Reklama

Reklama

Nie chcę chodzić do szkoły!

​Z niepokojem czekałam na początek roku szkolnego.

Mój młodszy syn, Mikołaj, miał iść do drugiej klasy. Kiedy był pierwszakiem nie najlepiej dogadywał się z kolegami. Naśmiewali się z niego, bo był mały, drobny i kiepsko grał w nogę. W czasie wakacji trochę urósł, miałam nadzieję, że dogonił kolegów. Początek września zbliżał się wielkimi krokami i widziałam, że Mikołaj niechętnie mówi o powrocie do szkoły.

Reklama

- Nauczysz się wielu nowych rzeczy - mówiłam, kiedy razem układaliśmy na półkach książki.

- No! - pokiwał głową.

- Może będą jacyś fajni nowi koledzy. Będziecie się świetnie bawić - kontynuowałam

i chciałam dodać mu otuchy.

Jednak prowadząc mojego synka do szkoły w dniu rozpoczęcia roku czułam, jak poci mu się rączka, którą trzymałam w dłoni. Popatrywał na mnie niespokojnie. Kiedy go zobaczyłam z dzieciakami, wcale nie było tak źle. Chłopcy przepychali się i rozdawali kuksańce na prawo i lewo. Wyglądało, że się między nimi odnalazł. Przez pierwszy tydzień był spokój. Ale na początku drugiego, kiedy go odbierałam ze szkoły.  rzucił tornister i zaczął krzyczeć:

- Nie pójdę już nigdy do szkoły! Szkoła jest głupia!

Zatkało mnie. Mój syn nigdy się tak nie zachowywał. Nie miałam pojęcia co robić, ale w jego głosie było tyle rozpaczy, że po prostu mocno go przytuliłam.

- Co się stało? - spytałam ocierając buzię zapuchniętą od łez.

- A nic... - wymamrotał.

- No, powiedz mamusi...

 Cierpliwie czekałam i w końcu wydusił:

- Bo ja znowu jestem najmniejszy w klasie - pociągnął nosem. - Nawet dziewuchy są większe. I wszyscy się ze mnie śmieją...

W czasie drogi do domu dowiedziałam się, że nazywają go krasnalem. Że idąc do tablicy specjalnie strącają mu z biurka kredki, zeszyty. Na przerwach popychają go i nie chcą się z nim bawić.

- A na WF-ie nikt mnie nie chce w swojej drużynie... - dodał na koniec.

- To może porozmawiam z twoją wychowawczynią? - podsunęłam rozwiązanie.

- No coś ty. Będą dla mnie jeszcze gorsi - ostrzegł.

Szkoda mi było mojego dziecka! Tyle było w nim nieszczęścia. Wieczorem, kiedy synek już spał, opowiedziałam o wszystkim mężowi. I nie znalazłam u niego zrozumienia.

- Nie rób z niego płaczliwej baby. Niech odda kuksańca jednemu z drugim, to od razu mu będzie w szkole lepiej. Zapiszmy go na karate! Albo na dżudo! Jak się będzie umiał bronić, to poczuje się pewniej! - radził mąż.

- Ale kontuzje, to niebezpieczne! - szukałam wymówki.

- A co to za chłopak, co nie ma kilku siniaków - mąż na wszystko miał gotową odpowiedź.

- No nie wiem... Zacznę jednak od rozmowy z wychowawczynią - stwierdziłam.

Wizyta w szkole jednak niewiele dała.

- Dzieci ciągle sobie robią psikusy, to normalne. A żeby szczególnie zaczepiały Mikołaja, nie zauważyłam - powiedziała i  obiecała przyjrzeć się zachowaniu chłopców.

 A może powinnam iść na skargę do dyrektorki? Czy jednak nie zaszkodzę bardziej swojemu dziecku? Jak mam go wzmocnić i uodpornić na głupie zachowanie rówieśników?

Aleksandra B. z Grudziądza

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz  się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 41 (w sprzedaży od czwartku 10 października br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

Dowiedz się więcej na temat: szkoła | problem | dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje