Reklama

Reklama

Pies to nie zabawka, synku!

- Kamil, wyjdź z Medorem – poprosiłam 12-nastoletniego syna, kiedy wrócił z podwrórka.

- Nie mam czasu - zawołał. - Lecę grać z chłopakami w nogę.

Reklama

- Pies musi wyjść! Wiedziałeś o tym, kiedy nas o niego prosiiłeś.

- Ale mamo...

- Bez dyskusji!

Mój syn był zły, kiedy zapinał psu smycz. Zanim zamknął drzwi, usłyszałam jeszcze jak mówi:

- Głupi kundel!

Westchnęłam. Kamil od małego marzył o psie. Nie zgadzaliśmy się uważając, że obowiązki go przerosną albo znużą. Ale kiedy podrósł i nadal nie odpuszczał, zaczęliśmy się łamać. Dopomógł nam przypadek, pół roku temu do sąsiadów przyplątał się mały kundelek. Nie mogli go zatrzymać, bo ich starszy pies go nie zaakceptował. Szukali więc dla małego schronienia i zapukali do nas.

- Mamo, tato, zobaczcie! - Kamil od razu porwał pieska na ręce.

Przytulił go, a ten próbował go polizać po policzku. Popatrzyliśmy na siebie z mężem i... zgodziliśmy się, żeby pies został. I syn, i kundelek oszaleli z radości. Przeprowadziliśmy z synem poważną rozmowę.

- Piesek może zostać, ale obiecaj, że to ty go będziesz karmił i wychodził z nim na najdłuższy spacer.

- Oczywiście!

Wyglądało na to, że wszystko układa się świetnie. Kamil zajmował się swoim pupilem wzorowo. Chodził razem z tatą nawet do weterynarza. Po szkole przybiegał do domu i wyprowadzał psa, a dopiero potem szedł do kolegów. Na wieczorne spacery też wychodził z tatą i psem, kiedy już miał wakacje. Wciąż powtarzał Medorowi, że jest najcudowniejszy na świecie i najmądrzejszy. Nauczył go podawać łapę i aportować. Kiedy wyjeżdżał na obóz, miał  łzy w oczach i powtarzał, że będzie tęsknić.

Wszystko zmieniło się, kiedy Kamil wrócił z wakacji. Owszem, ucieszył się na widok psa, ale z czasem coraz mniej poświęcał mu uwagi. A odkąd powracali wszyscy koledzy, unika związanych ze zwierzakiem obowiązków. Zamiast wyjść z Medorem, woli poganiać z chłopakami, karmi go tylko jak przypomnę. A kiedyś, gdy stwierdziliśmy, że umowa była inna, zaproponował, żeby psa oddać do dziadków, na wieś, bo tam będzie mu lepiej. Zupełnie nie pomyślał o tym, że Medor się do nas przywiązał i będzie cierpiał.

Teraz też syn wrócił ze spaceru po dziesięciu minutach, nawet nie odpiął psu smyczy, rzucił tylko:

- Lecę grać i wybiegł.

Zajęłam się Medorem, a potem długo zastanawiałam się, jak zmusić syna do odpowiedzialnego zachowania. Nie mogę nie opiekować się psem za niego, bo to zwierzak będzie niewinnie cierpiał, a nie syn. O oddaniu Medora na wieś nie ma mowy. Przecież nie można zwierząt traktować jak rzeczy i zrezygnować z nich, kiedy się znudzą. Mąż mówi, że trzeba chłopakowi dać szlaban, dopóki nie zacznie postępować jak należy. Ale ja się waham. Nie chcę, żeby Kamil zaczął winić psa za swoją karę. Jednocześnie mam wrażenie, że moje gadanie spływa po synu jak po kaczce. Niby kiwa głowa, kiedy tłumaczę, że jest za Medora odpowiedzialny, że musi pamiętać o tym, że pies potrzebuje się załatwić, wybiegać, regularnie jeść. Ale nawet jak Kamil na dzień czy dwa się poprawi, to potem znów przestaje się psiną zajmować. Czuję, że w roku szkolnym będzie jeszcze gorzej. Jak wpłynąć na syna?

Alicja Pawlik z Witnicy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje