Reklama

Reklama

Chcieć, znaczy móc?

Gdy już straciliśmy nadzieję, mąż wspomniał o metodzie in vitro. Długo o tym rozmawialiśmy, bo kłóciło się to z naszym światopoglądem. Ale w końcu zdecydowaliśmy się.

Pochodzę z bardzo religijnej rodziny, podobnie jak mój małżonek. Śpiewałam w scholi, mąż był ministrantem. Zaraz po ślubie nasze mamy zaczęły wspominać o wnuku. Bardzo chcieliśmy mieć dzieci, tworzyć szczęśliwą rodzinę. Ale okazało się, że nie mogę zajść w ciążę. Nieważne, z czyjego powodu. Chodziliśmy na pielgrzymki w intencji poczęcia. Odwiedzaliśmy wielu lekarzy, byliśmy w różnych klinikach. Nasze mamy modliły się każdego dnia. Nic z tego.

Reklama

Po dziesięciu latach, gdy już straciliśmy nadzieję, mąż wspomniał o metodzie in vitro. Długo o tym rozmawialiśmy, bo kłóciło się to z naszym światopoglądem. Ale w końcu zdecydowaliśmy się. W tajemnicy przed rodziną. Wzięliśmy na kredyt i podjęliśmy próby. Udało się za trzecim razem. Moja mama myśląc, że jej modły przyniosły skutek, z radości przekazała na kościół kwotę, chyba nie mniejszą niż kosztowało nas in vitro...


Nasz Kubuś był cudownym dzieckiem. No, może trochę niegrzecznym, ale uważałam, że to przez nadmierne rozpieszczenie przez babcie... Po dwóch latach, w święta, postanowiliśmy powiedzieć prawdę. To był szok. Omal nie doszło do awantury. Nasi rodzice ochłonęli dopiero po tygodniu. Nie wiem, czy uznali, że ważniejsze jest jednak nasze szczęście. W każdym razie wymogli na nas, że nikomu więcej o tym nie powiemy.


Z czasem przestali o tym wspominać. Natomiast Kubuś zaczął sprawiać coraz większe problemy. W szkole był krnąbrny, nie stosował się do żadnych zasad. Skupiał się tylko na tym, na czym chciał. I były to dziwaczne zainteresowania. Czytał wszystko o górach. Szybko posiadł prawie specjalistyczną wiedzę! I zamykał się w swoim świecie. Byliśmy z nim u psychologa, psychiatry. W końcu usłyszeliśmy diagnozę: zespół Aspergera, łagodna odmiana autyzmu. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Zaczęliśmy o tym czytać i ogarnęło nas przerażenie. 


Nasi rodzice najpierw to wyśmiali. Potem oskarżyli nas: to wszystko przez in vitro! Nasze życie zamieniło się w koszmar. Zastanawiam się, czy dobrze zrobiliśmy, przyznając się im do zastosowania tej metody. Teraz mamy problem z dzieckiem, a ze strony rodziny spotyka nas wrogość.


Agnieszka, 36 lat



Chwila dla Ciebie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje