Reklama

Reklama

Zrezygnowałam – i co z tego?

Właśnie zrzuciłam habit, jak to się mówi. Ostatnie lata to była dla mnie katorga. Ciągnęło mnie do ludzi. O życiu „w cywilu” rozmyślałam równie często, jak o Bogu.

W młodości byłam wesołą, atrakcyjną dziewczyną. Miałam koleżanki, nawet cieszyłam się powodzeniem u chłopaków.

Reklama

Nikt nie wiedział, że mój tata jest niepijącym alkoholikiem. A ja miałam wszystkie cechy dziecka alkoholika. Nie spoufalałam się, miewałam zmienne nastroje...

Zawsze byłam związana z kościołem. Jeździłam na oazy, ale wiele moich koleżanek tak robiło. Tylko że one wykorzystywały ten czas na romansowanie z kolegami, a ja byłam zafascynowana księżmi. Wydawali mi się tacy uduchowieni, prowadzący uczciwe życie, bez agresji, którą pamiętałam z rodzinnego domu...

Gdy po maturze oświadczyłam, że idę do zakonu, znajomi dziwili się, ale bez przesady. Rodzice byli zadowoleni. Od czasu gdy ojciec nie pije, stali się gorliwymi katolikami.

Dziś mam 37 lat i właśnie zrzuciłam habit, jak to się mówi. Ostatnie lata to była dla mnie katorga. Ciągnęło mnie do ludzi. O życiu "w cywilu" rozmyślałam równie często, jak o Bogu.

Doszłam do wniosku, że moja decyzja wstąpienia do zakonu była raczej ucieczką od problemów, których spodziewałam się w życiu.

Kiedy powiedziałam o tym rodzicom, prawie mnie wyklęli. Byli dumni z córki w habicie. Nie chcą się z tym pogodzić. Kiedy widzę, jak cierpią z tego powodu, zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam. Z drugiej strony, przez pierwszy miesiąc poznałam tyle "nowego", że nie żałuję...

Aldona, 37 lat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje