Jestem wdową i mam kochanka: Czy to grzech?

​Rok temu zostałam wdową. Odchorowałam śmierć męża. Przeżyliśmy z Marianem 42 lata, był moją pierwszą, wielką miłością. Gdy go zabrakło, nie mogłam sobie znaleźć miejsca w domu. Wszystko przypominało mi męża.

A że nasze dzieci już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda, czułam się jeszcze bardziej samotna. Wyjść z domu też nie bardzo miałam ochotę, zwłaszcza tam, gdzie chodziliśmy z Marianem. Zresztą, gdzie niemłoda już kobieta może wyjść sama? Co najwyżej do sklepu albo do kościoła. 

Reklama

Tak minęło kilka miesięcy. Któregoś dnia znajoma, też samotna, zaproponowała mi, byśmy wybrały się do kina. Początkowo nie miałam chęci, pomyślałam jednak, że lepsze to, niż kolejny dzień w czterech ścianach. O dziwo, spędziłam ze znajomą bardzo miłe popołudnie. Gdy następnym razem namówiła mnie, byśmy wybrały się do pobliskiej kawiarenki, zgodziłam się bez namysłu. Siedząc, z ciekawością obserwowałam samotną starszą panią przy sąsiednim stoliku. Czytała gazetę, przy filiżance herbaty. Póżniej przy innym stoliku też usiadła jakaś samotna kobieta. Najpierw się zdziwiłam, ale potem pomyślałam, że właściwie nie ma w tym nic dziwnego, ani nic złego. Może i ja kiedyś zdobędę się na to, by wyjść gdzieś bez towarzystwa? 

I zdobyłam się. Mało tego - bardzo mi się to spodobało. Zaczęłam chodzić w różne miejsca - do kawiarenki, do parku, do muzeum. Jeszcze niedawno całe dnie spędzałam w domu, teraz w domu trudno mnie było zastać. W pewnym momencie doceniłam uroki mojej samotności. Uświadomiłam sobie wręcz, że moja samotność to wielkie szczęście! Jestem panią swego losu, mogę robić to, co chcę i kiedy chcę, korzystać z życia. Gdy jeszcze żył mąż, tak nie było. Owszem, mąż był dobrym człowiekiem, ale musiałam liczyć się z jego zdaniem. Właściwie to chyba nawet żyłam w jego cieniu. Dopiero teraz, gdy zmarł, jestem wolnym człowiekiem. Cieszę się życiem i - co ważne - cieszę się swoją kobiecością. Tak naprawdę, to chyba dopiero teraz ją odkryłam. Tak samo jak odkryłam radość z seksu. Poznałam bowiem bardzo sympatycznego, przystojnego wdowca. Zaczęliśmy się z Tadeuszem spotykać, zbliżyliśmy się do siebie, wreszcie połączył nas seks. Gdy się kochamy, czuję się jak w niebie. Nigdy czegoś takiego z mężem nie zaznałam.  

Ostatnio opowiedziałam o tym wszystkim mojej siostrze. Myślałam, że będzie się cieszyć moim szczęściem. A ona patrzyła na mnie zdumiona i stwierdziła tylko, że na stare lata oszalałam. Bo zachowuję się, jak to określiła, jak niewyżyta nastolatka. Nie mówiąc o tym, że szargam pamięć zmarłego męża. Pokłóciłyśmy się. Nie zgadzam się z jej zdaniem. Być może oszalałam. Tak, nie wstydzę się do tego przyznać. Ale wreszcie jestem szczęśliwa. Czy to źle? A że stało się to po śmierci męża? Cóż, najwyraźniej dla mnie samotność to szczęście. Bo dopiero wtedy czuję się wolna. Zależy mi jednak na siostrze. Tymczasem ona powiedziała, że dopóki się nie zmienię, ona nie chce mnie znać. Czy powinnam dla niej stać się znowu nieszczęśliwą wdową, zamkniętą w czterech ścianach? 

Ludmiła, 64 lata


Chwila dla Ciebie
Dowiedz się więcej na temat: wdowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje