Reklama

Reklama

​Czy to źle, że uwodzę własnego męża?

Jesteśmy z Bogdanem małżeństwem od 14 lat.

 Dobrze się dobraliśmy, zawsze umieliśmy się dogadać. Niestety, już dawno zauważyłam, że do naszego związku wdarła się rutyna i żyjemy tylko codziennymi obowiązkami. A gdzie się podziała dawna czułość? Miłe słowa czy nawet drobne gesty, dzięki którym wiedziałam, że jestem dla Bogdana ważna, że mu na mnie zależy. O porywach namiętności w sypialni już nawet nie wspomnę, zapomniałam, że coś takiego istnieje. Zdaję sobie sprawę, że po tylu wspólnych latach rutyna grozi każdemu małżeństwu. I że to normalne, że nie ma już takich porywów serca, jak za narzeczeńskich czasów. Mnie jednak zaczęło tego coraz bardziej brakować. Pomyślałam też, że tak przecież nie musi być. I tylko od nas, ode mnie i od męża zależy, czy coś się zmieni. Uświadomiłam sobie przy okazji, że i ja nie jestem bez winy. Bo kiedy ostatni raz tak po prostu, bez powodu, powiedziałam Bogdanowi coś miłego? Kiedy przygotowałam romantyczną kolację? Albo włożyłam na siebie coś seksownego? No właśnie!  Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zaczęłam od komplementów. Gdy mąż wracał z pracy, mówiłam mu, że cieszę się, że już jest. I dawałam buziaka na powitanie. Gdy w czymś mi pomógł, dziękowałam. Albo zwyczajnie, bez powodu, mówiłam, że cieszę się, że jest przy mnie. Któregoś wieczora, gdy mąż wrócił do domu, czekała na niego kolacja przy świecach. A potem, w sypialni - niespodzianka, kupiłam sobie bowiem piękną, koronkową bieliznę. Takiej namiętnej nocy już dawno nie przeżyliśmy. Byłam taka szczęśliwa. Bogdan, tuląc mnie z czułością, wyznał, że czekał na coś takiego. I pragnie, by takich wspaniałych chwil było jak najwięcej. Teraz więc często robię mężowi takie niespodzianki, a w naszym małżeństwie znowu zagościły czułość i romantyczne uniesienia. 

Reklama

Tak bardzo mnie to ucieszyło, że opowiedziałam o wszystkim przyjaciółce. Myślałam, że i ona ucieszy się moim szczęściem. Niestety, ona się oburzyła. Usłyszałam od niej mniej więcej coś takiego, że to się w głowie nie mieści, żeby uwodzić własnego męża. To upokarzające, jak ja mogłam tak nisko upaść, zniżyć się do takiego poziomu. Nie wierzyłam własnym uszom. Gdybym uwodziła obcych mężczyzn, to co innego. Ale co jest złego w uwodzeniu własnego męża? A przyjaciółka na to, że pomyliły mi się role, bo to mężczyźni powinni uwodzić i zdobywać, a nie kobiety. Tylko że oni są na to za leniwi, a do tego mają o sobie wygórowane mniemanie. Jest im więc najwygodniej, gdy to oni są zdobywani. Bo to łechce ich męską próżność. Po rozmowie z koleżanką zrobiło mi się jakoś nieprzyjemnie, dziwnie się od tej pory czuję. Czy ona  ma rację? 

 

Mirka, 43 lata

 


Chwila dla Ciebie

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | problem | list | kobieta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje