Reklama

Reklama

Synku, szkoda pieniędzy!

​Prowadzimy z mężem osiedlowy sklepik. W tygodniu naszym 12-letnim synem zajmuje się moja mama. Pilnuje, czy lekcje odrobione, daje jeść...

Jednak jakoś tak w połowie maja zaczęła narzekać, że musi czekać na Antka z obiadem.

Reklama

- Zostajemy z chłopakami na boisku, pograć w "nogę" - tłumaczył, gdy zapytaliśmy go dlaczego po lekcjach nie wraca prosto do domu.

- Nie ma sprawy, tylko uprzedzaj babcię, o której będziesz - skwitował mąż.

Niestety, Antek nie mówił prawdy! Sąsiadka wypatrzyła go przy automacie, ustawionym przy wejściu do centrum handlowego. 

- Takimi szczypcami można wyciągnąć pluszaka. Przyglądałam się pani synowi. Przy mnie co prawda mu się nie udało, ale był uparty. Raz po raz wrzucał monety - opowiadała, kiedy robiła u nas zakupy.

Nie obyło się bez poważnej rozmowy. Antek przyznał, że po szkole był tam parę razy popróbować, czy uda mu się coś wygrać.

Mąż doszedł do wniosku, że jeśli wydaje swoje kieszonkowe na takie głupstwa, to jego sprawa.

- Ale nie wolno ci kłamać, pamiętaj! Wyda się, będzie kara - ostrzegł Antka. - I masz się mieścić ze wszystkim w swoim kieszonkowym.

Po zakończeniu roku szkolnego pojechaliśmy we trójkę: ja, mama i Antek na kilka dni nad morze. 

I wtedy poważnie zaniepokoiło mnie zachowanie syna. Nie ominął żadnej "łapy z maskotkami", kulek, strzałek, symulatorów jazdy samochodem, motorem... Dostawał ode mnie drobne i wszystko wydawał.

- Już dawno miałbyś za te pieniądze dużą maskotkę ze sklepu - tłumaczyłam, ale jak grochem o ścianę.

- Wystarczająco już się nagrałeś, koniec z tym - oznajmiłam, gdy poprosił babcię o "dwa złote", bo ja mu nie chciałam dać.

Syn i tak chodził do salonu z grami. Z wypiekami na twarzy patrzył, jak walczą inne dzieciaki. Gorączkowo im doradzał. Przeżywał bardziej niż one. Nie chciał chodzić na spacery po plaży, kąpać się w morzu, czy nawet pływać statkiem.

- Jak było nad morzem? - spytał go na powitanie ojciec.

- Kiepsko, nudno - usłyszał. - Mama nie dawała mi chodzić na automaty - poskarżył się.

- Przecież nie pojechałeś nad morze siedzieć przy grach - zdziwił się mąż.

- Nie wiem, po co pojechałem... - Antek był rozczarowany wakacjami.

Zrobiło mi się przykro. Mąż uważa, że trzeba zmniejszyć synowi kieszonkowe, skoro wydaje je na głupoty. Ja sądzę, że nie tędy droga. Przecież musi mieć jakieś swoje oszczędności. Chciałabym, żeby odkładał na pożyteczne rzeczy. Jak mu wybić z głowy tę rozrywkę?

Katarzyna G. z Płocka

Co robić w takiej sytuacji? Masz takie doświadczenia i chcesz  się nimi podzielić z czytelnikami "Chwili dla Ciebie"? Skomentuj. Cały artykuł z waszymi komentarzami ukaże się w numerze 28 (w sprzedaży od czwartku 11 lipca br.) i na stronie: www.kobieta.interia.pl/sprawy-rodzinne

Dowiedz się więcej na temat: dziecko | żona | chłopak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje