Nie szantażuj nas!

​- Benek, wstajesz, czy nie? Spóźnisz się do szkoły! - zawołałam zaniepokojona tym, że mój trzynastoletni syn jeszcze nie powędrował do łazienki.

Ponieważ się nie odzywał, zajrzałam do niego. Leżał przykryty kołdrą po sam czubek nosa.

Reklama

- Benek! Nie słyszysz? - powtórzyłam.

Spod przykrycia dobiegł mnie jęk.

- Co jest? - spytałam pakując mu kanapki do plecaka.

- Jestem chory... Mam temperaturę i boli mnie gardło - usłyszałam spod kołdry.

Zajrzałam i dotknęłam czoła. Było chłodne.

- Benek, znowu udajesz - zirytowałam się. - Wyskakuj z łóżka, a nie kombinuj.

- Ale, mamo... Nie mogę dziś iść do szkoły, no... - zaczął dukać.

- A to dlaczego? - drążyłam.

- Mam dziś sprawdzian z matematyki. Nie chcę go pisać - przyznał się.

Dopiero się zezłościłam. Kazałam mu się zbierać i nie wydziwiać. Powlókł się do łazienki. Kiedy z niej wyszedł, powiedział:

- Jeśli każesz mi dziś iść do szkoły, nie pójdę w sobotę do babci. Mowy nie ma!

Popatrzyłam na niego zdziwiona.

- Jak to? Przecież ona ma urodziny! Stęskniła się za tobą! Już długo cię u niej nie było.

- Nie pójdę. Siłą mnie nie zaciągniesz - wzruszył ramionami.

Wiedziałam, że jak się uprze, to nic nie wskóram. Od małego był taki! Jeszcze mi skóra cierpnie na wspomnienie tego, jak się potrafił w sklepie położyć, wrzeszczeć wniebogłosy i walić nogami, rękami i głową w podłogę, dopóki nie kupiłam mu tego, co chciał. Najczęściej ustępowałam, bo niby co miałam zrobić? Byłam kompletnie bezradna, a ludzie wokół patrzyli na mnie i z oburzeniem. Chciałam tylko, żeby Benek przestał wrzeszczeć. Jak kupowałam synkowi to, co chciał, natychmiast stawał się grzecznym dzieckiem.

Czas mijał i sprawy, które syn wymuszał, stawały się coraz poważniejsze. Już nie chodziło o słodycze czy zabawki.

- Musicie mi podnieść kieszonkowe - zażądał któregoś dnia.

- W żadnym wypadku. Musi ci wystarczyć. Myślisz, że śpimy na pieniądzach?! - zezłościłam się.

- No wiesz, zawsze mogę pożyczać u kumpli i udawać biednego - dręczył mnie.

No i dostał... większe kieszonkowe. A potem wymusił na nas późniejsze godziny powrotu, pisanie zwolnień do szkoły w końcu...

- Za bardzo mu pobłażasz! - denerwował się mąż, ale sam nie miał pomysłu, jak wyzwolić nas z tego błędnego koła.

Jedyne, co potrafił zaproponować, to ostra dyscyplina. Próbowaliśmy, ale wtedy z Benkiem nie dało się żyć. Albo się awanturował albo był obrażony. Nie uczył się, źle zachowywał w szkole. Próbowałam z nim rozmawiać. Tłumaczyć, że nie da się iść przez życie handlując ze wszystkimi, szantażując ich wręcz...

- Dlaczego nie? - powiedział. - Przecież to działa!

- Tak. Dopóki masz do czynienia z osobami, którym na tobie zależy! Ale trafi kosa na kamień - przestrzegałam.

Wzruszył ramionami. I zaraz przypuścił kolejny atak. Zaczął się skarżyć moim rodzicom, że mu na nic nie pozwalamy. Wymyślił, że przeprowadzi się do dziadków albo w ogóle ucieknie z domu. Martwię się, że jak się uprze, to może coś głupiego zrobić. Nie wiem jak z nim postępować, żeby zrozumiał, że szantaż to zły sposób na osiągnięcie celu.

Joanna P. ze Skierniewic
 

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz  się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 49 (w sprzedaży od czwartku 5 grudnia br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

Dowiedz się więcej na temat: dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje