Reklama

Reklama

Były mąż - najlepszy przyjaciel

Czy możliwa jest przyjaźń z byłym mężem? Z opowieści naszej bohaterki wynika, że tak...

Tak nam się życie ułożyło, że rozeszliśmy się po kilku latach gorącej miłości i równie gorącej zazdrości. Ze związku z Wojciechem została nam śliczna i zdrowa córeczka, Malwinka, miała 6 lat, kiedy Wojciech się wyprowadził. Nasze kontakty na początku nie były dobre, wielu rzeczy od razu nie mogliśmy sobie wybaczyć, zrozumieć. Jednak dziecko zmuszało nas do wspólnych spotkań, wyjść, ustaleń, powoli uczyliśmy się rozmawiać ze sobą. Ponownie się po prostu polubiliśmy, byliśmy jak starzy kumple.

Ponownie ułożyłam sobie życie

Każde ułożyło sobie życie ponownie, ja wyszłam za mąż po 8 latach od naszego rozstania, Malwina była ze mną, ale dużo czasu spędzała z ojcem. Jest zapalonym narciarzem, nie raz łamał nogi, zawsze jednak wracał na stoki, taki aktywny typ. Córka też zaczęła z nim jeździć, martwiłam się, ale wierzyłam w rozsądek Wojtka, który nie raz mnie zaskakiwał pozytywnie, już nie był tym nieodpowiedzialnym mężczyzną, którego znałam. Ja też uwielbiam jeździć na "deskach", jednak pojawiła się dwójka dzieci z mojego związku i o deskach mogłam zapomnieć, zwłaszcza, że mieszkałam teraz dalej od gór, bo wyprowadziłam się ze Śląska.

Reklama

Wypadek w górach

Z Malwinką, Jadzią i Stasiem i moją mamą wyjechałyśmy w stare kąty, czyli do Wisły. To były moje pierwsze ferie zimowe po wielu latach, miały być powrotem do nart: wzięłyśmy instruktora dla mnie, Malwiny i Jadzi, pierwszy dzień był całkiem zadowalający. W drugi dzień naszego zimowego szaleństwa wjechałam z dziewczynkami na górę, zaczął padać śnieg, zrobiło się bajkowo. Cóż, kiedy niewiele było widać a ja miałam przeczucie! Coś mi mówiło, żebym odpięła narty, zjechała na pupie. Dziewczynki z instruktorem zjechały, ja miałam czekać, ale nabrałam odwagi: -Ja nie zjadę? - pomyślałam sobie. Ruszyłam, ale nagle poczułam, jak narty mi skręcają, nie wiedziałam co się dzieje, koziołkowałam modląc się, żeby narty się odpięły i z lękiem, żeby nie połamać kręgosłupa.

Niestety, prawa noga była jak przyklejona do narty. Wylądowałam, prawa noga bolała. Próbowałam się podnieść, widziałam tylko przerażone dzieci i moją mamę. Biegli do mnie z instruktorem, zaraz pojawili się ratownicy z noszami z okrzykiem "proszę się nie ruszać!". Natychmiast usztywnili mi nogę, ze spuchniętym prawym kolanem w spodniach narciarskich, dawnym prezencie od Wojtka, trzeba je było przeciąć. Karetka zabrała mnie do szpitala, widziałam tylko te płaczące dzieci, Staś wyrywał się do mnie i nie chciał zostać, Malwinka udawała, że daje sobie radę, Jadzia płakała głośno. Tak zostały, przytulone do mojej mamy. W szpitalu zostawiono mnie na noszach na korytarzu obok wielu innych narciarzy i snowboardzistów, trafiłam na oddział z diagnozą: złamanie z oderwaniem fragmentu kostnego wyniosłości międzykłykciowej kości piszczelowej.

Przyniósł kwiaty do szpitala

Czekała mnie skomplikowana operacja. Mój mąż był wściekły, usłyszałam "a nie mówiłem", nie miał czasu mnie przewieźć po wszystkim do domu, nie mówiąc o odwiedzinach. Nagle wieczorem drzwi się otworzyły, "wszedł" bukiet kwiatów i dwie kule inwalidzkie. To Wojtek! Zaczęliśmy się śmiać, sama go kiedyś odwiedzałam, kiedy leżał z nogą na wyciągu. Wiedział, o czym mówię, jak wspominałam bolesną punkcję: "Też to miałem, pamiętam". W gipsie od pachwiny do pięty nie mogłam się ruszać. To Malwinka zadzwoniła po ojca, on nie zawiódł w takim momencie, wiedział, ze potrzebujemy pomocy. Został kilka dni w schronisku, pomógł mamie zajmować się cała trójką dzieci, widziałam, jak córka jest dumna ze swojego taty. Nie powiem, ja też myślałam, że to jednak fajny przyjaciel, i całkiem przystojny... Rozmawiał z Jeremim, moim mężem, któremu wstyd się zrobiło, że to nie on był na miejscu, przy nas. Ustalili, że Wojciech dowiezie mnie do domu, przygotował mi z tyłu w samochodzie wspaniałe legowisko, czułam się jak królowa, mimo, że z usztywnioną, zagipsowaną nogą. Już pod domem Jeremi patrzył podejrzliwie na nas, rozprawiających o bólach złamań i nartach, on nigdy na nartach nie jeździł, i był chyba trochę zazdrosny. Wnieśli mnie zgodnie na górę, bo mieszkamy na 3 piętrze. Zabawne uczucie, jak takie sytuacje mogą łączyć.

Mężczyźni potrafią zaskakiwać

Wojciech nie chciał dłużej być kłopotliwym gościem, wziął Malwinkę na czas ferii do siebie, powiedział na pożegnanie: - Kule są twoje, ja nie zamierzam się już łamać. I tobie nie radzę więcej! - i pojechał z uszczęśliwioną córką, która mu się rzuciła na szyję: - Tato, kocham cię, jesteś super - powiedziała. Ja też tak myślę. Widzę też, że to był dobry przykład dla mojego małżonka, Jeremiego. Przeprosił mnie za swoje zachowanie, i mimo, że za Wojtkiem nie przepada, przyznał: - Czegoś się do niego nauczyłem -. Ja też, a o nartach na razie mogę tylko pomarzyć, i powspominać czasy sprzed wypadku, kul, rehabilitacji. Najpiękniejsze jednak wspomnienia to te, jak były i obecny mąż potrafią zaskakiwać?

BD

MWMedia
Dowiedz się więcej na temat: narty | przyjaciel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje