Czy Polki mają szansę na karierę naukową?

Mimo że dziś więcej Polek niż Polaków zdobywa wyższe wykształcenie, kobiety nadal rzadko decydują się poświęcić życie karierze naukowej. Czyżby uważały, że nauka nie jest dla nich?

Sukcesy, które w ciągu ostatnich kilku lat odniosły polskie naukowczynie, robią wrażenie. Opracowaną przez Olgę Malinkiewicz metodę wytwarzania perowskitów (cząstek pochłaniających światło) specjaliści okrzyknęli "rewolucją w produkcji energii odnawialnej". Badania dr Idy Franiak-Pietrygi, której udało się stworzyć lek pomocny w walce z białaczką, uhonorowano główną nagrodą na Targach Wynalazczości w Paryżu. Międzynarodowym wydarzeniem był wybór prof. Agnieszki Zalewskiej na przewodniczącą rady CERN, która jako pierwsza kobieta w historii objęła to stanowisko.

Reklama

Biorąc pod uwagę te fakty, można by powiedzieć, że Polki w nauce radzą sobie świetnie. A raczej: można by powiedzieć, gdyby ich osiągnięć nie porównywać z tymi, którymi mogą pochwalić się mężczyźni.

Dziurawy rurociąg

Do etapu pracy doktorskiej kariery kobiet i mężczyzn rozwijają się w podobnym tempie. Wśród doktorantów pracujących na polskich uczelniach kobiety stanowią około połowy zatrudnionych (dane według raportu: "Naukowczynie w polskim systemie szkolnictwa wyższego - trudności i perspektywy" z 2013 roku). Jednak w gronie doktorów habilitowanych kobiety jest już tylko 26%, a wśród profesorów 17%.

O odkryciach dokonywanych przez naukowczynie mówi się rzadziej niż o sukcesach naukowców. Wynika to głównie z faktu, że w Polsce nadal utrzymuje się podział na sfeminizowane (społeczno-humanistyczne) i zmaskulinizowane (inżynieryjno-techniczne) dziedziny nauki. Te drugie pozwalają na dokonywanie bardziej spektakularnych, a równocześnie bliższych codziennemu życiu odkryć. I to właśnie o nich chętniej mówią media, bo opowieść o perowskitach, które pozwolą wyprodukować tani prąd, bardziej zainteresuje odbiorcę niż nowa teoria filozoficzna.

Kobietom jeszcze trudniej niż zdobyć tytuł naukowy i popularność, jest objąć kierownicze stanowisko w placówce akademickiej. W Polsce kobieta-prorektor jest rzadkością (w 2009 roku kobiety stanowiły 17% osób piastujących tę funkcję), a pani-rektor to ewenement (w 2009 roku 4 kobiety były zatrudnione na tym stanowisku). Panie natomiast często obejmują posady zastępczyń, wicedyrektorek, prodziekanek, które są gorzej opłacane i uważane za mniej prestiżowe.

Doktor Magdalena Zając - Frąs, autorka rozprawy doktorskiej "Polityka na rzecz równości płci a sytuacja kobiet w szkolnictwie wyższym w Polsce na tle innych krajów Unii Europejskiej", ten proces stopniowego "znikania" kobiet z nauki nazywa "zjawiskiem nieszczelnego rurociągu".  - Polega ono na marnowaniu talentów naukowych kobiet i zmniejszaniu ich udziału na kolejnych, coraz wyższych szczeblach kariery naukowej - tłumaczy badaczka. - Na każdym kolejnym etapie rozwoju naukowego udział kobiet jest coraz mniejszy. A na takim biegu spraw tracą nie tylko kobiety, ale nauka w ogóle.

Chyba nie zamierza pani rodzić?

Naukowczynie zaczynają "znikać" z polskich uczelni zaraz po swoich trzydziestych urodzinach. To w tym wieku najwięcej kobiet decyduje się założyć rodzinę i urodzić dziecko. A na takie rewolucje w życiu prywatnym swoich pracowników polskie uniwersytety nie są przygotowane.

- Większość znanych mi kobiet - naukowców ma jedno dziecko. Ja miałam dwójkę i nie poświęcałam im należytej uwagi. Koszmar koleżanki z trójką dzieci pamiętam do dziś - cytuje prof. Magdalenę Fikus Piotr Wiśniewski, autor opracowania "(Nie) zrównane. Kobiety w systemie nauki".

Wspomniany przez Fikus koszmar polega m.in. na przymusowym zahamowaniu kariery naukowej. Naukowczyni, biorąc urlop z powodu ciąży czy opieki nad dzieckiem, zamyka sobie na czas tej przerwy dostęp do rozwoju naukowego. Młoda matka nie ma możliwości starania się o dofinansowanie swojego uczestnictwa w konferencjach czy sympozjach. Innym problemem są podróże, bez których dziś rozwój naukowy jest niemal niemożliwy. O ile uczelnia może wspomóc finansowo organizację wyjazdu matki, o tyle podróży jej dziecka już nie dofinansuje. Matka- naukowiec staje więc przed wyborem: rozstanie z dzieckiem, albo rezygnacja z interesującego stypendium czy pracy w zagranicznym ośrodku naukowym.

- Czas, w którym pojawiają się dzieci, zbiega się zwykle z najważniejszym momentem w karierze naukowej. I właśnie w tym kluczowym okresie kobiety, nie mogąc pogodzić pracy z obowiązkami rodzicielskimi, publikują mniej artykułów naukowych od mężczyzn, a w konsekwencji wycofują się z pracy - tłumaczy dr Zając - Frąs. - Co ciekawe, niektóre badania wskazują, że w momencie pojawienia się dziecka, mężczyźni publikują więcej od swoich bezdzietnych kolegów.

Joanna Kozieł, doktor biochemii i laureatka stypendium L'Oreal "Dla Kobiet i Nauki", przyznaje, że gdyby nie partnerska umowa z mężem i równy podział obowiązków domowych, nie osiągnęłaby tak wiele. I zaznacza, że obraz uczelni, jako miejsca przyjaznego matce, gdzie pracuje się bez stresu, w elastycznych godzinach i z gwarancją stabilnego zatrudnienia, odbiega od rzeczywistości. - Elastyczne godziny pracy? Owszem, ale do czasu, gdy muszę przeprowadzić 12-godzinny eksperyment. Mniej stresu? Niekoniecznie, bo mój etat jest uzależniony od moich osiągnieć naukowych. Uniwersytet to tak samo dobre miejsce pracy dla matki jak korporacja.

Do problemów organizacyjnych matek-naukowców dołączają obciążenia psychiczne, związane z łączeniem pracy i macierzyństwa.

 - Miesiąc temu wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim i jest mi ciężko. Wymaga się ode mnie dyspozycyjności, podczas gdy ja nie jestem jeszcze w pełni dyspozycyjna - opowiada doktor Anna Frątczak, przewodnicząca Rady Fundacji Kobiety nauki - Polska Sieć Kobiet Nauki. - Kiedy jestem w pracy, czuję się winna, bo nie opiekuję się dziećmi, a gdy zostaję w domu, mam wyrzuty sumienia, bo nie poświęcam się pracy. Myślę, że wiele kobiet trwa w takim poczuciu niespełnionego obowiązku - mówi.

Chociaż trzeba przyznać, że kobieta, która ma trudności z pogodzeniem kariery naukowej z macierzyństwem, nie może powiedzieć, że nikt nie uprzedzał jej o trudnościach.

- Kiedy dziewczyny z mojego pokolenia zaczynały studia doktoranckie, to każda z nas słyszała od promotora pytanie: Jakie mamy plany na najbliższe parę lat, czy zamierzamy wyjść za mąż i zajść w ciążę - mówi Frątczak. - Mój promotor sformułował to nawet bardziej dosadnie, mówiąc: Mam nadzieję, że nie planuje pani teraz małżeństwa i dzieci...

Panie notują, panowie nie muszą

Obraz nauki, jako dziedziny nie do końca odpowiedniej dla kobiet, zaczyna być budowany już w szkole podstawowej. Dotyczy to zwłaszcza nauk ścisłych. Rodzice uczniów na portalach społecznościowych dzielą się opowieściami o kółkach matematycznych, na które nauczyciele "zapraszają chłopców" oraz o podręcznikach, w których chłopcy kleją z ojcami modele samolotów, podczas gdy dziewczynki spędzają czas w kuchni.

 - Dziewczynek może nie zniechęca się do nauki matematyki czy fizyki, ale często kieruje się do nich przekaz w rodzaju: Jak na dziewczynę, to całkiem dobrze poradziłaś sobie z tym zadaniem. I taka dziewczynka zapamiętuje sobie, że w matematyce nigdy nie będzie mogła osiągnąć tyle, co jej kolega - tłumaczy Frątczak. - Jeśli społeczeństwo nie akceptuje kobiet-matematyczek, to taka dziewczynka, choćby nawet chciała, nie będzie miała odwagi zostać jedną z nich. Idąc na studia wybierze pedagogikę, bo przecież wszyscy wiedzą, że taki kierunek bardziej pasuje do dziewczyny.

A nawet jeśli wybierze ścisły kierunek to nie oznacza, że będzie traktowana tak samo, jak jej koledzy-studenci. - Do dzisiaj pamiętam jak jeden z wykładowców przy podawaniu definicji mówił: "Panie sobie zanotują, panowie nie muszą. My rozumiemy" - wspomina absolwentka Politechniki Krakowskiej. - Zaliczyłam ten przedmiot na 4, ale wątpię, żeby po tym wyniku, profesor zmienił zdanie na temat moich zdolności umysłowych.

W zdolności kobiet wątpią nie tylko naukowcy. Paniom również zdarza się wygłaszać dyskryminujące stwierdzenia. - Nieliczne kobiety, które odniosły spektakularny sukces w naukach ścisłych, uważają, że swoje dokonania zawdzięczają wyłącznie niezwykłej determinacji i tytanicznej pracy, a dla większości kobiet podobny sukces nie jest możliwy do osiągnięcia. Dlatego zazwyczaj nie wspierają swoich młodszych koleżanek - mówi Frątczak.

Ten brak wsparcia i solidarności wśród kobiet, socjolodzy nazywają czasem "syndromem królowej pszczół" czyli zjawiskiem dyskryminowania kobiet przez kobiety.

- Istnienie fenomenu samodyskryminacji kobiet zostało udowodnione przez liczne badania. Zjawisko szklanego sufitu wynika również z faktu, że kobiety rzadziej są akceptowane na najwyższych stanowiskach kierowniczych i to zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety - mówi Zając - Frąs.

Pani Asia, ekspertka

Nastolatce, która chciałaby związać swoją przyszłość zawodową z nauką, odwagi mogłyby dodać przykłady naukowczyń i ekspertek, pojawiających się w mediach. Jednak debaty i programy publicystyczne wciąż są zdominowane przez mężczyzn. Dziennikarze, którzy prowadzą poranne audycje żartują czasem, że na zaproszenie do udziału w programie mężczyźni reagują pytaniem: Gdzie i o której mam przyjechać? Kobiety zaś grzecznie odmawiają, tłumacząc że o tej godzinie odprowadzają dzieci do przedszkola.

Jednak jeśli już któraś z nich zdecyduje się na udział w dyskusji, często nie ma możliwości zaprezentowania swojej wiedzy czy dokonań. - Nigdy nie zapomnę programu z udziałem uznanej profesor astronomii,  do której prowadzący zwracał się per "pani Asiu". Czy do profesora również mówił by "panie Jasiu"?! - oburza się Frątczak i tłumaczy: - Kiedy kobieta pojawia się w mediach, to nadal jest traktowana przede wszystkim jako kobieta, a dopiero w dalszej kolejności jako ekspert. Takie podejście sprawia, że jej rola i dokonania wydają się mniej istotne do tych, które są udziałem mężczyzn.

Sama nie wiem, czy się nadaję

Nie tylko system czy stereotypy ponoszą winę za niedobór kobiet w nauce. Po części za tę sytuację odpowiedzialne są same naukowczynie. - Kobiet - naukowców jest mniej niż mężczyzn, dlatego że kobiety mniej w siebie wierzą - mówi Joanna Kozieł. - To widać już w szkole. Chłopiec dostanie trójkę i powie: Dobrze! Zaliczyłem ten sprawdzian! A dziewczynka chciałaby mieć piątkę, najlepiej w serduszku. Tak samo na studiach, chcemy żeby ktoś ciągle nas chwalił, motywował do pracy i opowiadał o naszych sukcesach.

Jednym z narzędzi służących do promowania kobiet - naukowców jest baza ekspertek, prowadzona przez Fundację Kobiety Nauki, do której mogą zgłaszać się specjalistki z różnych dziedzin wiedzy. I owszem, zgłaszają się, jednak przesyłane portfolia często opatrują komentarzem: "Wysyłam, ale nie wiem czy się nadaję. Niech państwo sami ocenią". - W Polsce kobiety poddają się ciągłej autocenzurze. Zanim ktokolwiek je oceni, oceniają się same, często bardzo surowo. W ten sposób same się ograniczają, bo jak mają pokazać, że są w czymś dobre, jeśli podchodzą do swoich sukcesów tak krytycznie? - mówi Frątczak.

Po co komu kobieta - profesor?

Liczba kobiet uzyskujących wysokie stopnie naukowe i piastujących ważne stanowiska na uniwersytetach systematycznie wzrasta. Wciąż jednak trudno powiedzieć, aby nauka była dziedziną wolną od dyskryminacji. A na wyrównaniu szans w tej dziedzinie, powinno zależeć wszystkim.

Zając-Frąs wśród korzyści, płynących ze zwiększenia udziału kobiet w nauce wskazuje: lepsze wykorzystanie kapitału ludzkiego i zwiększenie konkurencyjności gospodarki.

Frątczak zaś wspomina o korzyściach, jakie równouprawnienie może przynieść samej nauce. - Wartość udziału kobiet w nauce polega na tym, że wynoszą one tę dziedzinę na inny poziom, zwracają uwagę na rzeczy, których mężczyźni nie dostrzegają - tłumaczy. I dodaje: - Życzyłabym sobie, żeby nauka nie była zarządzana i uprawiana wyłącznie przez wiekowych mężczyzn, którzy osiągnęli już swój sukces i mają ugruntowane spojrzenie świat. Marzę o tym, żeby była bardziej rewolucyjna, bo taka jest rola i istota nauki. A ta rewolucja może dokonać się za sprawą kobiet.


Aleksandra Suława

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje