Reklama

Reklama

Nie możecie spotykać się gdzie indziej?

O rany, ale było fajnie. Nareszcie jest normalnie – rozpromieniona Lena wróciła ze spotkania z koleżankami.

Rozumiałam jej radość. Córce brakowało jej kontaktu z rówieśnikami.

Reklama

Potem, jak nakręcona zaczęła opowiadać, jak niewygodnie jest oglądać rzeczy w rękawiczkach i rozmawiać tak długo w maseczce na twarzy.

- Ale wiesz - śmiała się moja 14-latka. - Z drugiej strony miałyśmy z dziewczynami sporo zabawy z tego powodu.

- To gdzie wy byłyście? - zapytałam zaniepokojona.

- No, w galerii handlowej - spojrzała na mnie zdziwiona.

Nie mogłam jej zrozumieć.

Kiedy rok przed epidemią otworzyli w naszym mieście galerię handlową, Lena od razu pobiegła tam z koleżankami. Wróciła zachwycona. Myślałam jednak, że zainteresowanie jej szybko minie. Ale, niestety, trwało. Galeria stała się miejscem spotkań ze znajomymi. Z ironią stwierdziłam wręcz, że gdyby mogła, spędzałaby tam czas od rana do nocy.

Kiedy zaczęło się odmrażanie gospodarki i otwarto galerie handlowe nawet do głowy mi nie przyszło, że wrócą stare przyzwyczajenie. W końcu tyle w domu rozmawiamy o koronawirusie i niebezpieczeństwach z tym związanych. Tyle ją z mężem przestrzegaliśmy przed chodzenie tam, gdzie gromadzi się sporo ludzi. W mediach też dużo się o tym mówi. Ale moja córka raczej sobie do serca tego nie wzięła.

- Lena, co wy właściwie tam robiłyście? - spytałam ją zirytowana. - Przecież tłumaczyłam ci, że to jeszcze nie czas na takie chodzenie po sklepach jak kiedyś.

- Nic nie robiłyśmy - syknęła. - Spotkałyśmy się, pogadałyśmy, pooglądałyśmy ciuchy. Wiesz już zaczynają się przeceny... Poza tym, gdzie miałyśmy iść?

- Choćby do parku, na świeże powietrze.

- Mamo, skoro otworzyli galerie to znaczy że można tam chodzić - zaczęła podnosić głos. - A w parku to co dwa metry od siebie mamy iść? Zresztą tam jest nudno.

Dyskusja wydawała mi się bezsensowna, dlatego postanowiłam:

- Zabraniam ci tam chodzić. To bez sensu i do tego niebezpieczne.

Lenka wyglądała na pogodzoną z zakazem. Szybko się jednak przekonałam, że to były tylko pozory. Jak zawsze mogłam liczyć na sąsiadkę z pierwszego piętra. Od razu mi powiedziała, że widziała Lenkę w galerii. Razem z koleżankami rozszczebiotane biegały od butiku do butiku. Po co? Pewnie tylko popatrzeć, bo to dość drogie sklepy.

Nie wiem, co robić. Jak wykorzenić z niej to przyzwyczajenie. Nie dość, że uważam, że to bezsensowne spędzanie czasu to jeszcze wciąż bardzo niebezpieczne.

Renata z Lublina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje