Taki numer wykręciłam

Zamiast sprzątać pracownię chemiczną, rozkręcała w niej imprezy! A przed pierwszym występem na scenie zabarykadowała się w garderobie.

Dziesięcioletnia Beata wraca ze szkoły. Rzuca w kąt tornister, w biegu pochłania obiad. Błyskawicznie odrabia lekcje i... pędzi na podwórko. "Spędzałam na dworze każdą wolną chwilę" - śmieje się po latach. "Mieliśmy bandę, z którą penetrowaliśmy zaułki Lublina" - wspomina. Beata i jej kompani uwielbiali spędzać czas na lubelskiej starówce i na zamku. Lubili też odkrywać "tajemne przejścia" w swoim mieście. "Wkrótce znałam każdy kąt i każdą bramę Lublina" - śmieje się artystka.

Beztroskie dzieciństwo

Reklama

"Nasze mieszkanie było małe, ale bardzo ciepłe i pełne miłości" - wspomina gwiazda. Tata Beaty miał firmę budowlaną. Mama zrezygnowała z pracy, by zająć się dziećmi. A trzeba przyznać, że miała pod opieką trójkę prawdziwych urwisów! "Mieliśmy przeróżne pomysły. Kilka razy zdarzyło

nam się na przykład zamknąć naszego brata w tapczanie" - wspomina piosenkarka. Biedny Jarek w starciu z dwiema krnąbrnymi siostrami nie

miał najmniejszych szans. "Oczywiście do czasu, aż podrósł. Później już się nie dał" - przyznaje Beata.

Jarek był od niej starszy o pięć lat, Mariola o całe osiem. Swego czasu różnica wieku utrudniała im relacje: "W pewnym momencie w Marioli

zaczęli się kochać chłopcy. Przychodziły też do niej koleżanki i urządzały sobie narady. Nigdy mnie nie zapraszali! A mnie tak bardzo interesowało to dorosłe życie" - żali się Beata. Dziewczynka bardzo chciała uczestniczyć w spotkaniach siostry. Zamiast tego słyszała jednak: "Ogonków nie bierzemy". "Oj, bardzo to przeżywałam" - śmieje się po latach.

W szkole podstawowej okazało się, że czasem fajnie jest mieć starsze rodzeństwo. Szczególnie starszego brata. "Kiedy tylko któryś z chłopaków

mi dokuczał, odgrażałam się: Mój brat ci pokaże! i zawsze skutkowało" - mówi Beata. Jarek grał na gitarze. "Często więc śpiewaliśmy w domu" -

wspomina. "Odbywały się występy przed rodziną, czego oczywiście bardzo nie lubiłam". Pod koniec szkoły podstawowej Beata na dobre zakochała się w muzyce. "Zamiast sprzątać pracownię chemiczną, rozkręcaliśmy w niej z kolegami potańcówki. Ciocia mojej koleżanki mieszkała w Anglii i przysyłała jej najnowsze płyty. Te, których w Polsce nie było. To była przygoda! Otwierały nam się oczy i uszy na coś nowego i niesamowitego".

Zawsze coś się działo

W szkole podstawowej Beata poznała przyjaciółkę od serca. "Nazywała się Halina Kubarska i miała pseudonim Kuba. Za każdym razem jak do niej szłam, wołałam: Mamo, będę później, bo umówiłam się z Kubą. W końcu tata się zaniepokoił i zaczął mnie wypytywać: Co to za Kuba? Czy nie za wcześnie na sympatię?. Pokładałam się ze śmiechu, tłumacząc, że Kuba to tak naprawdę Halina". Przyjaźń z Kubą przetrwała wiele lat. Stanowiły zgrany duet. Co i rusz wpadały na kolejny szalony pomysł. "Zawsze coś się działo" - wspomina Beata. W liceum dziewczynom spodobał się pomysł obozów wędrownych. Młodzież z jednego miasta szła z plecakami do innego. Wspólnie rozbijali namioty i urządzali ogniska. "Dzięki tym obozom zwiedziłam dużą część południowej Polski. Wspaniale to wspominam".

W liceum Beata przeżyła pierwszą miłość. "Zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Kiedy go zobaczyłam, od razu przeprowadziłam wywiad

środowiskowy. Wypytałam wszystkie koleżanki, kim on jest i co robi" - śmieje się. Okazało się, że obiekt jej westchnień to gitarzysta szkolnego

zespołu. "Pomyślałam, że trzeba się tam jakoś wkręcić" - żartuje. Beata na dobre rozpoczęła przygodę z muzyką. Razem z kolegami z zespołu brała udział w szkolnych akademiach i imprezach. "Ostatecznie z miłości nic nie wyszło, ale dzięki niej weszłam do muzycznego świata".

Wkrótce stworzyła duet razem z bratem. Dawali minirecitale w domu kultury i w domach studenckich. Podczas jednego z tych występów podszedł do nich Andrzej Pietras, 24-letni student. "Był przyjacielem mojego brata. Po naszym występie stwierdził, że bardzo podoba mu się, jak brzmimy. Zaproponował, żebyśmy założyli zespół". Dalej wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Piechotą do lata

Andrzej zorganizował miejsce na próby, znalazł też kilku chłopaków do zespołu. Następne cztery miesiące były dla młodych debiutantów niczym sen. "Zaczęło się od przeglądu w Świdniku, zajęliśmy tam trzecie miejsce. Później na konkursie piosenki w Toruniu dostaliśmy się do złotej dziesiątki, która w nagrodę pojechała na festiwal do Opola. Miałam wrażenie, że śnię" - wspomina. 17-letnia dziewczyna stanęła na scenie opolskiego amfiteatru. Dopiero dziś zdradza, że na scenę wbiegła w ostatniej chwili, bo... uciekała przed stylistami! "Chcieli mnie ubrać w długą elegancką suknię i ani myśleli słuchać moich protestów. Zabarykadowałam się więc w garderobie i wybiegłam, jak już zapowiedziano nasz występ. Taki numer wykręciłam!" - chwali się.

Kiedy skończyła śpiewać "Piechotą do lata", rozległy się gromkie brawa. Ludzie wstali i nie pozwolili jej zejść ze sceny przez kilka minut. "Tego uczucia nie da się opisać" - uśmiecha się artystka.

Wtedy w Opolu narodziła się miłość Beaty i Andrzeja. "Jakiś czas później po raz pierwszy w życiu okłamałam rodziców i powiedziałam im, że jadę z Andrzejem do jego cioci do Gdyni"- wspomina. Tak naprawdę pojechali pod namiot na Hel. "To były cudowne chwile. Pamiętam, że młodzież, która rozbiła się w pobliżu, cały czas puszczała nasz kawałek. To było niesamowite".

Kiedy Beata i jej zespół odnieśli pierwszy sukces, rodzice nie kryli wzruszenia. Wcześniej martwili się, czy córka wybrała właściwą drogę. "Pamiętam, że mój tata zapytał mnie: Ale czy z tej muzyki da się wyżyć?". "Będzie dobrze" zapewniała go. I miała rację.

Justyna Kasprzak

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 30 stycznia!

Dowiedz się więcej na temat: Beata Kozidrak | Bajm

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje