Reklama

Reklama

Adam jest moim aniołem

W pierwszym od roku wywiadzie Marta zaskakuje! Nigdy jeszcze nie opowiadała o swoim narzeczonym Adamie Królu, ale dla SHOW zrobiła wyjątek. Zdradza, za co go kocha, i jak wygląda ich wspólne życie. Ale to nie wszystko!

Stęskniliśmy się za tobą...
Marta Żmuda-Trzebiatowska: - Naprawdę? Dziękuję.

Przez rok zero wywiadów, same plotki. Co się z tobą działo?!
- To była moja świadoma decyzja, by nie udzielać wywiadów. Powiem szczerze: czułam, że wszystko przyszło do mnie za szybko, a nie dostałam jeszcze szansy, żeby wykazać się jako aktorka. Uważam, że najpierw trzeba coś zrobić, aby było o czym rozmawiać, więc przez ten rok skupiłam się na pracy.

Reklama

Dużo też podróżowałaś.
- Cztery razy byłam w Stanach. Pierwszy raz w życiu za oceanem. Poleciałam najpierw do Nowego Orleanu. Śliczne małe uliczki, jakby czas stanął w miejscu. W dodatku jazz słychać w każdej knajpce. Teraz w Polsce tęsknię, szukam podobnego nastroju. Niedawno kolega polecił mi płytę "Playing for Change". To jest niesamowity projekt, gdzie słychać muzyków z Nowego Orleanu, Luizjany, Indii i Ghany. Znalazłam wśród wykonawców niewidomego Grandpa Elliotta, którego spotkałam, gdy grał na harmonijce na jednym z placyków przed parkiem w Nowym Orleanie.

Powiedziałaś, że Ameryka cię zmieniła. Na czym to polega?
- Chodziłam sobie po tych magicznych uliczkach, rozmawiałam z ludźmi, uśmiechali się do mnie. Tam ludzie trochę inaczej patrzą i myślą. Prawią bezinteresowne komplementy. I... troszkę się zaraziłam tym ich optymizmem.

Nie miałaś wrażenia, że amerykański optymizm, to tylko maniera?
- Nieprawda. Ludzie powierzchowni są wszędzie, i w Ameryce, i w Polsce. Przez kilka tygodni mieszkałam w Hollywood i owszem, spotkałam "plastikowych" ludzi. Ale jeśli miałabym uogólniać, to my, Polacy, mamy z kolei tendencję do pesymizmu. Janusz Głowacki nazwał to naszą bezinteresowną żółcią.

Tęskniłaś? Zrujnowały cię rachunki za telefony?
- W Los Angeles obchodziłam urodziny, więc nie mogłam sobie odmówić odbierania telefonów. Zrujnowałam się, ale co tam.

Zakupy?
- Gdy wracałam, moja walizka była ciężka, miałam spory nadbagaż (śmiech). Ale to nie jest istotne. Ważniejsze, że dopiero po pobycie w Stanach przestałam mieć do siebie pretensje.

O co miałaś do siebie pretensje?
- Szkołę aktorską kończy się z ideałami. Każdy chce grać Czechowa i Dostojewskiego. A o taki repertuar trudno już nawet w teatrach. Do Polski przyleciałam z pozytywną energią, prosto na plan "Och, Karol 2". Dziś myślę tak: gram w różnych filmach, ale zawsze staram się robić to najlepiej, jak potrafię. Jestem ciekawa, czy ten entuzjazm będzie widoczny na ekranie...

Co robisz w domu, po pracy?
- Nie usiądę, jeśli nie posprzątam. To chyba natręctwo. Potrafię zrobić awanturę o okruszki. Po prostu nie lubię, gdy wstaję rano, a na blacie w kuchni jest bałagan, bo ktoś sobie w nocy zrobił ucztę (śmiech). A kiedy już wszystko posprzątam, lubię usiąść z dobrą książką w moim ukochanym fotelu.

Gdy wracasz z podróży, witają cię kwiaty?
- Oczywiście. Kwiaty, pyszny obiad oraz posprzątane mieszkanie. Dopiero potem, jak zajrzę do jakiejś szafki, okazuje się, że jednak nie jest tak... idealnie. Udaję, że tego nie widzę (śmiech).

Adam cię wspiera?
- Tak, Adam to jest mój anioł! Gdyby nie on, nie dałabym rady udźwignąć wszystkiego. On naprawdę jest niesamowity! Zapytaj którąś z moich koleżanek...

Podobno facetów nie wolno traktować zbyt dobrze, bo oni wolą jędze.
- Nie zgadzam się z tym. Wierzę, że w związku powinna być równowaga. Teraz mówię Adamowi: "Kochanie, od stycznia to ja zmieniam się w kurę domową". Będę gotować obiadki, choć to on jest sto razy lepszym kucharzem ode mnie. My się tak wymieniamy i to jest super. Nie lubię, kiedy Adama przy mnie nie ma. W ostatnim roku musiałam iść bez niego na kilka premier, bo w tym czasie pracował. Oczywiście wtedy prasa spekulowała, że się rozstaliśmy (śmiech). Prawda jest inna, więc takie plotki często już nas po prostu bawią.

Potraficie się pokłócić?
- Oboje mamy temperament.

Kto pierwszy wyciąga rękę do zgody?
- Adam twierdzi, że on! To jednak nie jest prawda. Potrafię rzucić słuchawką, ale nie mam też kłopotu, by za pięć minut zadzwonić i powiedzieć "przepraszam" (śmiech).

