Dorota Kolak: Miłość na odległość

W jednym mieście mieszka, w drugim pracuje, a w trzecim do niedawna mieszkał jej mąż. Teraz po kilku latach związku na odległość zamieszkali pod jednym dachem i znowu uczą się żyć razem. Jak im idzie?

Powiedziała pani kiedyś, że jest tchórzliwa. Czego się pani obawia?

Reklama

Dorota Kolak: - Boję się agresji i przemocy. Nie mam poczucia, że świat jest bezpieczny. Coraz poważniejsza staje się sprawa uchodźców, sprawa Rosji, Ukrainy. Teraz jest wokół nas strasznie dużo rzeczy, które nie dają poczucia bezpieczeństwa.

Nowego rządu też się pani obawia?

- Okaże się. Życzę im jak najlepiej, bo mam nadzieję, że i mnie wtedy też będzie lepiej.

Wciąż żyje pani w rozjazdach?

- Na tym polega specyfika mojego zawodu. Aktor to zawsze był ktoś, kto zabierał cały swój dobytek i jechał tam, gdzie była praca. Nie ma w tym nic dziwnego. Jest nawet taki przesąd, że jeżeli aktor kupuje szafę, to już koniec jego kariery (śmiech). Bo faktycznie stagnacja, bezruch to jest śmierć. Życie jest ruchem. Cieszę się więc, że jeżdżę, przemieszczam się, ciągle jestem w drodze i w pracy.

Co pani robi w podróży?

- Dużo różnych rzeczy. Przed wyjazdem z Warszawy do domu do Gdańska kupuję nową książkę. Zwykle przez te trzy godziny udaje mi się ją przeczytać. Poza tym uczę się tekstu i myślę o różnych sprawach. Ale dziś chyba przeznaczę ten czas na to, żeby się pogapić przez okno na odchodzącą jesień. Jadąc o piątej rano do Warszawy, widziałam tak niebywały wschód słońca, że żałowałam, że mój telefon robi kiepskie zdjęcia. To było niezwykle dramatyczne widowisko, które warto było uwiecznić.

Wciąż żyje pani z mężem w związku na odległość?

- W tej chwili rzecz jest dość paradoksalna. Żyłam w związku na odległość przez kilka ostatnich lat. To dlatego, że mój mąż był dyrektorem teatru w Kaliszu. Obecnie jest dyrektorem teatru w Gdyni, czyli zaledwie 20 km od Gdańska, gdzie mamy mieszkanie. I... dalej żyję w związku na odległość (śmiech). Bo obecność mojego męża w domu jest rzadka. Dla niego praca jest wielką pasją i radością. Poświęca jej bardzo dużo czasu. A ponieważ nie mamy małego dziecka na wychowaniu, a ja sama też jestem zapracowana, no to cóż...

Ale wreszcie mieszkacie pod jednym dachem.

- Tak. Późnymi wieczorami, kiedy on wraca ze swojej pracy, a ja z przedstawienia, mamy czas żeby pogadać.

Trudno było wytrwać sześć lat w telefonicznym małżeństwie?

- Trudno...

Co było najgorsze?

- Chyba to, że nie mieliśmy wspólnych wieczorów czy poranków, które bardzo lubimy. Teraz pijemy razem kawę i gadamy. Jesteśmy ze sobą. Wtedy były telefony, gadaliśmy, ale na odległość to nie jest to samo. Tego się nie da porównać z porankiem, w którym ja jeszcze śpię, a mój mąż przed wyjściem do pracy przychodzi mnie pocałować na do widzenia. To jest nie do zastąpienia. Oczywiście taka rozłąka też buduje trochę inne relacje i jeśli się to przetrwa, to daje dużo fajnych nowych emocji. Czasem się spotykaliśmy gdzieś w połowie drogi, a to w pociągu, a to w hotelu. To były nasze randki. Ta rozłąka nie była więc taka całkiem pozbawiona ekscytujących wydarzeń.

Gdy już zamieszkali państwo razem, coś panią zaskoczyło?

- Kiedy zamieszkaliśmy na nowo ze sobą, chyba najdziwniejszym odkryciem było to, że jesteśmy tak różnymi ludźmi, jeśli chodzi o pory wstawania i zasypiania. Mój mąż siedzi długo, a ja idę spać dosyć wcześnie. Ja wstaję bardzo wcześnie rano, a on często dosypia. Sowa i skowronek.

Ale pani jako zodiakalny Bliźniak jest chyba dosyć zmienna?

- Jestem dosyć klasycznym przykładem osoby spod tego znaku. U mnie jest bardzo blisko do skrajnych emocji. Moje gusta też są skrajne. Bardzo lubię ciężki dramat psychologiczny, potem dużo, dużo nic, a potem musical. Jeśli chodzi o książki, czytam głównie biografie, wspomnienia, literaturę faktu. Mam problem z powieścią, bo nie zawsze umiem się zatopić w te historie. A na drugim końcu jest poezja. To dosyć skrajne. Podobnie w modzie: lubię wygodę, ale uwielbiam też porządne szpilki (śmiech).

Na ekranie często ma pani wizerunek kobiety doświadczonej przez los. A dziś widzę pewną siebie laskę!

- Dziękuję (śmiech). To fascynujące, że grając mogę dotknąć życia kobiet, które na szczęście muszę sobie tylko wyobrażać. Dostaję role, które wymagają ode mnie zbudowania świata poza moim doświadczeniem.

W "Miłości" gra pani umierającą kobietę.

- Temat odchodzenia jest trudny. W sposób naturalny każdy z nas od niego ucieka. Nie chciałam tego grać z różnych względów, ale reżyser mnie przekonał. Było to jednak bardzo trudne doświadczenie.

Taka rola zmusza pewnie do przemyśleń o śmierci?

- Ostatnio pewna znana aktorka wyznała, że myśli o niej codziennie. Takie podejście do sprawy pozwala paradoksalnie żyć pełnią życia każdego dnia. Ta świadomość, że kiedyś odejdziemy, powoduje, że nie martwimy się na zapas i o błahostki, bo po co, skoro zaraz na głowę może nam spaść cegła? Rozumiem ten sposób myślenia. Ale ostatnio przeczytałam w pewnym tygodniku psychologicznym, że powinniśmy się cieszyć, że umrzemy, bo jest strasznie dużo ludzi, którzy nigdy nie umrą, bo się nigdy nie narodzili. To w pewnym stopniu pocieszająca myśl.

Wciąż jest pani grzeczna i poukładana?

- Zależy w jakim sensie. Owszem, jestem uprzejma, szanuję ludzi, w pracy staram się dawać z siebie wszystko, nie zachowuję się, jakbym była pępkiem świata. Staram się też nie wrzeszczeć i nie przeklinać. W tym sensie owszem, wciąż jestem grzeczna. Ale jeśli pyta pani o to, jak wzrosła u mnie świadomość tego, że muszę walczyć o siebie i upominać się o to, co mi się należy, to już taka grzeczna nie jestem.

Dziś trzeba umieć się przebijać?

- Tak, choć uważam że to przebijanie się, chodzenie po trupach do celu ma krótkie nogi. Jakiś czas temu postanowiłam popracować nad tym, żeby być bardziej przebojową. Ale to nie jestem ja. Odpuściłam. To by nie było ze mną w zgodzie. Nie tak zostałam wychowana. Nie chcę niczego udawać.

To prawda, że lubi pani być krytykowana? To mało typowe...

- Tak, bo to daje mi bodziec do myślenia, analizowania. Ludzie postrzegają różne rzeczy w sposób bardzo różny, czasem skrajnie różny. Krytyka bywa ożywcza.

Osoba z kompleksami, jak mówi pani o sobie, łatwo przyjmuje krytykę?

- Sądziłam, że ktoś taki jeszcze bardziej zaniża poczucie własnej wartości. Zależy od tego, czego dotyczy krytyka i jak jest artykułowana. Bo jeśli ona dotyczy tego, że mam 158 cm wzrostu i w czymś źle wyglądam, albo tego, że się postarzałam, to jest to krytyka, która wzbudza we mnie tylko politowanie i agresję. Ale jeśli już coś dotyczy mojej roli i jej wydźwięku, i jeśli jest konstruktywne, uznaję to za ciekawe i twórcze. Nie obrażam się, tylko słucham z zaciekawieniem. I zastanawiam się, co mogę zrobić lepiej.

Komplementy chyba też się pani zdarzają?

- Hmm... Całkiem niedawno reżyser, którego cenię bardzo wysoko, powiedział coś takiego. Gdy podczas prób do spektaklu rozgorzała dyskusja, uśmiechnął się i powiedział: "Uspokój się, potrafisz". Uspokoiłam się (śmiech). I mam nadzieję, że sprostałam.

Jest pani wykładowcą w Akademii Muzycznej, gdzie uczy pani przyszłych aktorów musicalowych i operowych. Bywa pani ostra?

- Bywam, bo jestem niestety pracoholikiem. I w tym zawodzie wierzę tylko w dwie rzeczy: gigantyczną pracę i gigantyczne szczęście. Tego drugiego moim studentom nie zapewnię, ale wiarę w sens pracy jestem w stanie im przekazać. Nienawidzę lenistwa, uważam to za potworne marnowanie czasu. Powtarzam im więc: "Albo coś robisz i wtedy na maksa, albo nie rób wcale i wtedy jedź sobie gdzieś wypocząć. Jeśli nie masz ochoty, zrezygnuj". Myślę, że wtedy bywam nieprzyjemna.

Czego jeszcze uczy pani studentów?

- Żeby się dokształcali, wciąż uczyli i rozwijali. Panuje krzywdzące przekonanie, że my, aktorzy, nie jesteśmy orłami intelektu. Jest mnóstwo powiedzeń w stylu: "Nie myśl za dużo, graj", "Aktor jest od grania, a nie od myślenia". Te powiedzenia odbierają aktorom poczucie, że myślą i mają mózgi. Uważa się, że my tylko czujemy. Namawiam więc moich studentów, żeby korzystali z mózgów.

Córka poszła w pani ślady i została aktorką. Też daje jej pani cenne rady?

- Niestety, tak (śmiech). Ostatnio doszło do dyskusji, bo gramy razem w przedstawieniu. Coś usiłowałam jej uświadomić. Że może by spróbowała coś zrobić inaczej, w innych rytmach. Najpierw doszło do krótkiej, acz ostrej wymiany zdań, ale to u nas na szczęście trwa krótko. A potem Kasia przemyślała i spróbowała. Ale na koniec i tak oznajmiła: "Nie wiem, czy tak zrobię". Mimo wszystko cieszę się, że spróbowała.

Kiedy czuje się pani szczęśliwa?

- To są momenty. Strasznie lubię, kiedy wyjeżdżamy z mężem na wakacje. Mamy wtedy czas dla siebie i jedziemy do "zielonego". Jest też taki krótki moment, kiedy po premierze schodzę do garderoby. Już się skończyły ukłony, a jeszcze nie idę na bankiet. Siedzę w garderobie i ten moment ciszy, wydechu, poczucia, że skończyło się to pchanie kamienia pod górę i że teraz już będą z grania same przyjemności, ta ulga pomieszana z radością - to wszystko jest bardzo fajne. Pęka wreszcie balonik z oczekiwaniami, presja już na mnie nie ciąży, już "poszło". I nieważne, czy było świetnie czy średnio. To uczucie trwa może 10 minut. To czas samotności.

Chyba nie przepada pani za premierami?

- Nie cierpię! Ta presja, te oczekiwania są przytłaczające. Aktor gra najlepiej wtedy, kiedy jest rozluźniony i odprężony. W pełni świadomy i skoncentrowany, ale nie zdenerwowany. Kiedy mogę być skoncentrowana, ale jednocześnie panuję nad wszystkim. Wtedy mam z tego radość.

Zdarza się pani pokłócić z reżyserem?

- Tak, ale mam wrażenie, że te kłótnie wynikają z tego, że dużo pracuję w domu. Często to, co wymyślę w domu, to, co sobie przepracuję, co mi się wydaje sensowne, nie zawsze się łączy z tym, czego chce ode mnie reżyser. A że jak mówi mój mąż, ja mam taki guzik, który jak się wciśnie, nagle wybucham jak bomba, to bywa, że emocjonalnie i zbyt gwałtownie reaguję. I to jest ten moment, kiedy pojawiają się spięcia. Zwykle jednak, na szczęście, dochodzimy do konsensusu.

Duże emocje wywołała pani rola w spektaklu "Słodki ptak młodości". Pojawiła się pani na scenie topless. Dużo to panią kosztowało?

- Traktuję ciało jak kostium. Muszę się tylko na to zgodzić, mieć poczucie, że to buduje wizerunek postaci, że coś mówi o tym człowieku. Że to ma istotne znaczenie. W tym spektaklu mam wrażenie, że miało. Ta starzejąca się kobieta jest tak rozsypana emocjonalnie, że to stare ciało, które bezwstydnie pokazuje, jest czymś, co bardzo dużo o niej mówi. To wbrew pozorom nie kosztuje dużo. Podchodzę do tego normalnie.

Największe wyzwanie aktorskie?

- Czeka na swoją premierę. To film "Mały Jakub" w reżyserii Mariusza Bielińskiego. Gram w nim babcię, a więc kogoś jeszcze starszego od siebie. Bardzo jestem ciekawa efektów tej pracy. To było trudne do zagrania. I przyznam szczerze - ryzykowne. Film jest teraz w postprodukcji.

Z której ze swoich licznych ról jest pani najbardziej dumna?

- W jakimś sensie wciąż na nowo przeżywam "Matkę" Witkacego. Zagrałam ją będąc czterdziestokilkuletnią kobietą. To było trochę za wcześnie, ale jednocześnie był to taki czas, kiedy zaczynało się moje starzenie. Był to też moment rozliczeniowy. Aktorki jak wiadomo nie grywają do emerytury. To się zdarza, ale nieczęsto. To był dla mnie przełomowy moment, kiedy spojrzałam z perspektywy na swój zawód i zadałam sobie pytanie, czy było warto. Być może z powodu tego specyficznego okresu w moim życiu ta "Matka" we mnie ciągle tkwi, ale zawsze najbliższa jest aktorowi rola, którą zagrał ostatnio. W moim przypadku to jest spektakl "Kto się boi Virginii Woolf " i rola Marty.

Powiedziała pani kiedyś, że bardzo późno zbudowała poczucie własnej wartości. Dlaczego tak długo to trwało?

- Uważam, że to wynika z wychowania. Ktoś bardzo mądry powie - dział, że pokolenie moich rodziców było tak strasznie zajęte tym, żeby nas w ogóle utrzymać, wykształcić i dać nam jeść, że nie zajmowało się takimi drobiazgami jak dowartościowywanie nas. Dopiero moje pokolenie ma na to czas. Pokolenie moich rodziców pracowało zwykle na dwóch etatach. Biegało z pracy do pracy, stało w kolejkach, prało w rękach, gotowało codziennie, bo nie było lodówek. Kiedy oni mieli czas na to, żeby zająć się budowaniem poczucia wartości swoich dzieci? Żeby było jasne, nie mówię tego w tonie pretensji - ja to w pełni rozumiem. Tak wtedy po prostu było.

Domyślam się więc, że kiedy sama została pani mamą, unikała pani pewnie tego błędu?

- Starałam się przynajmniej. Moje pokolenie jest kompletnie inne niż moich rodziców. Jest też wyjątkowe. Bo my świadomie dotknęliśmy PRL-u. I bardzo też świadomie żyjemy w nowej Polsce. To jest rzeczywiście coś, co moje pokolenie i to troszkę młodsze odróżnia. Pamiętam bardzo dokładnie kolejki, które ustawiały się przed świętami po jajka. Przydzielano cztery na głowę, więc stałam w kolejce z siostrą i mamą. Dziś jestem świadoma, że wchodząc do sklepu, jesteśmy zawaleni tym dobrem, które się wręcz wylewa ze sklepowych półek. Frustracja wyboru. Jest taka scena w filmie "W pułapce wojny" - żołnierz po powrocie z frontu stoi przed sklepową półką z płatkami śniadaniowymi i czuje się przytłoczony ich ilością. Mnie to też niejednokrotnie przytłacza. Problemem psychicznym zaczyna być wybór tego, co kupić. W sklepie jest 80 rodzajów herbat i którą tu wybrać?

Dlaczego mówi pani o sobie: "Jestem nieciekawym szarym człowiekiem"?

- Tak myślę, bo mam dosyć unormowane życie rodzinne, unormowane życie zawodowe, a skandale nie są moją specjalnością.

Kino upomniało się o panią późno. To frustrujące?

- Nie, bo nie odczuwałam tego braku. Kończąc szkołę, wiedziałam, że będę aktorką teatralną. Za niczym innym nie tęskniłam, o niczym innym nie marzyłam. Teatr był całym moim światem. Z pełną zgodą weszłam w ten świat. Jeśli coś mnie w ogóle bolało, to marzenie, by zagrać wszystko co można, a tak się, niestety, nie dało (śmiech). A to, że po latach pojawiły się role w filmach, było faktycznie czymś niezwykłym. Nagle sobie uświadomiłam, że to jest przecież fantastyczne medium.

Pierwszą falę popularności przeżyła pani przed laty dzięki występowi w serialu "Radio romans".

- Temu serialowi zawdzięczam wszystko, co umiem. Musiałam się nauczyć pracy z kamerą, pracy na planie. Gdyby nie ten serial, pewnie byłoby mi bardzo trudno stanąć przed kamerą np. u Mariusza Grzegorzka (w filmie "Jestem twój" - przyp. red.). Tam to się zaczęło.

Czym jest dla pani sukces życiowy?

- Dziś myślę, że jest nim to, że budzę się rano i mam prawo się uśmiechnąć. Wstaję nawet, jeżeli mnie coś boli, bo ma prawo mnie pobolewać. Cieszę się z tego, że mogę w każdej chwili zadzwonić do moich bliskich i z nimi porozmawiać. Mam się z czego cieszyć.

Czy jest coś, o czym pani dzisiaj marzy?

- Teraz jest taki moment, kiedy marzę o nowym wyzwaniu, o jakiejś nowej, trudnej, karkołomnej i fajnej roli filmowej. Teraz jest kolej na film.

Justyna Kasprzak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje