Reklama

Reklama

Mąż nawet mnie nie zapytał, na co wydać pieniądze ze spadku!

Wiem, że wiele małżeństw kłóci się o pieniądze. O to, kto trzyma kasę, że zawsze na wszystko brakuje, albo na co i ile wydać.

 Na szczęście, nas takie kłótnie omijały. Jakoś zawsze umieliśmy się z Piotrem w tej sprawie dogadać. Owszem, i nam zdarzało się posprzeczać, jakie wydatki są akurat bardziej pilne. Ale nigdy z powodu pieniędzy sprawy nie stawały na ostrzu noża. 

A jednak ostatnio tak się stało. Szczerze mówiąc, tego bym się po mężu nie spodziewała. Tak, po nim, bo to on rozpętał całą tę burzę. A poszło o spadek. Dwa lata temu zmarła mama Piotra. Była wdową, zostawiła po sobie mieszkanie. Jeszcze przed śmiercią zdecydowała w testamencie, że pieniądze z jego sprzedaży mają zostać równo podzielone między czwórkę jej dzieci. Tyle powiedział mi mąż, a ja nie wypytywałam o szczegóły. Byłoby to nietaktowne. Uznałam, że gdy przyjdzie czas, mąż sam powie mi resztę. 

Reklama

Prawdę mówiąc, zapomniałam o całej sprawie. Postępowanie w sądzie się ciągnęło, potem dzieci teściowej szukały kupca na mieszkanie. Tymczasem mniej więcej dwa miesiące temu mąż zrobił się jakiś tajemniczy i podekscytowany. Ale gdy pytałam, co się dzieje, tylko się uśmiechał. Wreszcie któregoś dnia, gdy wrócił do domu, powiedział: "Wyjrzyj przez okno". Okazało się, że pod domem stoi kupiony właśnie przez męża nowy samochód. Mąż, cały w skowronkach, oznajmił mi, że dostał wreszcie te pieniądze ze spadku po mamie i od razu przeznaczył je na wymarzone nowe auto. 

Zaniemówiłam. Dosłownie mnie zamurowało. Sama nie wiem, czy byłam bardziej zdziwiona, czy zła, a wręcz wściekła. Nie mogłam wprost uwierzyć, że Piotr kupił ten samochód bez porozumienia ze mną. A konkretnie - że nie omówił ze mną, na co przeznaczyć pieniądze ze spadku. Od razu mu to wygarnęłam. A on bardzo się zdziwił, o co ta afera. Odparł tylko, że to były przecież pieniądze po jego mamie, to był jego spadek, mógł więc z nim zrobić, co chce. Nie dotarły do niego moje argumenty, że, owszem, to był jego spadek, tylko że on nie jest kawalerem, ale ma rodzinę, żonę i dzieci. I wypadałoby, a wręcz należało, spytać żonę, jakie ona ma zdanie w tej sprawie, czyli na co spożytkować tę dodatkową gotówkę. Zwłaszcza że pilnych wydatków mamy co niemiara, choćby remont mieszkania. Nie mówiąc o tym, że przecież mamy samochód, co prawda stary, ale mamy. Kupno nowego i drogiego to jakaś fanaberia. Mąż bardzo się zdenerwował. Stwierdził tylko, że nawet jeśli to fanaberia, to trudno. On chciał sobie sprawić przyjemność i sprawił. I więcej na ten temat rozmawiać nie będzie. 

Od tamtej pory atmosfera w domu jest nie do zniesienia. Ja upieram się przy swoim, mąż przy swoim. Nie ukrywam, że Piotr wyrządził mi wielką przykrość. Pokazał, że tak naprawdę, nie liczy się z moim zdaniem. Zapowiedziałam mu, że ma sprzedać samochód. Tylko mnie wyśmiał. Widzę, że ani ja, ani on nie mamy zamiaru ustąpić i wyciągać ręki na zgodę. Sama już się gubię w tym wszystkim. Czy mąż miał prawo tak postąpić czy nie? Może nie mam powodu, by być na niego zła?

Matylda, 54 lata


Chwila dla Ciebie

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: pieniądze | samochód

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje