na ring jak do Biedronki po pomarańcze. Zrobiła swoje, a jeszcze przed walką zdążyła mi masaż zrobić, żebym się nie denerwował - śmieje się Rafał.

- Po walce zadzwoniła do mamy. Płakała ze szczęścia i powiedziała, że to najszczęśliwszy  dzień w jej życiu. - Na pewno był, bo każde dziecko chce wygrać, a ona jeszcze jest córką trenera, więc czuła wielką presję. Jasne, że przeżywałem, ale gdy zobaczyłem ją na ringu, po 30 sekundach wiedziałem, że zwycięży. Jak już wszyscy ochłonęliśmy i wracaliśmy do domu, zapytałem ją, dlaczego była taka spokojna. Odpowiedziała: "Tato, ja wiem, że ciężko trenowałam i że byłam dobrze przygotowana" - wspomina dumny ojciec.

Julia chodzi do zwykłej szkoły. Zdaniem taty, nie trenuje zbyt intensywnie. - Dawniej myślałem, że trzeba ćwiczyć codziennie, żeby dużo osiągnąć, byłem młodym, ambitnym trenerem. Teraz wiem, że nie liczy się ilość, ale jakość, wtedy są wyniki. Ważna jest też regularność i systematyczność. Zmieniły się czasy i dzieci się zmieniły. Co mi z tego, że każę dziecku trenować 5 dni w tygodniu i ono będzie czuć się niewolnikiem? Z niewolnika nie ma zawodnika. Wiem, że Julia chce trenować 3 razy w tygodniu, a 4 trening będzie problemem nie dla niej, ale dla szkoły. Ja nie byłem na studiach, ale moje dzieci, jeżeli będą chciały, niech na nie idą. Jak się będą źle uczyć, to jak pójdą? Musi być równowaga - twierdzi Ślusarz.

Czasami dzwonią do niego ludzie. Słyszeli, że jest trenerem od trudnych przypadków, a ich dziecko wyrzucili już z każdego miejsca.

- Nie wyrzucam, dzieci, ale czasami to rodzice są zbyt słabi i za szybko rezygnują. Dziecko może nie chcieć czegoś robić, szczególnie na początku, marudzi. Ale po pewnym czasie widzę, że się przełamuje. Tymczasem syn, czy córka może w domu powiedzieć różne rzeczy, więc dorośli stwierdzą, że mu się nie podoba i nie będą przyprowadzać pociechy na trening. Wolę, żeby moje dziecko mi kiedyś wypominało, że ciągałem je na treningi, niż żeby powiedziało: "Nie pomogłeś mi w życiu i nigdzie nie pokierowałeś". Przyjmuję każde dziecko, bo uważam, że nie ma dzieci niegrzecznych. Są tylko błędy rodziców - komentuje.

Trener nie lubi komputerów. Czasami siada i rysuje odręcznie mapy myśli. Co jest teraz w środku?  

- Nie ma muay thay, nie ma Ślusarza, jest Autyzm Up - mówi i wcale się przy tym nie uśmiecha.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: autyzm i muay thay