Kinga Rusin powiedziała ostatnio, że prawdziwa miłość jest dana w życiu tylko nielicznym szczęściarzom. Zgadzasz się z tym?
- Mogę w odpowiedzi zacytować pisarkę Zofię Gerlach: "Największa dana człowiekowi i osiągalna przez niego możliwość szczęścia kryje się w miłości do osoby, która jest zdolna dużo dać nam z siebie lub nas zrozumieć". Zatem uważam się za osobę szczęśliwą.

W pracy też masz wiele powodów do zadowolenia. W minionym roku zagrałaś w sześciu produkcjach, dostałaś też etat w warszawskim teatrze Kwadrat.
- Dziś już nie potrafię żyć bez teatru. Niedawno zaprosiłam znajomą na spektakl "Kiedy Harry poznał Sally". W taksówce ziewałam po 12 godzinach pracy na planie serialu. Przepraszałam, że jestem w kiepskiej formie i nie zagram najlepiej. Ale gdy tylko weszłam na scenę, gdy kurtyna poszła w górę, a ja poczułam na sobie światła i wzrok widzów, dostałam skrzydeł. Po 15 minutach czułam, że ludzie świetnie się bawią. Nie ma nic piękniejszego po spektaklu, jak widok 400 uśmiechniętych osób. Wtedy czuję, że to, co robię, ma sens.

W filmie "Wygrany" pracowałaś z mistrzem, samym Januszem Gajosem. Jakie wrażenia?
- Pan Janusz Gajos przez siedem lat pracował w teatrze Kwadrat, w czasach, gdy dyrektorem był Edward Dziewoński. Słysząc, że tam pracuję, powiedział mi, że na początku kariery warto pracować w teatrze, w którym gra się komedie. Usłyszałam: "Komedia to piekielnie trudny gatunek i to ci zaprocentuje na przyszłość". Nie od dziś przecież wiadomo, że trudniej widzów rozśmieszyć, niż skłonić do płaczu.

Aby z tobą porozmawiać, przyjechałam na plan serialu "Chichot losu". Lubisz swoją postać?
- Tak, bardzo. Joanna ma pewne wady, ale mimo to "zaprzyjaźniłyśmy się". Gdy dostałam tę propozycję, natychmiast kupiłam książkę Hanny Lemańskiej, na postawie której powstał scenariusz. Sama przeczytałam i podrzuciłam ją mamie, byłam ciekawa jej zdania. Pochłonęła ją w jeden dzień. Spłakała się, uśmiała, i stwierdziła, że to genialna historia. Akurat wtedy dostałam kilka propozycji głównych ról w serialach. Nie miałam wątpliwości, którą wybrać.

Grasz japiszonkę, która nie ma dzieci.
- W życiu mojej bohaterki Joanny pewnej nocy wszystko staje na głowie. Przyjaciółka zostawiła jej pod opieką dzieci i... ginie w wypadku samochodowym. Potem okazuje się, że ich ojciec to nieodpowiedzialny człowiek, a babcia nie ma ochoty na zajmowanie się maluchami. Joanna staje przed trudnym wyzwaniem.

A ty jaki masz kontakt z dziećmi?
- Dobry, od zawsze. Może dlatego, że mam olbrzymią rodzinę. Przy naszym stole wigilijnym siada co roku pięćdziesiąt osób.

Jak ci się udaje kupić tyle prezentów?!
- W moim domu rodzinnym mama robiła na drutach jakąś śliczna sukienkę, a tata strugał karmnik dla ptaków, bo uczył w szkole prac technicznych. Te nasze upominki pod choinką były słodkie, wszystkie trochę kanciaste, ale każdy sprawiał ogromną frajdę. Dziś jest inaczej, ale kupowanie prezentów to nadal radość. Gdy z moim Adamem wchodzimy do sklepów z zabawkami, spędzamy tam pół dnia. Wszystkim zaczynamy się sami bawić, jak małe dzieci.

Jesteś ulubioną ciocią w rodzinie?
- Jasne. Chociaż ze dwa lata temu zdarzyła się dziwna sytuacja. Gdy zaczęłam grać w filmach i przyjechałam do domu na święta, to dzieciaki speszone schowały się za kanapą. Poczułam się głupio, taka "ciocia z telewizji".

Jak ci się pracuje z Mateuszem Damięckim w "Chichocie losu"?
- To czysta przyjemność grać z Mateuszem. Jest fantastycznym kolegą, wspierał mnie w trudnych momentach czy scenach. A poza tym ma niesamowite poczucie humoru, więc często musieliśmy przerywać ujęcie, ponieważ nie mogliśmy opanować śmiechu.

Lubisz swoją pracę?
- Może żyjemy trochę jak cyganie w taborze: ciągle na walizkach, z miasta do miasta, ale najważniejsze to starać się utrzymywać równowagę. Na pierwszym miejscu jest rodzina i przyjaciele. Choć nie powiem, ten rodzaj adrenaliny i wolności bardzo uzależnia...

Czujesz się wykończona po dniu spędzonym na planie?
- Przeciwnie, przez godzinę buzuje jeszcze we mnie adrenalina. Ustawiam, przekładam, sprzątam. Ale po okresie intensywnej pracy wyjeżdżam na porządne wakacje.

Na plażę czy na narty?
- Jestem ciepłolubna. Teraz wychodzę na plan o szóstej rano, kończę około osiemnastej, potem jadę na dwuipółgodzinny spektakl do teatru. Cały czas w sztucznym świetle, bez okien, więc zdecydowanie plaża i słońce!!!

Iwona Zgliczyńska

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Cały wywiad przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 3 stycznia.

Show
Dowiedz się więcej na temat: Marta Żmuda Trzebiatowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje