Reklama

Reklama

Nie jest gorsza od ciebie

​Tuż przed wakacjami musieliśmy się wyprowadzić z rodzinnego miasta. Nie była to łatwa decyzja, ale mąż dostał lepiej płatną pracę w większym mieście.

- Tobie też będzie tam znacznie łatwiej coś znaleźć - tłumaczył mi.

Reklama

Rzeczywiście, zaproponowano mi ciekawą posadę w biurze. Okazało się, że pracuje tam kilka osób niepełnosprawnych. Z dwiema koleżankami szybko się nawet zaprzyjaźniłam. Zmiana miejsca zamieszkania łączyła się też ze zmianą szkoły dla naszej 12-letniej córki. Udało nam się znaleźć świetną placówkę, niedaleko domu. Ola trafiła do klasy integracyjnej.

- Mamy kilkoro dzieci niepełnosprawnych, a reszta to dzieci sprawne. Uczą się pomagać swoim kolegom - tłumaczyła dyrektorka szkoły.

- To świetnie! Kontakt z niepełnosprawnymi dobrze jej zrobi, nauczy tolerancji, opiekuńczości... - uznał mąż.

Ola nie miała nic przeciwko temu. Gdy pojawiały się u mnie koleżanki z pracy, które jeździły na wózkach, przyglądała im się z ciekawością, ale nic nie mówiła. Dwa miesiące temu poszła do nowej klasy. Przez pierwsze tygodnie właściwie niewiele opowiadała.

- Pewnie musi się wkręcić w nowe środowisko - snuł przypuszczenia mąż.

Ale trzy tygodnie temu córka zaniepokoiła mnie.

- Ten koślawy Łukasz mnie denerwuje! Ciągle chce, żeby mu w czymś pomagać - rzuciła kiedyś w nerwach.

- Jak ty o nim mówisz?! - byłam zaskoczona.

- A jak mam mówić? Przecież jest koślawy... - odburknęła.

Co gorsza, takie opowieści pojawiały się coraz częściej.

- Anka chciała, żebym jej pomogła w matmie. Ale wolę iść do Igi, niż do tej wózkowiczki... - powiedziała.

- Olka, przestań tak lekceważąco się o nich wyrażać! - zdenerwowałam się.

- A czy ja mówię nieprawdę? - oburzyła się.

- Ale kpisz i to nie jest fair! - krzyknęłam.

- Jak zwykle przesadzasz - odburknęła.

Jej wychowawczyni także nie była zadowolona z zachowania Olki.

- Mam wrażenie, że ona ich nie lubi. Często się z nich naśmiewa - mówiła zakłopotana.

Próbowaliśmy z mężem rozmawiać z Olą. Ale ona stwierdziła, że wcale nie chciała iść do takiej klasy i nie ma zamiaru kumplować się z inwalidami.

- To jakaś porażka! - powiedział mąż.

Nie chcemy jednak zmieniać jej teraz szkoły. Ale nie mam pojęcia, co zrobić, żeby zmienić nastawienie córki. Bardzo nam zależy, żeby przekonała się, że wózkowicze, jak ich nazywa, to superludzie.

Marta Cz. z Zielonej Góry
Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 47 (w sprzedaży od 21listopada br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

                             



Dowiedz się więcej na temat: niepełnosprawny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje