Reklama

Reklama

Mój mąż to tyran - czy wierzyć w to, że się zmieni?

Mój ojciec był despotą. Całą rodzinę, czyli mamę, mnie i mojego młodszego brata miał za nic.

Zresztą, w ogóle nigdy nie szanował ludzi, bo uważał, że on jest najmądrzejszy i wszystko wie najlepiej. W naszym domu tylko ojciec mógł mieć coś do powiedzenia, on podejmował wszystkie decyzje. I pamiętam, że nigdy z nami tak normalnie nie rozmawiał, on tylko wydawał rozkazy. I to w jaki sposób! Na szczęście, nie używał przemocy fizycznej, wystarczył jednak jego podniesiony głos. Ja, słysząc go, czułam się doslownie jak sparaliżowana. Tak bardzo było mi żal mamy, zasługiwała na lepsze życie.

Reklama

Obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy żadnemu mężczyźnie nie pozwolę tak sobą pomiatać, jak ojciec pomiatał mamą. Gdy poznałam Andrzeja, wydawało mi się, że znalazłam swoje szczęście. Wyszłam za niego za mąż, bo zaimponował mi zaradnością. Zapewniał mnie, że przy nim nigdy nie będę musiała się o nic martwić, bo on się wszystkim zajmie, wszystko załatwi. Taka jest rola mężczyzny, głowy rodziny - tłumaczył mi.

I rzeczywiście, miałam wrażenie, że Andrzejowi naprawdę na mnie zależy, że troszczy się o mnie, stara się robić wszystko tak, abym ja miała jak najmniej na głowie. Niestety, dopiero z czasem zrozumiałam, że byłam bardzo naiwna. Zakochana w Andrzeju, zapatrzona w niego nie zauważyłam, jakie są jego prawdziwe intencje. Chciał mnie osaczyć, stłamsić,  zrobić ze mnie niewolnicę. To, że mąż się wszystkim zajmie, wszystko załatwi oznaczało jedno - że ja nie mam nic do powiedzenia, bo to on o wszystkim decyduje. Z przerażeniem patrzyłam, jak mój mąż zaczyna z każdym dniem coraz bardziej przypominać znienawidzonego przeze mnie ojca. Zrozumiałam, że chyba podświadomie wybrałam dla siebie mężczyznę takiego, jak ojciec, jak wielki wpływ wywarły na mnie relacje z dzieciństwa.

Mąż okazał się nawet gorszy od ojca, bo gdy się sprzeciwiałam, podnosił na mnie rękę. Choć kiedyś przysięgłam sobie, że nie powielę losu mamy, to jednak znosiłam te wszystkie upokorzenia, ten terror, jaki zafundował mi mąż. Mieliśmy dwójkę dzieci, chciałam, by miały ojca. Gdzieś tam jeszcze poza tym miałam nadzieję, że może mąż się zmieni. I rzeczywiście, gdy oznajmiłam mu, że wystąpię o rozwód, kajał się i obiecywał, że się zmieni. I przez pewien czas starał się być inny - bardziej czuły, mniej obcesowy. Ale to były tylko chwilowe, jednorazowe gesty. Zrozumiałam, że mój mąż się nie zmieni, że jest po prostu złym człowiekiem, że lubi mieć nad innymi władzę, rządzić nimi. On się tym wręcz upaja. Po raz kolejny więc powiedziałam mu, że lada moment złożę pozew o rozwód. Mąż przysięgał, że się zmieni, prosił, bym tego nie robiła. Czy mam mu wierzyć? 

 

Magda, 39 lat

 

 

Chwila dla Ciebie

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | problem | przemoc w rodzinie | małżeństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje