Reklama

Reklama

Żywot amanta

Ale nie wszystko działo się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Debiutował zaraz po wojnie, w "Zakazanych piosenkach" w 1946 roku. Ujęcie trwało trzy sekundy. I choć kierownik produkcji powiedział mu wtedy, że jako aktor ma przed sobą świetlaną przyszłość, Łapicki długi czas pozostawał jednym z wielu, którzy czekają na swoją wielką szansę.

Reklama

"Przez następne lata grałem takie rzeczy, że określenie mało ciekawe jest eufemizmem", wspominał po latach. W końcu przyszły pierwsze sukcesy, a takie filmy jak "Salto" (1965) Konwickiego i "Wszystko na sprzedaż" (1968) Wajdy, zapewniły Łapickiemu pozycję w filmowej ekstraklasie.

Jego znajomi twierdzą, że zawsze miał w sobie pewną nonszalancję. Dzięki temu, jako pierwszy w polskiej kinematografii, dorobił się krzesła z własnym nazwiskiem na planie. Namówił pracowników technicznych, a ci za pół litra wymalowali mu je na oparciu. "Normalnie to aktor nie miał gdzie usiąść, skrzynkę mu dawali", opowiada.

Nago na planie

Łapickiego wielokrotnie wypytywano o pracę nad scenami miłosnymi w jego filmach. Mówił bez skrępowania, że w polskim kinie wyglądają niezgrabnie i że wielu reżyserów wstydliwie ucieka z planu, kiedy trzeba nagrać "coś nagiego". Twierdził, że zawsze lepiej takie sceny gra się z aktorką, która podoba się jako kobieta. Mówił, że sytuacja, kiedy aktor myśli: "Byłoby miło, gdyby", pomaga, a jeśli reaguje: "Ojej, tylko nie z tą!", nic dobrego z takiego grania nie wyjdzie. O scenie z Ewą Krzyżewską w filmie "Zazdrość i medycyna" opowiada: "Miała wejść goła, tyłem do kamery, do mnie przodem. Charakteryzatorki strasznie długo ją przygotowywały. Czekam i czekam. Kamera już ruszyła, żeby sfilmować moje pełne zachwytu i żądzy spojrzenie....

Wreszcie wchodzi. Patrzę, a ona w najbardziej intymnych miejscach poprzyklejała sobie plastry. Różowe plastry opatrunkowe z kawałkami waty! Dwa na piersiach i jeden duży niżej. Wyglądało to obrzydliwie, jak w szpitalu albo jeszcze gorzej. Wybuchnąłem śmiechem. W końcu to z niej zdarli. Tłumaczyła się, że mąż jest bardzo zazdrosny".

Kobiety mdlały

Anna Dymna doskonale pamięta, jak razem grali w "Jak daleko stąd, jak blisko". Ona była wtedy studentką szkoły aktorskiej, a on dziekanem. Była przerażona, patrzyła na niego jak na bóstwo. A on wtedy: "Córeczko, no to ja jestem Andrzej. Mówmy sobie na ty". Pomyślała: "Jak to? Przecież mi nie wypada". Po raz pierwszy zrozumiała wtedy, co znaczy partner na planie. "To była magia. Dzięki niemu uwierzyłam mocniej w siebie. Owszem, Łapicki tym profesjonalista i taki zwyczajny, skromny człowiek. Nie uwodził mnie, bo wiedział, że chyba bym umarła", opowiada aktorka w rozmowie z SHOW.

Dowiedz się więcej na temat: żona | aktor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje