Reklama

Reklama

Mąż osacza mnie swoją zaborczością!

Gdy poznałam Darka, szybko się przekonałam, jak bardzo mu na mnie zależy.

Właściwie odkąd się poznaliśmy, nie odstępował mnie na krok. Imponowało mi to! Zamiast umówić się z kolegami, on wolał spotkać się ze mną. Jeszcze zanim się pobraliśmy, Darek dostał propozycję lepiej płatnej pracy w innym mieście. Ale zrezygnował z niej dla mnie. Mówił, że nie wyobraża sobie, że mielibyśmy widywać się tylko w weekendy. Nie do pomyślenia było dla niego, że miałby stracić mnie z oczu. Tym ujął mnie do końca. Wzięliśmy ślub, na świat przyszła dwójka naszych dzieci. Darek zarabiał na utrzymanie, ja wychowywałam nasze pociechy. Mąż troszczył się o nas, czułam się kochana, byłam szczęśliwa. Czego mogłam chcieć więcej? 

Reklama

Niestety, pierwsze zgrzyty zaczęły się, gdy odchowałam dzieci i zaczęłam mieć więcej czasu dla siebie. Poszłam do pracy. Darek nie był z tego zadowolony. Mówił, że wolałby mnie mieć tylko dla siebie, w domu. Ale jakoś pogodził się z tym, że przecież druga pensja jest nam bardzo potrzebna. Niestety, to był tylko początek problemów. To, że poszłam do pracy, dodało mi skrzydeł. Po kilku latach siedzenia w domu mogłam znów wyjść między ludzi, po pracy umówić się choć na chwilę z przyjaciółką. Tylko że Darkowi było to nie w smak. Jeśli nie wracałam z pracy prosto do domu, obrażał się na mnie. Narzekał, że wolę jakichś obcych ludzi zamiast kochającego męża. Szczerze mówiąc, na początku wydawało mi się, że Darek żartuje. Niestety, to nie były żarty. Przypomniało mi się to, co powiedział jeszcze przed ślubem - że nie wyobraża sobie, że miałby stracić mnie z oczu. To były prorocze słowa. Mój mąż okazał się bardzo zaborczym człowiekiem. Chwilami czuję się przez niego osaczona, jakby brakowało mi powietrza. On jest bowiem najszczęśliwszy tylko wtedy, gdy jestem obok niego i może mnie przytulić. Najchętniej tak właśnie spędzałby cały czas - siedząc obok mnie. Po zakupy jeździmy razem, gdy idziemy gdzieś z wizytą - mąż jest stale przy mnie. Ale najgorzej jest, gdy umawiam się gdzieś z koleżanką, gdzieś wychodzę. Jest zły, wręcz wściekły. Wypomina mi, że nie doceniam jego miłości, że uciekam od niego, zamiast spędzać z nim każdą chwilę. Jego zdaniem, miłość tak właśnie się objawia - że ludzie chcą być ze sobą przez cały czas. A on kocha mnie do szaleństwa i dlatego chce być tylko przy mnie. Niestety, ciężko mi to mówić, ale dla mnie to jest chora miłość. Właśnie, szalona, jak sam mówi mąż. Ja też go kocham, ale czy to znaczy, że nie mam prawa do swojego życia? Przecież to, że spotkam się z koleżanką, nie znaczy, że przestałam kochać męża. Tłumaczę mu to, ale on nie rozumie. Mało tego, wymyśla coraz bardziej niestworzone historie, że go zdradzam, każe mi się tłumaczyć, z kim się spotykam i gdzie. Jeżeli zdarzy mi się nie wrócić do domu o umówionej godzinie, wydzwania do mnie na komórkę, jest awantura. Zaczynam mieć tego dość. Przecież tak się nie da żyć. To już jest ze strony męża jakaś obsesja. Co ciekawe, tę obsesję ma tylko na moim punkcie. Do naszych dzieci ma inny stosunek. Kocha je, ale nie kontroluje ich na każdym kroku. 

Ostatnio sprawy stanęły u nas w domu na ostrzu noża. Szykuje mi się bowiem wyjazd z pracy na szkolenie. Mąż powiedział, że zabrania mi jechać. Popukałam się tylko w głowę, gdy to usłyszałam. A on na to, że albo wybieram jego, albo pracę. Oczywiście, że pojadę - odparłam. Bo pojadę, mimo że wiem, jaką cenę za to zapłacę. Będzie awantura, potem ciche dni... I tak w kółko. Co mam robić? Nie dam już rady dłużej żyć jak w klatce. I tak już długo wytrzymałam. Zresztą, mam takie wrażenie, że oddalam się od męża, że jego zaborczość powoduje, że moja miłość do niego już nie jest taka jak dawniej. Czy zagrozić mu rozwodem?

 

Ala, 40 lat


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje