Reklama

Reklama

Żywot amanta

Już w latach 90. wycofał się z zawodu, grał tylko sporadycznie. Nie chciał, żeby ostatnią myślą, jaka przyjdzie mu do głowy, było: "Ósma. Teraz wychodziłbym na scenę i miałbym brawa", napisał w książce "Po pierwsze zachować dystans".

Poza aktorstwem i uwielbieniem tłumów, Andrzej Łapicki dostrzegał w życiu ważniejsze sprawy. Takie jak miłość. Kobiety zawsze były dla niego na pierwszym planie.

Fanki rozmawiają z żoną

Już na początku kariery zaszufladkowano go jako amanta. Grał z najpiękniejszymi aktorkami: Kaliną Jędrusik, Ewą Krzyżewską, Beatą Tyszkiewicz, Anną Dymną... Łapicki nie walczył z tą etykietą. Mówił: "W byciu amantem jest coś dwuznacznego, niepoważnego. Przede wszystkim jest się znienawidzonym przez mężczyzn. (...) Ponieważ to jednak kobiety decydują, stanowią większość widowni, więc ratują biednego amanta. Dodają mu otuchy, ma poparcie".

Reklama

Pytany, czy rosnąca popularność miała wpływ na jego życie prywatne, odpowiadał przewrotnie, że jeśli jakaś fanka zdobyła jego numer telefonu i dzwoniła do domu, to rozmawiała z jego żoną. A ona zawsze była w rozmowie bardzo uprzejma.

W latach 50. i 60. Andrzej Łapicki cieszył się w Polsce nie mniejszą popularnością niż hollywoodzcy aktorzy: Marlon Brando i Kirk Douglas. Istnieją dziesiątki anegdot traktujących o uwielbieniu, jakim darzyły go wielbicielki. Jak ta z lat 50. Do Łapickiego zadzwonił pewien mężczyzna. Nalegał na pilne spotkanie, umówili się.

Aktor wspominał po latach: "Podchodzi do mnie facet, taki drobny urzędnik, od razu widać, że nieudacznik. "Jak się cieszę, że pana poznałem! Jest taka sprawa, że moja żona jest w ciąży". A ja na to: "Winszuję panu, ale nie sądzę, żeby była w ciąży ze mną". Wtedy pokazał mi zdjęcie żony, ale nie skojarzyłem. Mężczyzna był niesłychanie zawiedziony: "Pana zdjęcie stoi u niej przy łóżku, ciągle się w nie wpatruje. I co ja mam teraz zrobić? Wie pan, ja strasznie żałuję, bo po panu to bym wziął".

Dobrze urodzony

Już od chwili narodzin Andrzeja Łapickiego jego bliscy przekonani byli, że będzie postacią wybitną. Gdy był chrzczony w parafii św. Michała w Rydze, ksiądz powiedział jego matce, że syn zostanie prezydentem Polski. Pomylił się. Łapicki został aktorem, reżyserem teatralnym, rektorem Szkoły Teatralnej, szefem ZASPU-u i w końcu posłem na Sejm w pierwszych wolnych wyborach w 1989 roku.

Ale nie wszystko działo się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Debiutował zaraz po wojnie, w "Zakazanych piosenkach" w 1946 roku. Ujęcie trwało trzy sekundy. I choć kierownik produkcji powiedział mu wtedy, że jako aktor ma przed sobą świetlaną przyszłość, Łapicki długi czas pozostawał jednym z wielu, którzy czekają na swoją wielką szansę.

"Przez następne lata grałem takie rzeczy, że określenie mało ciekawe jest eufemizmem", wspominał po latach. W końcu przyszły pierwsze sukcesy, a takie filmy jak "Salto" (1965) Konwickiego i "Wszystko na sprzedaż" (1968) Wajdy, zapewniły Łapickiemu pozycję w filmowej ekstraklasie.

Jego znajomi twierdzą, że zawsze miał w sobie pewną nonszalancję. Dzięki temu, jako pierwszy w polskiej kinematografii, dorobił się krzesła z własnym nazwiskiem na planie. Namówił pracowników technicznych, a ci za pół litra wymalowali mu je na oparciu. "Normalnie to aktor nie miał gdzie usiąść, skrzynkę mu dawali", opowiada.

Nago na planie

Łapickiego wielokrotnie wypytywano o pracę nad scenami miłosnymi w jego filmach. Mówił bez skrępowania, że w polskim kinie wyglądają niezgrabnie i że wielu reżyserów wstydliwie ucieka z planu, kiedy trzeba nagrać "coś nagiego". Twierdził, że zawsze lepiej takie sceny gra się z aktorką, która podoba się jako kobieta. Mówił, że sytuacja, kiedy aktor myśli: "Byłoby miło, gdyby", pomaga, a jeśli reaguje: "Ojej, tylko nie z tą!", nic dobrego z takiego grania nie wyjdzie. O scenie z Ewą Krzyżewską w filmie "Zazdrość i medycyna" opowiada: "Miała wejść goła, tyłem do kamery, do mnie przodem. Charakteryzatorki strasznie długo ją przygotowywały. Czekam i czekam. Kamera już ruszyła, żeby sfilmować moje pełne zachwytu i żądzy spojrzenie....

Wreszcie wchodzi. Patrzę, a ona w najbardziej intymnych miejscach poprzyklejała sobie plastry. Różowe plastry opatrunkowe z kawałkami waty! Dwa na piersiach i jeden duży niżej. Wyglądało to obrzydliwie, jak w szpitalu albo jeszcze gorzej. Wybuchnąłem śmiechem. W końcu to z niej zdarli. Tłumaczyła się, że mąż jest bardzo zazdrosny".

Kobiety mdlały

Anna Dymna doskonale pamięta, jak razem grali w "Jak daleko stąd, jak blisko". Ona była wtedy studentką szkoły aktorskiej, a on dziekanem. Była przerażona, patrzyła na niego jak na bóstwo. A on wtedy: "Córeczko, no to ja jestem Andrzej. Mówmy sobie na ty". Pomyślała: "Jak to? Przecież mi nie wypada". Po raz pierwszy zrozumiała wtedy, co znaczy partner na planie. "To była magia. Dzięki niemu uwierzyłam mocniej w siebie. Owszem, Łapicki tym profesjonalista i taki zwyczajny, skromny człowiek. Nie uwodził mnie, bo wiedział, że chyba bym umarła", opowiada aktorka w rozmowie z SHOW.

Natomiast Krystyna Janda wspomina, że kiedy przyszła do PWST i zobaczyła z bliska Łapickiego, prawie zemdlała. W swoim felietonie pisze: "Do dzisiaj postrzegam go jako wrażliwego inteligenta, finezyjnego, przewrotnego, a równocześnie gorzkiego". Sam aktor już podczas egzaminów był przekonany, że Janda będzie wielką aktorką. Śmiał się, że miała bardzo długie nogi i nosiła modne mini, co nie podobało się kadrze płci żeńskiej. Kibicował jej na studiach, a potem zaangażował do teatru.

Żona to... przyjaciel

Znajomi aktora twierdzą, że kobiety są dla Andrzeja Łapickiego niesłychanie ważne, zawsze na pierwszym miejscu. Pierwsza żona, Zofia Chrząszczewska-Łapicka, zmarła prawie cztery lata temu. Spędzili razem kilkadziesiąt lat życia. Zofia była dla niego oparciem. Sam Łapicki nazywał ją kapitanem i swoim największym przyjacielem. Jak każdy artysta miewał swoje "dołki". Ona nigdy nie traciła nadziei, że wszystko się ułoży.

Kiedy jeszcze żyła, w swej książce "Po pierwsze zachować dystans" Łapicki pisał: "Przypływam do tego portu czasami z poobijanymi bokami, po sztormach, ale zawsze ten port jest. (...) Żona żyła tylko moim życiem, nie pracowała. Przed wojną to się nazywało, nawet było napisane w paszporcie, "przy mężu". Zofia Chrząszczewska miała silny charakter, była wesoła, towarzyska, wyrozumiała. Słowem: spajała całą rodzinę.

Łapicki śmiał się, że poznali się przy kieliszku. Kiedy brali ślub, ona była młodą wdową, miała syna. Łapicki adoptował Grzesia. Dziś, ze względu na dzielącą ich odległość (syn mieszka w USA), mają sporadyczny kontakt. Sam Łapicki twierdził, że lepiej dogadywał się z dziewczynkami. W jego życiu są jeszcze dwie bardzo ważne kobiety: jedyna córka - Zuzanna Łapicka i ukochana wnuczka - Weronika Olbrychska. Na pytanie, jaki był ich dom rodzinny, znajomi odpowiadają, że typowo inteligencki. Sam aktor podkreśla, że nie przepadał za niedzielnymi obiadkami i nie lubił drobnomieszczańskich rytuałów. "Żona wiedziała, że nie należy mnie za bardzo krępować", opowiada.

"Miałem pewne przyzwolenie na szaleństwa, na życie nocno-knajpiane, które jest związane z moim zawodem". Twierdził, że z natury jest poukładany i dokładny, po ojcu. Dlatego szaleństwa uważał za niezbędne dla siebie jako aktora.

Na wieki wieków amant

Dziś zewsząd słyszy się, że takich jak Andrzej Łapicki już nie ma. Mężczyzna z wielką klasą, przystojny, dowcipny... Przechodząc na emeryturę, aktor wymienił kilka dobrze zapowiadających się na kinowego amanta nazwisk: Rafał Królikowski, Artur Żmijewski, Piotr Adamczyk. Miał też swój przepis na to, jak dobrze pełnić tę funkcję. Mówił: "Trzeba się naprawdę kobietami interesować. Bo one to od razu wyczuwają". Trudno jednak nie zgodzić się z opinią, jaką kiedyś wygłosił o Łapickim bodajże profesor Aleksander Bardini: "Na wieki wieków amant".

Iwona Zgliczyńska

Więcej informacji znajdziesz w magazynie o gwiazdach SHOW

Show

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: żona | aktor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje