Reklama

Reklama

Nie ma powodów do kompleksów

​Przeprowadziliśmy się do Poznania "za pracą". Mąż, mechanik, po dwóch latach bezrobocia na wsi, został zatrudniony w warsztacie samochodowym.

Stwierdziliśmy, że w w dużym mieście też jakąś pracę znajdę. I udało się nawet dość szybko. Zamieszkaliśmy w dużym pokoju w mieszkaniu wynajmowanym do spółki z drugą rodziną też ze wsi. Z ufnością patrzyłam w przyszłość. Nareszcie wszystko zaczęło się układać. I wtedy Oliwier wrócił ze szkoły wściekły.

- Nie pójdę tam nigdy więcej. Dlaczego musieliśmy wyjechać ze wsi?! - wykrzyczał rzucając torbę z książkami na podłogę. Na moje wymowne spojrzenie podniósł ją i położył w pokoju.

Reklama

- Co się stało? - spytałam stawiając na stole talerz z zupą.

- Nic - mruknął i poszedł umyć ręce.

Kiedy wrócił, czekałam na wyjaśnienia.

- No?! - popędzałam go, żeby powiedział o co chodzi.

- Czuję się jak wsiór, prymityw, wiochmen. Słoma mi z butów wyłazi! - powiedział ponuro. - Co ty mówisz, dziecko? - załamałam ręce.

Tama puściła i dowiedziałam się jak bardzo nieszczęśliwy jest mój dwunastolatek. Oczywiście po przeprowadzce do Poznania poszedł do szkoły. I zaczęły się jego problemy. Żyliśmy biednie, więc ubrania mojego syna odstawały od ciuchów jego miejskich rówieśników. Zresztą na wsi ważne było, żeby chodził czysto. Kto by zwracał uwagę na to czy spodnie powinny być szerokie, czy wąskie. W Poznaniu okazało się, że każda z rzeczy może być powodem do złośliwych uwag, wyśmiewania. A Oliwier to wszystko przeżywał. Fryzurę też miał nieodpowiednią, bo od lat strzygłam go sama, kto by sobie zawracał głowę fryzjerem. Ale wygląd był tylko częścią problemu. 

- Jak wy mówicie - denerwował się Oliwier. - Nie chcę tak zaciągać. Wstydzę się tego - wygarnął wprost.

- Synku, daj sobie trochę czasu. Zobaczysz, zaczniesz zachowywać się i mówić jak oni wszyscy - uspokajałam go.

Ale Oliwier chciał, żeby to stało się szybko i samo. Zauważyłam, że przesiaduje w domu. Nie dzwoni do nikogo, ani nikt do niego. Nie utrzymuje żadnych kontaktów z nowymi kolegami. Zrezygnował także z kontaktów z kuzynami ze wsi!

- Mietek dzwonił już dwa raz spytać, co u ciebie słychać - powiedziałam. - Dlaczego nie oddzwoniłeś?

- Szkoda kasy na gadanie z wieśniakiem - wzruszył ramionami.

- Oliwier! - krzyknęłam oburzona. - To twój stryjeczny brat!

Popatrzył na mnie ze złością i odparł:

- No i niech sobie będzie

Nie poznaję własnego dziecka. Kiedyś latał po wsi i nie można było go do domu zagonić, teraz siedzi całymi dniami przy biurku, albo gapi się na ulicę. Kiedy namawiałam go, żeby gdzieś poszedł, poznał miasto, dałam mu  pieniądze na kino. Wyszedł, ale wrócił jeszcze bardziej ponury.

- Wszyscy się na mnie gapią - powiedział.

Oczywiście przesadza. Przecież w mieście żyją różni ludzie. Bogatsi, biedniejsi, lepiej ubrani i gorzej. Ja na przykład w ogóle nie czuję się gorsza. Tłumaczę mu, że im więcej będzie przebywał z rówieśnikami, tym szybciej się do nich upodobni.

- Taa, jasne... - mówi ponuro.

Nie mam pojęcia, jak mu pomóc.

Zofia K. z Poznania

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 51 (w sprzedaży od 19grudnia br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

 

Chwila dla Ciebie

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje